Chorwacja, ach, Chorwacja! Parafrazując słowa Juliusza Cezara, mogę o niej w skrócie powiedzieć: “Przybyłam, zobaczyłam, zauroczyłam się”. To państwo, które do 1991 r. było częścią składową Jugosławii, leży w Europie Południowej, nad Morzem Adriatyckim, i graniczy z Bośnią i Hercegowiną, Czarnogórą, Serbią, Węgrami i Słowenią. Jest jednym z bardzo popularnych kierunków urlopowych. Nic dziwnego – przyjeżdżający chcą nacieszyć się słońcem, pięknymi widokami nierzadko z jednej strony na masywne góry, a z drugiej – na morze, chcą odkryć zabytki, inną kulturę i lokalne specjały (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu).
Chorwacja – samochodem czy samolotem?
Jaki środek lokomocji wybrać na wakacje? To pytanie zadaje sobie każdy, kto planuje wyjazd. Odpowiedź zależy po części od odległości, ale też od upodobań. Zaletą wyprawy autem jest możliwość zatrzymania się po drodze i zwiedzenia miejsc, które nie są docelowe, wszak podróże kształcą. W zależności od wybranej trasy po drodze z Polski do Chorwacji można poświęcić kilka godzin lub nawet jeden dzień na błyskawiczne zwiedzenie Wiednia, Graz czy Budapesztu.
Zwolennicy podróży samolotem również mogą czuć się usatysfakcjonowani: w chwili pisania tego tekstu w ofercie tanich linii lotniczych znajdują się loty z Polski do Dubrownika, Puli, Rijeki, Splitu i Zadaru, natomiast z Brukseli-Charleroi – do Rijeki, Zadaru i Puli.
Park Narodowy Plitwickie Jeziora
Chorwacja zachwyca nieskażoną przyrodą. Miejscem, które należy absolutnie zobaczyć, jest Park Narodowy Plitwickie Jeziora figurujący w spisie Światowego Dziedzictwa Przyrodniczego UNESCO. Dla jadących samochodem z Polski jest on po drodze, gdyż zazwyczaj turyści wybierają nadmorskie miejscowości. Ci z kolei, którzy przylecą samolotem, mogą wypożyczyć auto i udać się na wycieczkę, gdyż wrażenia są niezapomniane. Na przybywających czekają dwa parkingi przy wejściu do parku oraz szeroki wybór miejsc noclegowych, co można sprawdzić tutaj.
Ten chorwacki Park Narodowy zasłynął dzięki 16 jeziorom krasowym połączonym licznymi wodospadami (najwyższy jest Velki Slap mający 78 m wysokości) i kaskadami. Do parku prowadzą dwa oddalone od siebie wejścia. Turyści jeszcze przed zakupem biletów muszą wybrać jeden z wariantów zwiedzania, gdyż jeziora można obejść w całości pieszo lub częściowo obejść, częściowo przepłynąć małym statkiem i wrócić meleksem do miejsca, z którego się wyruszyło. W zależności od wybranej trasy na wycieczkę trzeba przeznaczyć od dwóch do ośmiu godzin. Najkrótsza trasa ma długość 3,5 km, a najdłuższa – 18 km. Wzdłuż wodnych kaskad, ponad wodą, zostały przygotowane niezbyt szerokie, drewniane kładki, które umożliwiają spacer. W parku nie wolno się kąpać, ale można podziwiać bogatą florę i faunę, można obserwować ławice ryb i efektowne osady węglanu wapnia na dnie oraz na gałęziach bądź drzewach, które wpadły do wody. No i oczywiście można do woli robić zdjęcia, bowiem każde z jezior ma inny odcień, od lazurowego, przez niebieski do turkusowego i zielonego w zależności od padającego światła i żyjących tam stworzeń.
Chorwackie wyspy – Hvar i Brač
Chorwacja znana jest również z bardzo urozmaiconego wybrzeża. Ci, którzy będą wypoczywać w okolicach Makarskiej Riwiery, mogą wybrać się na całodzienną wycieczkę statkiem na wyspy Hvar i Brač. Ceny biletów są bardzo przystępne i obejmują obiad w postaci różnych gatunków ryb oraz lokalne wino.
Hvar to górzysta wyspa porośnięta roślinnością śródziemnomorską oraz lawendą i właśnie z tego powodu określana jest mianem „lawendowej wyspy”. Statek zawija najpierw do stolicy wyspy o tej samej nazwie. Miasto zostało założone w XIII w. przez Wenecjan, po których do dziś dnia pozostały m.in. wieża zegarowa i katedra św. Stefana. Ale Hvar to również Piekielne Wyspy, czyli 11-kilometrowy niezamieszkały archipelag, stanowiący prawdziwy raj dla wielbicieli nagich kąpieli. Kolejnym miastem, do którego przybywają wycieczkowicze, jest Jelsa – port otoczony lasami sosnowymi. W czasie wycieczki zwiedzający mają tam zazwyczaj dwie godziny wolnego czasu. Mogą wówczas zażyć ożywczej kąpieli w ciepłych wodach Adriatyku lub zadbać o swoje kulinarne upodobania w jednej z lokalnych restauracyjek serwujących chorwackie specjały.
Kolejnym punktem programu jest odwiedzenie wyspy Brač, która jest trzecią co do wielkości na Adriatyku. Ale uwaga – temperatura wody jest tu znacznie niższa i może niemile zaskoczyć tych, którzy już po kilku dniach odpoczynku przywykli do prawdziwego ciepła. To malownicze miejsce odległe od lądu o zaledwie 12 km słynie z kamieniołomów, w których wydobywa się biały brački marmur wykorzystany m.in.: do budowy pałacu Dioklecjana w Splicie, Białego Domu w Waszyngtonie i fragmentów Bazyliki św. Piotra i Pawła w Watykanie.
Dubrownik – perła Adriatyku
Być w Chorwacji i nie zwiedzić Dubrownika, to tak jak być w Rzymie i nie widzieć papieża. Miasto zostało założone w VII w. przez rzymskich zesłańców, a w kolejnych wiekach było wolną republiką kupiecką pod władzą Wenecji, Węgier, Turcji i Francji. Ci, którzy odwiedzili to niezwykłe miejsce, doskonale rozumieją, dlaczego określa się je mianem „perły Adriatyku”. Dubrownik z wapiennymi klifami, otoczony z trzech stron wodami Adriatyku, jest jednym z niewielu miast średniowiecznych w Europie, którego mury obronne zachowały się w nienaruszonym stanie. Ich wysokość dochodzi do 25 m, a szerokość do 6 m. Ten kompleks fortyfikacji składający się z ponad 20 wież i bastionów budowano w okresie XIII – XVIII w. Otoczona murami Starówka z urokliwymi czerwonymi dachami znalazła się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Zwiedzanie warto rozpocząć od Bramy Pile, która prowadzi przez starą fosę i kamienny most. Po chwili oczom turystów ukaże się główna ulica – Stradun, gdzie znajduje się wiele obiektów wartych zobaczenia. Należą do nich niewątpliwie: Wielka Studnia Onofria z 1444 r., renesansowy Kościół Zbawiciela, pałac Sponza oraz Pałac Rektora, w którym niegdyś mieściła się siedziba władz i rektora Republiki Dubrownickiej. Oprócz tego dla pasjonatów architektury interesujące są również gotyckie klasztory franciszkanów i klarysek oraz barokowy kościół św. Błażeja. Zwiedzanie tych miejsc – ze względu na panujący wewnątrz chłód – przyniesie niewątpliwą ulgę po spacerze w palącym, letnim słońcu. Ci, którzy poświęcą swój czas na zwiedzanie, nie mogą zapomnieć o ok. 2-kilometrowym spacerze po murach obronnych, z których rozciąga się wspaniały widok. Poza tym można przysiąść w jednej z kawiarenek, by się nieco ochłodzić, a chętni mogą zejść specjalnie przygotowaną kamienną dróżką wprost do morza, by zażyć ożywczej kąpieli.
Chorwacja mnie urzekła, a ponieważ ma wiele do zaoferowania, wracałam tam kilkakrotnie, za każdym razem odkrywając nowe miejsca, ale o tym napiszę niebawem w kolejnym wpisie.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Opactwo Villers-la-Ville (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu) to świetna propozycja zarówno dla tych, którzy mieszkają w Belgii, jak i dla tych, którzy zamierzają odwiedzić to małe państwo. Większą część trasy do miasteczka położonego między Brukselą a Charleroi można pokonać autostradą E19 lub E42, a niezmotoryzowani mogą dojechać pociągiem do stacji Villers-la Ville oddalonej o ok. 2 km od opactwa. Miejsce jest niezwykłe, choć z całą pewnością nie należy do tych najczęściej odwiedzanych. Ba, śmiało można powiedzieć, że to ukryty skarb Belgii.
Historia opactwa Villers-la-Ville
W1146 r. książę Gauthier de Marbais i jego matka zaproponowali mnichom z Clairvaux we Francji, aby wznieśli klasztor na terenie Villers-la-Ville, którego właścicielem był książę. Jeszcze w tym samym roku wskazane miejsce odwiedził św. Bernard, który poparł ideę budowy opactwa. Trwające ponad 100 lat prace rozpoczęto w 1197 r., a ich efektem był rozległy kompleks w stylu gotyckim, jeden z najlepiej do dziś zachowanych w Europie.
XVI i XVII w. był niespokojny dla mnichów, którzy w obawie o swoje bezpieczeństwo opuszczali opactwo aż dziewięć razy. Ponowny okres glorii nastąpił w XVIII w. – wtedy przebudowano średniowieczne zabudowania w stylu neoklasycystycznym, wybudowano pałac opata i ogród w stylu francuskim. Rok 1796 okazał się złowieszczy dla opactwa. Echa rewolucji francuskiej dotarły do Villers-la-Ville, a rewolucjoniści – zagorzali przeciwnicy Kościoła, splądrowali i złupili obiekt, który popadł w ruinę.
Nieoczekiwanie w XIX w. ruiny zostały uznane za niezwykle romantyczne miejsce, które trzykrotnie odwiedził słynny francuski pisarz, Victor Hugo, znany szerokiej publiczności dzięki wykreowanej postaci dzwonnika z Notre-Dame czy powieści „Nędznicy”. W połowie XIX w. podjęto katastrofalną decyzję o budowie wiaduktu na terenie dawnego opactwa, tak aby mogła tamtędy przebiegać linia kolejowa! W 1893 r. obiekt został przejęty przez państwo belgijskie i poddany odrestaurowaniu.
Villers-la-Ville – informacje praktyczne
Opactwo położone na rozległym, 36-hektarowym terenie jest czynne przez cały rok w godzinach 10:00-18:00 w sezonie letnim i 10:00-17:00 w sezonie zimowym. Wejście na teren obiektu jest możliwe tylko przez. To tam kupuje się bilety w cenie 9 € (dorośli) i 4 € (dzieci) oraz pobiera się mapę obiektu i audioprzewodnik dostępny w czterech językach: angielskim, francuskim, flamandzkim i niemieckim.
Zwiedzający rozpoczynają swoistą podróż w czasie od obejrzenia wystawy poświęconej życiu cystersów, a następnie ruszają na spacer po rozległym terenie. Z kilku punktów widokowych rozciąga się przepiękny widok. Opactwo Villers-la-Ville to prawdziwy raj dla fotografów poszukujących nietuzinkowych scenerii. Spacerując z dala od tłumów typowych dla Brugii, Brukseli czy Gandawy, można w spokoju podziwiać majestatyczne ruiny i spróbować wyobrazić sobie życie średniowiecznych zakonników. Odwiedzający mijają kolejno stróżówkę, dormitorium, kuchnię, refektarz, klasztor, bibliotekę, pałac opata, szpital, więzienie, kaplicę św. Bernarda. Ale to ruiny kościoła pozostawiają niezapomniane wrażenie ze względu na ogromnych rozmiarów transept, pilary i łuki będące świadectwem potęgi architektonicznej. I tu właśnie latem odbywają się koncerty, wystawiane są sztuki teatralne, a w sierpniu organizowany jest międzynarodowy festiwal chórów zakończony spektakularnym pokazem fajerwerków. Warto sprawdzić tutaj kalendarz imprez zaplanowanych na 2019 r. Wśród propozycji znajdują się m.in. wystawa poświęcona templariuszom, zwiedzanie z przewodnikiem mini-browaru, który do dziś produkuje lokalne piwo tylko z organicznych składników według starej procedury, warsztaty fotograficzne, parada pojazdów retro, a przysłowiową wisienką na torcie jest zaplanowany koncert Carmina Burana oraz spektakl „Cyrano De Bergerac”.
Ci, którzy pasjonują się ogrodami, też będą usatysfakcjonowani – oto na terenie dawnego opactwa Villers-la -Ville znajduje się kilka różnych typów ogrodów. Cystersi, którzy podporządkowali swe życie hasłu „ora et labora” („módl się i pracuj”), zajmowali się ziołolecznictwem, hodowlą i uprawą roli. Zakładali ogrody roślin leczniczych, zwane w przeszłości hortus medicus, w których uprawiali zioła na potrzeby przyklasztornego szpitala dla zakonników i społeczności miejskiej. Spacerujący mogą podziwiać także typowy ogród ozdobny, ogród w stylu francuskim oraz winnice. A ci, którzy zgłodnieją, mogą urządzić sobie piknik lub udać się do jednej z dwóch pobliskich tawern: „Le Chalet de Forêt” bądź „La Cave du Moulin Restaurant”.
Mam nadzieję, że zachęceni moim tekstem, już planujecie wycieczkę do Villers-la Ville. A więc czekam na Wasze wrażenia i komentarze!
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Większość z nas (na szczęście!) nie lubi lekką ręką wydawać więcej pieniędzy, niż potrzeba, ba, wielu z nas lubi łapać wszelkiego rodzaju okazje i korzystać ze zniżek. Podróże – czy to krótsze, czy te dłuższe – wiążą się zwykle z koniecznością zapewnienia sobie noclegu i środka transportu. Tym, co umożliwia uzyskanie rabatów, są karty lojalnościowe. I właśnie takim bezpłatnym kartom poświęcony jest ten tekst.
Karta lojalnościowa Miles & More
Miles & More to program lojalnościowy
przeznaczony dla podróżujących liniami partnerskimi Sojuszu Star Alliance. Do tego największego na świecie sojuszu linii lotniczych należą: LOT, Brussels Airlines, Lufthansa, SAS, Adria Airways (Słowenia), Austrian Airlines, Aegean Airlines (Grecja), Croatia Airlines (Chorwacja), TAP Portugal, Turkish Airlines, Air China, Shenzhen Airlines (Chiny), EVA Air (Tajwan), Thai Airways International (Tajlandia), Asiana (Korea Południowa), Singapore Airlines, All Nippon Airways (Japonia), Air Canada, United Airlines (USA), Air India, Air New Zealand, Avianca (Kolumbia), Azul Linhas Aéreas (Brazylia), Copa Airlines (Panama), EgyptAir (Egipt), Ethiopian Airlines i South African Airways (RPA).
Kartę można zamówić na lotnisku poprzez wypełnienie stosownego formularza lub online na stronie www.miles-and-more.com dostępnej również w języku polskim. Najistotniejsze informacje są w zakładce „Gromadzenie mil”. Znajdziemy tam listę ponad 250 partnerów biznesowych podzielonych na następujące kategorie: przeloty, hotele (m.in. AC Hotels by Mariott, Adagio, Best Western, Crowne Plaza, Radisson, Ramada, Sofitel, Ibis, Novotel, Sheraton, Orbis, Park-Inn), wypożyczalnie samochodów (np. Alamo, Budget, Hertz, Europcar), ubezpieczenia, prenumeraty i książki, zakupy i styl życia, inni partnerzy, aktualne promocje. Wśród partnerów można znaleźć Apart, sklepy Aelia Duty Free, Axa, mBank i wiele innych. Zgromadzone mile mogą być wymieniane na nagrody: bilety lotnicze, podwyższenie klasy podróży, pakiety turystyczne i nagrody rzeczowe. Są one ważne przez 36 miesięcy od daty ich zgromadzenia. Ci, którzy naprawdę bardzo często i nierzadko daleko podróżują, mogą uzyskać status Frequent Flyer, Senator lub HON Circle – za każdy z nich przysługują dodatkowe korzyści.
Karta lojalnościowa AccorHotels
Dla tych, którzy wyjeżdżają czy to prywatnie, czy zawodowo, interesującą opcją jest karta AccorHotels, którą można zamówić w dowolnym języku na stronie www.accorhotels.com Oferuje ona zniżki do sieci hoteli, począwszy od tych tanich po naprawdę drogie. Karta uprawnia do upustów cenowych w następujących hotelach: Ibis, Mercure, Novotel, Sofitel, Adagio, Pullman, hotel F1, Orbis. Gdy chcemy dokonać rezerwacji, warto wejść bezpośrednio na stronę AccorHotels. Dlaczego? Ponieważ po wyborze daty przyjazdu i wyjazdu, pojawia się pytanie o kartę. Wystarczy wpisać jej numer, by od razu otrzymać 10 % zniżki. Poza tym ta sieć hotelowa proponuje aż do 40 % zniżki na tzw. błyskawiczne wyprzedaże, o czym stali klienci są powiadamiani dwa dni wcześniej zanim oferta stanie się ogólnodostępna. AccorHotels oferuje 3400 hoteli na całym świecie i zdobywanie dodatkowych punktów za wydatki w hotelowych restauracjach, za korzystanie z mini-baru, spa i płatnej telewizji.
Program poleceń Booking
Na www.booking.com warto również utworzyć swoje konto i skorzystać ze zniżek oferowanych przez tzw. program poleceń. Na czym to polega? W skrócie – na przesłaniu linku polecającego znajomym, przyjaciołom czy rodzinie. Jeżeli któraś z poleconych osób skorzysta z linku, korzyść jest obopólna. Obie strony zyskują 15 € zniżki na rezerwacji noclegu (w ofercie są hotele, hostele, pensjonaty, wille, domki i gospodarstwa agroturystyczne). Link można przesłać wielu osobom, ale zwrot można uzyskać za maksymalnie 10 rezerwacji i tym sposobem zaoszczędzić 150 €. Nagrodę otrzymuje się po wymeldowaniu znajomego z zarezerwowanego obiektu, co jest jednoznaczne ze skorzystaniem z oferty. Następnie po okresie 3-6 tygodni na naszą kartę kredytową wpływają środki finansowe. Aby je otrzymać, trzeba zarejestrować kartę kredytową. Ci, którzy nie mają takowej, mogą podać numer karty debetowej VISA lub MasterCard.
Ryszard Kapuściński, słynny podróżnik, powiedział kiedyś: „Podróżować znaczy żyć. A w każdym razie żyć podwójnie, potrójnie, wielokrotnie”. A że do podróży lepiej się przygotować, warto zawczasu pomyśleć o bezpłatnych kartach lojalnościowych.
Niemcy nie należą do najpopularniejszych kierunków turystycznych, choć bez wątpienia ten kraj ma wiele do zaoferowania, o czym pisałam tutaj. Kolejnym tego przykładem jest Miśnia. To piękne średniowieczne miasto na Łabą dzieli od Polski stosunkowo niewielka odległość: 215 km od Zielonej Góry i 280 km od Wrocławia.
Miśnia – wzgórze zamkowe i winnice
Dlaczego warto wybrać się do Miśni? Odpowiedź jest prosta – wystarczy spojrzeć na zamieszczone tu zdjęcia i kliknąć, aby zobaczyć je w powiększeniu. Tym, co bez wątpienia urzeka, jest zamek Albrechtsburg, który, odbijając się w wodzie, wygląda pięknie szczególnie z drugiego brzegu rzeki. Ci, którzy zdecydują się na kawę lub
nocleg w hotelu Dorint Parkhotel Meißen znajdującym się dokładnie naprzeciwko zamku, mogą liczyć na spokojne podziwianie pejzażu. Ale uwaga, trzeba pamiętać, że hotel oprócz budynku głównego ma też budynki boczne, z których widoki są znacznie ograniczone. Dlatego dokonując rezerwacji, warto zwrócić uwagę na ten istotny szczegół, zwłaszcza że centrum odnowy biologicznej znajduje się tylko w głównej części hotelu.
Ale wróćmy do wzgórza zamkowego. Złote lata przypadały na XV w., kiedy z rozkazu elektora saksońskiego Ernesta i jego brata Albrechta wzniesiono piękny zamek w stylu gotyckim. Bez wątpienia warto poświęcić czas na jego zwiedzenie, na zobaczenie nowoczesnej, interaktywnej wystawy oraz na podziwianie architektury, malowideł, starych ksiąg i oczywiście porcelany. Piękny Albrechtsburg wkrótce po jego wybudowaniu popadł w zapomnienie, gdyż został przyćmiony przez blask pobliskiego zamku w Dreźnie. Na szczęście nadszedł drugi moment glorii – oto w
1710 r., za rządów Augusta II Mocnego, założono na miśnieńskim zamku pierwszą w Europie Królewsko-Polską i Elektorsko-Saską Manufakturę Porcelany, która w późniejszym czasie została przeniesiona do obecnej siedziby. Na miśnieńskim wzgórzu znajdują się również średniowieczna katedra św. Jana i św. Donatana (Dom zu Meißen) z uroczym ogrodem na dziedzińcu oraz ratusz.
Z zamkowego wzniesienia rozciąga się piękna panorama na okoliczne tarasowe wzgórza porośnięte szczepami winogron. Wszak Miśnia słynie również z wina, o czym wie niewiele osób. Tymczasem tradycja uprawy winorośli w tym rejonie ma już 850 lat! Specyficzny mikroklimat doliny Łaby i żyzne gleby bogate w minerały pozwalają na wyhodowanie unikalnych szczepów winorośli, z których powstają w większości białe, lekkie wina. Tak więc ci, którzy zawitają do Miśni, nie powinni zapomnieć o tym lokalnym specjale.
Miśnia to miasto, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Fanów porcelany zachwyci zapewne muzeum „białego złota” (tak właśnie nazywano w przeszłości porcelanę), zwolenników romantycznych spacerów – przechadzki po wąskich, brukowanych uliczkach miasta, a enologów – tutejsze gatunki wina.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Agnieszka Rożek (znana także pod nazwiskiem Rudzińska) to pochodząca z Łodzi malarka i rzeźbiarka mieszkająca od wielu lat w Belgii. Po ukończeniu brukselskiej L’Académie des Beaux-Arts w 2011 r. rozwinęła artystyczne skrzydła. Od tego czasu organizuje wernisaże i bierze czynny udział w życiu belgijskiego środowiska artystycznego. Aby zobaczyć Jej prace w powiększeniu, wystarczy kliknąć w każde zamieszczone tu zdjęcie.
Jak zaczęła się Twoja przygoda z malarstwem?
Zaczęłam malować jako nastolatka. Tata, który był malarzem – amatorem i specjalizował się w akwareli, namawiał mnie na studia na AWSP w Łodzi. Niestety, nie dostałam się z braku miejsc. Po ukończeniu szkoły średniej zdecydowałam się na wyjazd do Belgii, gdzie założylam rodzinę i gdzie urodziły się moje dzieci. Malowałam wtedy naprawdę okazjonalnie i to głównie obrazy rodzinne, gdyż w natłoku obowiązków wynikających z posiadania rodziny, ciężko mi było wygospodarować czas. Gdy dzieci podrosły, znalazłam L’Académie des Beaux-Arts (Bozar) w Brukseli. Gdy przekroczyłam próg pracowni, gdy poczułam zapach terpentyny, gdy zobaczyłam porozrzucane blejtramy i sztalugi oraz pozującą modelkę, zachwyciłam się tą atmosferą. Urzekło mnie artystyczne skupienie i wiedziałam, że to jest to, czego szukałam! Podeszłam do profesora Jean Paul De Moor, aby z nim porozmawiać i – o dziwo – zaakceptował moje uczestnictwo w zajęciach po wcześniejszym dopełnieniu formalności związanych z zapisaniem się do Bozar.
Jak wyglądały Twoje początki w Bozar?
Początkowo uczestniczyłam w zajęciach tylko w środy, ale wkrótce malarstwo wciągnęło mnie bez reszty i przychodziłam 3-4 razy tygodniowo. Zaczęłam od malowania martwej natury, która spodobała się mojemu profesorowi. Tradycją Bozar jest ocena prac przez jury na koniec pierwszego roku. Specjaliści dostrzegli, że maluję inaczej niż większość kolegów i koleżanek, ale nie chcieli zmienić mojego warsztatu. Wyrazili bardzo konstruktywną krytykę, z którą się zgodziłam. To mnie zmobilizowało do dalszego wysiłku. Nauka w Bozar trwała sześć lat, ale było warto!
Sztuka niełatwo się sprzedaje. Jak sobie z tym radzisz? Czy masz marszanda?
Nie mam marszanda. Moje prace sprzedaję sama, przez Internet, na wernisażach i w czasie indywidualnych spotkań z odwiedząjacymi wystawy.
Na Twoim ostatnim wernisażu w Gallery-Resto-Boutic w Brukseli wystawiałaś głównie obrazy olejne związane z hippiką i pejzaże. Co najlepiej lubisz malować?
To zależy od momentu i od osobistych przeżyć. Nie ograniczam się do jednego tematu. Malarstwo jest dla mnie interpretacją tego, co widzę i co chcę przenieść na płótno. Malowałam dzieci, innym razem przyrodę, pejzaże urbanistyczne i akty.
A jak to jest z Twoją weną twórczą?
Wena to nic innego jak moment, gdy czuję, że muszę wypowiedzieć się przez obraz. Do pracy motywują mnie osobiste przeżycia i otaczająca rzeczywistość: zarówno miejsca, które miałam okazję zobaczyć, jak i osoby, które spotkałam. Ale malarstwo to nie obowiązek, to przyjemność i swoboda artystyczna. Więc czasem namaluję cztery obrazy miesięcznie, a czasem żadnego. To nie jest jak codzienna praca w biurze w ściśle sprecyzowanych godzinach z koniecznością wykonania określonych zadań.
W Twoim malarstwie dostrzegam pewne podobieństwo do malarstwa impresjonistycznego. Który kierunek artystyczny i który artysta w szczególności Cię zainspirował?
Gdy byłam młoda, zachwyciła mnie niesamowita gra światła i koloru typowa dla impresjonizmu. Podziwiałam również postimpresjonistyczne malarstwo Vincenta Van Gogha oraz surrealizm łączący w dziwaczny sposób niepasujące do siebie przedmioty. I tę właśnie nutę surrealistycznego szaleństwa czasami wkomponowuję w moje kompozycje malarskie.
Co pobudza Twoją kreatywność?
Kreatywność ostatnimi czasy wiąże się u mnie z rzeźbą, którą interesuję się od dwóch lat. Szczerze mówiąc, długo szukałam materiału, w którym mogłabym tworzyć kompozycje przestrzenne. Ale ani gips, ani ceramika, ani drzewo do mnie nie przemawiało. Przypadkowo dowiedziałam się o szkole rzemieślniczej, gdzie uczy się obróbki metalu: spawania, kowalstwa, obróbki na zimno i na ciepło. I zrozumiałam, że to jest to, czego szukałam. Lubię zabawę metalem, któremu nadaję wymyślony kształt. Chcę, żeby nowo powstałe kompozycje były połączeniem rzeźby abstrakcyjnej i malarstwa, dlatego w ostatniej fazie je maluję. Zależy mi, żeby finalnym efektem mojej pracy była kompozycja przestrzenna, futurystyczna, pozwalająca na ustawienie jej pod różnym kątem w zależności od upodobań. Rzeźba to dla mnie zabawa, takie artystyczne „dada” jak mówili dadaiści.
Czy malarstwo i rzeźba to drogie hobby?
Bez wątpienia tak – farby, płótna i maszyny służące do wykonania rzeźb są naprawdę kosztowne.
Wiele osób maluje, co oznacza dużą konkurencję. Jak sobie z tym radzisz?
Na konkurencję nie mam wpływu oczywiście. Ale dzięki ludziom poznanym w Bozar otworzyło się przede mną sporo drzwi. Należę do kilku belgijskich stowarzyszeń artystycznych w Koekelbeerg, Kraineem i Jette. Poza tym Związek Artystów Plastyków okręgu łódzkiego zorganizował w 2017 r. moją indywidualną wystawę. Była mi ona szczególnie bliska, ponieważ odbyła się w moim rodzinnym mieście – Łodzi. Rok 2018 przyniósł z kolei wernisaż w Zgierzu. Obie te wystawy były to dla mnie swoistym artystycznym powrotem do korzeni. Również 2019 rok zaczął się dla mnie bardzo dobrze: zostałam zaproszona do wystawienia moich prac na wystawie grupowej organizowanej przez Miasto Bruksela. Ten wernisaż pod znamiennym tytułem „Carte de Visite” odbędzie się w dniach 8-10 lutego 2019 r. przy rue de l’Ecuyer 50 w Brukseli. Uroczyste otwarcie będzie miało miejsce w piątek, 8-go lutego, o godz. 18:00. Tych, którzy nie mogą przyjść w piątek, serdecznie zapraszam w sobotę i niedzielę w godzinach 11:00-18:00.
A jakie są Twoje artystyczne marzenia?
Powiem nieskromnie, że chciałabym być znana i uznana. Chciałabym – mówiąc słowami Horacego – aby dzięki temu, co tworzę, „postawić sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu”.
Szczerze Ci tego życzę i do zobaczenia na najbliższym wernisażu.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „wywiady“.
Czy ktoś jeszcze w dzisiejszych czasach interesuje się starymi zegarami? Zegarkami z pewnością tak, bo niejeden marzy, żeby być szczęśliwym posiadaczem zegarka Patek-Philippe, Breguet, złotego Rolexa czy Cartier. Ale starymi zegarami? Parafrazując słowa z wiersza W. Szymborskiej, można by rzec, „niektórzy lubią stare zegary, ale takich jest niewielu…”. Jednym z nich jest bez wątpienia baron François Duesberg, twórca Muzeum François Duesberg w belgijskim mieście Mons (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu).
Muzeum François Duesberg – trochę historii
François Duesberg, doktor prawa na Uniwersytecie w Liège, zainteresował się starymi zegarami ponad 50 lat temu. Fascynował go mechanizm działania i stara sztuka zegarmistrzowska. W wolnych chwilach, pod okiem najlepszych mistrzów na Sablonie w Brukseli, zdobywał wiedzę na temat mechanizmów zegarowych. I tak oto z pasji zrodził się pomysł kolekcjonowania XVIII-wiecznych zegarów. Na drodze Françoisa los postawił Betty, która została jego żoną i która kolekcjonowała porcelanę i wyroby ze złota, srebra oraz brązu. Kolekcja pięknych XVIII-wiecznych przedmiotów powiększała się i niemające dzieci małżeństwo zaczęło myśleć o otwarciu muzeum. Długotrwale negocjacje z włodarzami miasta Mons zakończyły się sukcesem: we wrześniu 1994 r. muzeum otworzyło swe podwoje dla zwiedzających. Wybór padł na piękny, XIX-wieczny budynek dawnego Belgijskiego Banku Narodowego mieszczący się w centrum miasta, tuż przy gotyckiej Katedrze św. Waltrudy.
Pełni zapału i entuzjazmu kolekcjonerzy François i Betty Duesberg nabywali na aukcjach kolejne zegary astronomiczne, ozdobne zegary wahadłowe, ryciny, biżuterię, porcelanę z Paryża i Brukseli, świeczniki, figury z brązu, srebra i złota oraz fajans. Ich kolekcja sztuki dekoracyjnej zawiera przedmioty z lat 1775-1825. Muzeum można śmiało nazwać Świątynią Piękna, gdyż gromadzi w wielkiej ilości prestiżowe eksponaty zachowane w bardzo dobrym stanie. François Duesberg to nie tylko kolekcjoner i mistrz zegarmistrzowski poświęcający mnóstwo czasu na zdemontowanie i naprawę starych zegarów, ale też erudyta i entuzjasta sztuki. Zgromadzone przedmioty są unikatowe w skali świata – nie dziwi więc fakt, że muzeum zostało dwukrotnie nagrodzone gwiazdkami w „Przewodniku Michelin”.
Działalność François i Betty Duesberg oraz ich zaangażowanie w udostępnienie prywatnej kolekcji szerokiej publiczności docenił król Belgii, Albert II, który w 2005 r. dokonał wyjątkowego aktu – nadania tytułu barona i baronowej małżeństwu Duesberg. Kilka lat później, w 2011 r., pochodzącym z Liège kolekcjonerom nadano tytuł honorowych obywateli Mons.
W chwili pisania tego tekstu 85-letni baron Duesberg wciąż z pasją i miłością opowiada odwiedzającym o swojej kolekcji, ukazując Napoleona z mniej znanej strony jako opiekuna sztuki. Przechodząc z sali do sali, charyzmatyczny kolekcjoner ciekawie i z humorem mówi o zgromadzonych dziełach sztuki, których urokowi nie sposób się oprzeć. Dość spojrzeć na zegary Huberta Sarton (słynny zegarmistrz z Liège), zegary wahadłowe ze złoconego brązu o tematyce egzotycznej jak chociażby te ukazujące Robinsona i Piętaszka czy serię nawiązującą do XVIII-wiecznego pojęcia „szlachetnego dzikusa” (z francuskiego „bon sauvage”), czyli wyidealizowanego obrazu „człowieka pierwotnego” jako istoty czystej i nieskażonej cywilizacją. Wrażliwych na piękno sztuki zachwyca zegar „w balonie” nawiązujący do historycznego lotu braci Montgolfier i mini-zegarek w pierścionku wysadzanym drogimi kamieniami…
Muzeum François Duesberg – informacje praktyczne
* adres: Square F. Rooslvelt 12, 7000 Mons, Belgia
* godziny otwarcia: 14:00 – 19:00 we wtorki, czwartki, piątki, soboty i niedziele
* cena biletu: 8 € (w chwili pisania tego tekstu)
Inne atrakcje Mons
Ci, którzy zawitają do Mons, mogą skorzystać z okazji i zwiedzić też inne obiekty, a wśród nich: katedrę św. Waltrudy z XV-XVI w., XV-wieczny ratusz miejski z dzwonnicą (le beffroi), Muzeum Sztuk Pięknych (Beaux Art) i mały dom Vincenta Van Gogha, który mieszkał tu w czasie swojego pobytu w belgijskim zagłębiu węglowym Borinage.
Bez dwóch zdań jednak, sławę miastu Mons zapewnia właśnie muzeum François Duesberg, które bez wątpienia można nazwać wysublimowaną świątynią sztuki neoklasycystycznej i tej z epoki napoleońskiej. Według rankingu Trip Advisor to belgijskie muzeum jest absolutnym numerem jeden i nie bez powodu! Dzięki niezliczonej liczbie unikatowych eksponatów do Mons, na spotkanie z baronem, przybywają znani politycy i wielbiciele sztuki. Na licznych zdjęciach można dostrzec królów Belgii Alberta II i Philippe’a, byłą królową Belgii – Paolę, księcia Charlesa Napoleona, byłego prezydenta Francji – F. Hollanda czy byłego Ministra Spraw Zagranicznych Belgii – Louisa Michela.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Egina – mała wyspa leżąca blisko Aten stanowi zdecydowanie tańszą alternatywę niż Santorini, Mykonos, Kreta, Zakynthos, Rodos czy Korfu, choć nie jest powszechnie znana. Dominują tu pensjonaty, wille i małe, rodzinne hotele. Ceny noclegów i wyżywienia są bardzo przystępne, co pewnie znajduje swe źródło w tym, że w większości odpoczywają tu Grecy – mieszkańcy Aten, którzy szukają wytchnienia od zgiełku wielkiego miasta.
Aby dostać się na Eginę, należy wsiąść na prom w porcie Pireus. Polecam szczególnie rejs we wczesnych godzinach wieczornych, który zapewni uczestnictwo w spektakularnym zachodzie słońca – wystarczy spojrzeć na zamieszczone tu zdjęcie (po kliknięciu można je oglądać w powiększeniu). Prom przypływa do miasta Egina. Jest to stolica wyspy i świetna baza wypadowa do zwiedzania. Po przypłynięciu na miejsce oczom przybywających ukazują się liczne bary, tawerny i lokalne restauracyjki oferujące greckie specjały i owoce morza, którym nie sposób się oprzeć. A kilka kroków dalej – stragan z pistacjami, które są symbolem Eginy.
Dzień 1 – Egina, świątynia Afai i Agia Marina
Poranek warto zacząć od zwiedzenia Muzeum Archeologicznego i ruin świątyni Apolla. Mnie, niestety, nie dopisało szczęście, ponieważ był akurat poniedziałek, a więc dzień, gdy muzea są zwyczajowo zamknięte. Nie pozostało mi nic innego, jak udać się na szczyt jednej z wysoko położonych ulic, skąd rozciąga się piękny widok na wzgórze Kolona i świątynię Apollina z VI w. p.n.e. Do dziś zachowała się jedna kolumna i sporo kamiennych pozostałości wskazujących, że budowla w stylu doryckim miała imponujące rozmiary. Po zrobieniu serii zdjęć udałam się dalej.
Tym razem moim celem była wieża Markelos. Jak podają źródła historyczne, została wybudowana ok. 1802 r. przez Spyrosa Markelos, członka greckiego parlamentu i jednego z przywódców wojny o niepodległość (1821-1829), gdy Grecja była okupowana przez Turcję. Wieżę, która w przeszłości pełniła rolę budynku rządowego, dzieli zaledwie kilka kroków dzieli od jednej z wielu cerkwi w Eginie.
Przy sprzyjającej, wrześniowej pogodzie i w dobrym humorze udałam się na przystanek autobusowy. Kierunek – świątynia Afai. Po niedługim czasie dojechałam do celu. Prawie równocześnie przyjechał autobus wycieczkowy z turystami z Chin. Postanowiłam poczekać, aż zwiedzą świątynię, aby w spokoju i bez pospiechu móc chłonąć atmosferę tego niezwykłego miejsca. Czekanie nie było straconym czasem – w kafejce tuż przy przystanku zjadłam lody pistacjowe i usiadłam w cieniu, napawając oczy pięknym widokiem na wyspę. Gdy wycieczkowicze odjechali, kupiłam bilet i zaczęłam spacer po miejscu, które powstało w V w. p.n.e.! Zachowana w bardzo dobrym stanie dorycka świątynia została poświęcona Afai. Według mitologii greckiej Afai była nimfą, która uciekła z Krety, aby uchronić się w ten sposób przed zalotami króla Minosa. Ścigana stała się niewidoczna dla prześladowcy w gęstym lesie, a Artemida (bogini łowów) uczyniła z niej boginię, by chroniła kobiety podczas porodu.
Świątynia Afai wybudowana w górskiej, pięknej scenerii była w starożytności miejscem pielgrzymek i kultu kobiecego. Było to możliwe, ponieważ w tamtych odległych czasach wyspa Egina była wielkim centrum handlowym i potęgą morską rywalizującą z Atenami, w co aż trudno uwierzyć! Ah, te zmienne koleje losu …
Kolejnym punktem programu zaplanowanym na ten dzień było plażowanie w Agia Marina. Według informacji, jakie wcześniej uzyskałam, wkrótce powinien przyjechać kolejny lokalny autobus. Czekałam ponad godzinę, ale publiczny środek transportu nie nadjechał. Chcąc nie chcąc, postanowiłam pójść spacerem do Agia Marina. Słońce przygrzewało, ale nie było palące, więc dałam radę przejść odcinek ok. 4 km. Mimo że była połowa września, miasto świeciło
pustkami. Było otwartych kilka barów i restauracji. Skorzystałam więc z nadarzającej się okazji i usiadłam w lokalnej tawernie Kiriakakis, gdzie degustowałam piwo Mythos, grillowane sardynki, ośmiornicę i bakłażany. Potem udałam się na pobliską, piaszczystą plażę nagrodzoną „błękitną flagą”. Bez wątpienia, ta plaża zasłużyła na miano jednej z najpiękniejszych na Eginie, gdyż wciśnięta w urokliwe zatoczki zapewnia prawdziwą atmosferę relaksu i odprężenia w kryształowych wodach Zatoki Sarońskiej. Kilkugodzinny odpoczynek zarówno na leżaku pod parasolem, jak i w ożywcza kąpiel w morzu pozwoliły mi szybko zregenerować siły.
Ale wszystko co dobre, się kiedyś kończy i nadszedł czas na powrót do hotelu. Udałam się więc na tak zwany przystanek autobusowy. Celowo używam tu określenia „tak zwany”, ponieważ nie ma tam rozkładów jazdy, a w ich miejscu widnieje tabliczka z numerem sieci taksówkowej. Jak się łatwo domyślić, autobus nie przyjechał, a sympatyczny Grek z pobliskiego baru poinformował mnie, że nie ma co czekać, gdyż w poniedziałki autobusy kursują tylko trzy razy dziennie. Zadzwoniłam więc po taksówkę, zwłaszcza że ceny tego środka transportu na wyspie nie szokują. Agia Marina znajduje się w odległości 13 km od stolicy wyspy, a więc cenę 17 € (w chwili pisania tego tekstu) można śmiało uznać za rozsądną. Wracając do stołecznego miasta Egina, kierowca polecał wyprawę do Paleochory słynącej w przeszłości z 365 kościołów, choć do dziś zachowało się około 20 z nich. Ale i tak nie miałam czasu, aby przekonać się o tym na własne oczy.
Dzień 2 – Perdika i wyspa Moni
Drugiego dnia postanowiłam zwiedzić wioskę rybacką Perdika. Aby tam się dostać, udałam się na przystanek autobusowy, który znajduje się tuż obok portu w mieście Egina. Wystarczyło pół godziny, żeby dotrzeć na miejsce.
Nazwa wioski Perdika w dosłownym tłumaczeniu znaczy „kuropatwa” i bezpośrednio nawiązuje do ptaków licznie zamieszkujących ten teren. W 1537 r. pirat Barbarossa spustoszył wyspę i wykorzystał wioskę jako własną kryjówkę. Gdy Egina dostała się w niewolę turecką, nauczeni doświadczeniem mieszkańcy zaczęli wykorzystywać pobliską wyspę Moni do ukrywania towarów przed Turkami. I właśnie wycieczka na tę opustoszałą wysepkę zamieszkałą teraz tylko przez pawie była również w moich planach. Niestety, Posejdon nie okazał się łaskawy – przez silny wiatr i niespokojne morze (mimo pięknie świecącego słońca) wszystkie przeprawy małymi łodziami zwanymi tu taksówkami wodnymi, zostały tego dnia odwołane.
Trochę niepocieszona, postanowiłam zwiedzić położoną na cyplu cerkiew Agios Sozon pochodzącą z 1904 r., zniszczoną w czasie II wojny św. i odbudowaną po jej zakończeniu. Ci, którzy mają okazję zawitać na Eginę w pierwszym tygodniu września, powinni tu przybyć bez dwóch zdań – 7 września każdego roku obchodzone jest tu święto poświęcone tej właśnie cerkwi: uczestnicy, idąc wąskimi uliczkami miasta, docierają do prawosławnego kościoła, aby oddać cześć ikonom świętych i prosić o błogosławieństwo.
Perdika zachwyca malowniczymi pejzażami, wąskimi uliczkami pełnymi barów, tawern i restauracji, białymi domami z niebieskimi okiennicami tonącymi w burzy kwiatów, szczególnie bugenwilli. Wioska jest z pewnością idealnym miejscem dla fanów owoców morza. Nie dziwi więc powszechny tu widok suszących się w słońcu ośmiornic, a wszelkie serwowane potrawy zapewniają niezapomniane doznania kulinarne.
Dzień 3 – Powrót do Aten
Krótki, choć intensywny pobyt na Eginie nieubłaganie dobiegał końca. Noc – zgodnie z zapowiedziami pracowników hotelu – przyniosła nagłą zmianę pogody i bardzo silny wiatr. Powrotny rejs do portu Pireus był zaplanowany następnego dnia rankiem. Jak się potem okazało, był to jedyny prom, jaki tego dnia wypłynął z Eginy. Gdy byłam już na morzu, rozpętał się sztorm, a potężnym promem kołysało niczym zabawką. Najwyraźniej Posejdon rozgniewał się z jakiegoś powodu…
Egina z pewnością jest warta odwiedzenia, a wyprawa do Aten stanowi świetną okazję. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami! A tych, którzy tam byli, zachęcam do zostawienia komentarzy pod tekstem 😊.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Jak zaczęła się Twoja przygoda ze śpiewem? Czy to było dziecięce marzenie?
Od urodzenia mieszkałam w bloku artystów Teatru Wielkiego w Warszawie. Mój tata grał na fagocie w tym najsłynniejszym warszawskim teatrze, a mama była nauczycielką w szkole baletowej. Od wczesnego dzieciństwa uczęszczałam do szkoły muzycznej i mogę śmiało powiedzieć, że wychowałam się w Teatrze Wielkim i wyrosłam w świecie artystów wielkiego kalibru. Jako że niemal każdą wolną chwilę spędzałam w Teatrze, gdzie uwielbiałam się bawić, znałam nie tylko jego pracowników, sale, warsztaty i inne zakamarki tego olbrzymiego gmachu, ale także, bezwiednie, opanowałam pamięciowo muzykę wszystkich wystawianych akurat oper i baletów. Od początku wiedziałam, że kiedyś zostanę artystką w świecie operowym. Już w szkole podstawowej zaczęłam zarabiać śpiewem – występowałam w telewizji i filharmonii oraz nagrywałam płyty. Uczestnictwo w „Pluskwie” Majakowskiego w Teatrze Narodowym pozwoliło mi pracować pod kierunkiem najsłynniejszych reżyserów: Konrada Swinarskiego i Adama Hanuszkiewicza. Słynny dyrygent Jerzy Maksymiuk sam chętnie przychodził dyrygować naszą szkolną orkiestrą, w której grywałam jako flecistka. Występowałam także w chórze w operze dziecięcej Jana Fotka „Leśna królewna”, a jako wyróżnienie dostałam również rolę solową.
Pochodzisz z Warszawy i to tam stawiałaś pierwsze kroki artystyczne. Później jako studentka zdobyłaś m.in. Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki. Jak to się stało, że znalazłaś się w Belgii?
Jako nastolatka uczęszczam do liceum im. M. Kopernika z wykładowym językiem angielskim oraz do Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia, gdzie pobierałam naukę w klasie fletu i fortepianu. Potem rozpoczęłam studia na wydziale wokalno-aktorskim Uniwersytetu Muzycznego im. F. Chopina w Warszawie. Już na drugim roku studiów występowałam jako śpiewaczka operowa u boku znanych artystów Teatru Wielkiego. W czasie studiów wzięłam udział w setkach koncertów, a w 1986 r. otrzymałam Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki przyznawaną najlepszym studentom uczelni artystycznych w Polsce. Przed ukończeniem studiów, w 1988 r., wygrałam Międzynarodowy Konkurs Muzyczny im. Królowej Elżbiety w Belgii i od razu dostałam propozycję pracy w brukselskiej operze królewskiej La Monnaie. I tym sposobem znalazłam się w Belgii, gdzie mieszkam do dziś.
Jak wspominasz swój pierwszy występ?
Jak powiedziałam wcześniej, na scenach i estradach występowałam od dziecka. Mój prawdziwy debiut artystyczny profesjonalnej śpiewaczki na scenie Warszawskiej Opery Kameralnej wspominam z wielkim rozrzewnieniem. Wcielenie się w postać Królowej Nocy w „Czarodziejskim Flecie” W. A. Mozarta dało mi olbrzymie poczucie samorealizacji. Wiedziałam, że ta jedna z najtrudniejszych ról pozwoliła mi spełnić moje marzenie – oto byłam tam, gdzie od zawsze chciałam być!
Który moment w karierze uznajesz za przełomowy?

Kadr z fimlu Thomasa Olofssona – Aga Wińska w roli Konstancji w “Uprowadzeniu z Seraju” W. A. Mozarta w teatrze królewskim Drottningholm w Sztokholmie z amerykańskim tenorem Richardem Croft w roli Belmonta
Zwycięstwo w Międzynarodowym Konkursie Muzycznym im. Królowej Elżbiety zmieniło całkowicie moje dotychczasowe życie. Zamieszkałam w Belgii i w wieku zaledwie 24 lat wkroczyłam na międzynarodowe sceny operowe. Znalazłam się w innym świecie, w którym musiałam nauczyć się żyć. Nie mówiłam wtedy po francusku i w zasadzie do nauki tego języka zmusił mnie mąż, za co jestem mu bardzo wdzięczna.
Życie artystyczne nie zawsze jest usłane różami. Czy nie żałujesz wyboru zawodu?
Wyboru zawodu nie żałuję, ale – jak to w życiu bywa – żałuję pewnych kluczowych decyzji zawodowych. Nie wyobrażam sobie siebie w innym zawodzie, choć nie ukrywam, że czasem dopada mnie huśtawka nastrojów. Bywa, iż sprawy profesjonalne wyprowadzają mnie z równowagi, bardzo się denerwuję i wtedy wyrzucam sobie, że nie wybrałam jakiegoś „normalnego, łatwego” zawodu, ale potem ten stan emocjonalny mija i wiem, że nie zamieniłabym życia śpiewaczki na żadną inną pracę.
Porozmawiajmy teraz o blaskach i cieniach Twojej profesji.
Poznawanie niezwykle ciekawych ludzi, spotykanie prezydentów czy królów, podróże w najdalsze zakątki świata, pobyt w najwyższej klasy hotelach, współpraca z wielkimi artystami, funkcjonowanie w wielu kulturach i posługiwanie się na co dzień wieloma językami to z pewnością blaski mojej profesji. A scena uzależnia niczym narkotyk. Gdy się nie występuje, odczuwa się swoisty głód. Ale są też cienie mojego zawodu. Zaliczam do nich nieregularny przypływ gotówki oraz wielką zależność od stanu zdrowia. W przypadku śpiewaczki zwyczajne przeziębienie czy grypa mogą stać się tragicznym doświadczeniem, kiedy wypadną nie w porę. To jest niezwykle stresujące.
Zawód śpiewaczki operowej nie należy z pewnością do najpopularniejszych. Zapytam wprost – czy da się z tego żyć?
Tak, da się zarobić na godne życie. Artyści operowi śpiewają także oratoria, koncerty, recitale, uświetniają śpiewem prywatne wieczory, udzielają lekcji śpiewu i biorą udział w rozmaitych przedsięwzięciach artystycznych w kraju i za granicą. Trzeba jednak pamiętać, że sopran, a więc głos taki, jaki ja mam, ma olbrzymią konkurencję w operze. Zdecydowanie łatwiej przebić się artystkom dysponującym rzadziej spotykanym wśród śpiewaczek mezzosopranem lub altem.
Na swoim koncie artystycznym masz liczne sukcesy: Nagrodę im. Królowej Elżbiety w Brukseli (1988), Nagrodę Operetki w Międzynarodowym Konkursie Śpiewu w Gascogne (1999), występy na największych scenach teatralnych od Wiednia przez Sztokholm, Brukselę, Paryż, Barcelonę, Oslo aż po Japonię i Chiny. Przed jaką publicznością najbardziej lubisz występować?
Mówiąc pół żartem, pół serio, najbardziej lubię występować przed nieznajomymi i nie ma znaczenia, z jakiego kraju czy miasta. Wtedy mogę otworzyć całą moją duszę i nie martwić się, że publiczność będzie we mnie widziała Agę Wińską, czy wręcz znaną od lat Agatę. Na scenie czy estradzie koncertowej tworzę określoną rolę i zdecydowanie wolę, aby we mnie dostrzegano postać, w którą się wcielam, a nie mnie jako prywatną osobę. Dlatego zawsze prosiłam moich rodziców, aby mnie nie uprzedzali, kiedy przyjdą i aby najlepiej siadali w ostatnim rzędzie. Z drugiej strony nie ukrywam, że dla serdecznych przyjaciół zawsze wystąpię z największą przyjemnością.
Twój głos określa się jako tak zwaną koloraturę dramatyczną. Którą z ról operowych darzysz szczególnym sentymentem?
Ze względu na rozwój dramatyczny zachodzący w postaci szczególnie ceniłam rolę Violetty w „Traviacie” G. Verdiego i Łucji w „Łucji z Lammermooru” G. Donizettiego.
Czym zajmujesz się ostatnio?
Jestem w takim momencie życia zawodowego, w którym postanowiłam przesunąć nieco punkt ciężkości i zmodyfikować moje plany. Myślałam o zostaniu reżyserem, tym bardziej, że wyreżyserowałam już kilka spektakli. Dość wspomnieć o „Kabarecie” i „Wesołej wdówce” przygotowanej we współpracy Brussels Light Opera Company. Ale w końcu postawiłam na karierę naukową. Dwa lata temu zrobiłam doktorat z wokalistyki, a teraz przygotowuję się do habilitacji. Poza tym jestem pedagogiem śpiewu estradowego, interpretacji piosenki oraz improwizacji wokalnej w Instytucie Edukacji Muzycznej Uniwersytetu J. Kochanowskiego w Kielcach. Moje związki z nauczaniem piosenkarstwa mają już swoją długą, prawie dwudziestoletnią historię. Cieszą mnie rozwijające się kariery moich dawnych uczniów. Aktualnie co dwa tygodnie jestem w Kielcach, gdzie pracuję z młodymi talentami. Po trzydziestu latach na emigracji znów rozmawiam poza domem w języku ojczystym. Myślę, iż w Belgii osiągnęłam już wszystko, stąd ten pomysł na pracę w Polsce. Poza tym noszę się z zamiarem nagrania dwóch płyt.
Brzmi interesująco. W takim razie dziękując za wywiad, życzę niesłabnącej siły w realizacji wszelkich planów.
I ja dziękuję.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „wywiady”.
Pomysły na weekend nie przychodzą Wam do głowy? Jeśli tak właśnie jest, to służę pomocą. Świetną propozycją jest wyprawa do Rotterdamu (kliknij w zamieszczone zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu), ale koniecznie z noclegiem, bo właśnie po zmroku i nocą miasto prezentuje się wyjątkowo. Planując podróż, warto rozważyć odpoczynek w hotelu na statku, co wprowadzi od razu w szczególną atmosferę tego miasta – największego portu w Europie i jednego z największych na świecie! Godne polecenia są z pewnością H2Otel i ss Rotterdam Hotel en Restaurants.
Kiedy zapadnie zmrok, trzeba koniecznie udać się w rejs taksówką wodną. Taka zadaszona motorówka, która jest najszybszym środkiem lokomocji w mieście, może pomieścić maksymalnie dwanaście osób. Niezwykle demokratyczne ceny (4,5 € za bilet w chwili pisania tego tekstu) wręcz zachęcają do takiej eskapady, zwłaszcza że miasto widziane z pokładu wygląda bajecznie. Podświetlone w różnych kolorach, wysokie i supernowoczesne budynki bez wątpienia nasuwają skojarzenie z Nowym Jorkiem. Gdy więc znajdziecie się na jednej z wielu ponumerowanych przystani, a taksówki wodnej akurat nie będzie, nie ma co się denerwować, tylko zadzwonić pod widniejący tam numer telefonu. Nam akurat dopisało szczęście, gdyż taksówka przypłynęła po chwili i w 10-minutowej, romantycznej podróży do wieży Euromast towarzyszył nam jedynie kapitan.
Euromast – symbol Rotterdamu
Euromast to absolutny „must see” w Rotterdamie. I nie ma co żałować 9,5 € wydanego na bilet, bo atrakcja jest tego warta! Wieża powstała w 1960 r. z okazji międzynarodowej wystawy kwiatów i ogrodów. Została zaprojektowana przez architekta Huig Maaskant i początkowo mierzyła 98 m wysokości. Budowa była – jak na owe czasy – futurystycznym wyzwaniem. Konstrukcja stanęła na 131 filarach i ma 9 m średnicy. Uroczystego otwarcia dokonała księżniczka Beatrix, co było wielkim wydarzeniem.
Do dziś Euromast mieści restaurację i hotel, w którym ceny noclegu mogą przyprawić o ból głowy… Na wysokości 98 m mieści się platforma widokowa, która gwarantuje niezapomniane widoki. Ale najlepsze dopiero przed Wami! Otóż na
odważnych czeka druga winda, która wwozi na kolejną platformę – Euroscoop. Tam – pod okiem pracownika – wsiada się do obrotowej, przeszklonej kabiny, która wznosi się na stopniowo na wysokość 185 m. Tę część wieży dobudowano w 1970 r. Siedząc na ławce w przeszklonej kabinie, mamy okazję podziwiać pięknie oświetlony Rotterdam. Z głośników słychać informacje na temat tego ponad 600-tysięcznego miasta, które było prawie doszczętnie zniszczone w czasie II wojny światowej, co wyjaśnia jego modernistyczny charakter.
Po atrakcjach w kabinie obrotowej trzeba udać się do restauracji w Euromast. Jeśli nie dokonaliście wcześniejszej rezerwacji, nie ma co liczyć na stolik, ale jest szansa na miejsce przy barze, gdzie delektując się lampką wina, można nadal podziwiać panoramę miasta.
Markthal – niezwykła hala targowa
Markthal to kolejny budynek, który trzeba zobaczyć po zmroku! Jeszcze nieprzekonanym powiem, że ta nowoczesna, przeszklona budowla w kształcie podkowy powstała w 2014 r. i nie ma nic wspólnego ze słowem „zwykła”. Hala w zewnętrznej części mieści luksusowe apartamenty, a w wewnętrznej – stoiska oferujące specjały z różnych zakątków świata i oczywiście liczne restauracje i bary. Tym, co zachwyca od pierwszej chwili, są nietuzinkowe ściany i sufit wykonane z kolorowych płyt przedstawiających ogromnych rozmiarów owoce, warzywa, owady i kwiaty. Wnętrze hali podporządkowane hasłu „róg obfitości” najlepiej prezentuje się po zmroku, zwłaszcza z zewnątrz – wystarczy kliknąć na zamieszczone obok zdjęcie, aby zobaczyć je w powiększeniu i lepiej zrozumieć, o czym piszę. Szczerze powiem, że hala podoba mi się bardziej wieczorem niż w dzień, gdyż specjalne szkło zapewnia prawdziwą ucztę dla oczu.
Rotterdam – kubistyczne żółte domy
Zaledwie kilka kroków od hali targowej mieści się kolejna atrakcja miasta – kubistyczne żółte domy. Te zaprojektowane przez Pieta Bloma budynki przyciągają turystów w dzień i w nocy. Wszyscy chcą je uwiecznić na zdjęciach, tym bardziej, że wewnętrzny dziedziniec pełen wielkich donic z palmami i innymi egzotycznymi roślinami stanowi przysłowiową wisienkę na torcie. Gdy do tego dodać widok na pełną restauracji maleńką zatokę z zacumowanymi statkami, można zrozumieć, dlaczego to miejsce ma swój czar. Ba, można zwiedzić nawet jeden taki dom – „Kijk Kubus”. Wrażenie jest niezapomniane, ale jedno wiem na pewno: nie chciałabym tam mieszkać, ponieważ – w moim odczuciu – dom jest bardzo niefunkcjonalny. Ale jak to się mówi, o gustach się nie dyskutuje…
Rotterdam – hotel New York
To kolejne miejsce, które należy obowiązkowo zwiedzić, będąc w Rotterdamie. A jak się tam dostać? No oczywiście taksówką wodną! Mknąc po falach Nowej Mozy, można podziwiać holenderski New York w dzień. To właśnie stąd w latach 30-tych poprzedniego wieku biedni ludzie odpływali do Nowego Jorku w poszukiwaniu lepszego życia. Budynek był w przeszłości siedzibą firmy Holland-
Amerika Lijn. 25 lat temu postanowiono go zamienić w hotel i od tego czasu przyciąga niczym magnes zarówno Holendrów, jak i obcokrajowców. Hotel New York to ulubione miejsce spotkań towarzyskich i biznesowych oraz szykownych przyjęć weselnych. Przybywających wita kamerdyner w typowo nowojorskim uniformie, a wyrafinowane potrawy proponowane gościom w restauracji i drinki w cocktail barze serwowane w stylizowanych wnętrzach oddają atmosferę Manhattanu lat 20-tych i 30-tych XX w.
Rotterdam jest z pewnością niezwykły. Z minionych epok zachowało się naprawdę niewiele – na uwagę zasługują: gotycki kościół św. Wawrzyńca/Sint-Laurenskerk i barokowy Schielandshuis mieszczący Muzeum Historyczne. Z nowoczesności miasta uczyniono atut. Rotterdam jest miejscem dającym mnóstwo możliwości architektom, którzy prześcigają się w pomysłach, wzorując miasto wyraźnie na Nowym Jorku. Ci, którzy chcieliby choć częściowo poczuć atmosferę „Wielkiego Jabłka”, powinni jak nic zaplanować podróż do Rotterdamu. A zachętą niech będzie zamieszczona tu galeria zdjęć…
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Ani Bukareszt, ani ogólniej rzecz ujmując Rumunia, nigdy nie znajdowały się na liście moich podróżniczych planów, zwłaszcza, że pamiętałam opowieści mojego taty sprzed wielu lat o biedzie, kradzieżach i powszechnej bylejakości. Ale życie jest pełne niespodzianek i tak się złożyło, że udałam się w podróż służbową do Bukaresztu na cztery dni. Ponieważ nie miałam żadnych oczekiwań względem tej – było nie było – europejskiej stolicy, moje zaskoczenie było tym większe (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu).
Bukareszt – TOP 10 miejsc wartych odwiedzenia
Bukareszt skąpany w październikowym słońcu wyglądał całkiem dobrze. Na użytek własny i tych, którzy przymierzają się do takiej właśnie wyprawy, stworzyłam listę TOP 10 miejsc, które trzeba zobaczyć. Jest to tym łatwiejsze, że wszystkie one znajdują się na trasie słynnego, czerwonego autobusu “Hop on, hop off”.
Starówka (dzielnica Lipscani) – pełna barów, restauracji i kawiarni tętni życiem do późnych godzin i o stolik wcale nie tak łatwo. Wzrok spacerujących przyciągają secesyjne kamienice, monumentalne gmachy użyteczności publicznej w iście paryskim stylu i piękne cerkwie. Z pewnością warto zwrócić uwagę na budynek Banku Narodowego i na Pałac CEC.
Pasaż Macca Villacrosse z 1891 r. wyraźnie przypomina mediolańską galerię Vittorio Emanuele, choć jest zdecydowanie mniejszy. To miejsce stanowiące uliczki pokryte żółtym szkłem przyciąga fanów fajek wodnych, tureckiej kawy i dobrego wina. Historia tego miejsca jest dość ciekawa: w XIX w. była tu karczma, którą właściciel podarował swoim dwóm córkom. Obie wyszły za mąż: jedna za XIX-wiecznego bukaresztańskiego architekta Ksawerego Villacrosse, a druga za Mihalache Macca, który postanowił wybudować wewnątrz luksusowe sklepy. Galeria, która zyskała nazwę od obu tych nazwisk, przypomina kształtem widelec ze względu na rozchodzące się uliczki i mieści liczne bary, restauracje i butiki. To absolutny ”must see” w Bukareszcie.
Cerkiew Stavropoleos – została wybudowana w 1724 r. i przez wielu określana jest mianem najpiękniejszego kościoła w Bukareszcie. Zachwyca orientalnymi zdobieniami i pięknymi freskami przedstawiającymi świętych. Będąc tam, trzeba koniecznie wejść na znajdujący się tuż obok klasztorny dziedziniec. Przybywających zachwycą zapewne mauretańskie arkady, które prezentują się szczególnie urokliwie po zmroku, gdy są imponująco oświetlone. Stół i krzesła stojące pośrodku arkadowego dziedzińca zachęcają do kontemplacji i wyciszenia.
Księgarnia Carusel – figuruje na liście najpiękniejszych księgarni świata nie bez powodu. XIX-wieczny budynek mieszczący się przy Strada Lipscani 55 został odrestaurowany i otworzył swe podwoje dla fanów literatury w 2005 r. Ten znajdujący się w centrum 6-piętrowy sklep z książkami przyciąga jak magnes. Wśród 10 tysięcy woluminów i około 5 tys. płyt znalazłam nawet dwie książki Olgi Tokarczuk tłumaczone na rumuński. A ci, którzy mają nieco więcej czasu, z pewnością powinni usiąść w znajdującej się na ostatnim piętrze kafejce, by napić się aromatycznej kawy, zjeść dobre ciastko i podziwiać z góry to niezwykłe miejsce.
Pałac Ceausescu – ten drugi największy budynek na świecie (po Pentagonie) jest dowodem gigantomanii Nicolae Ceaușescu. Zgodnie z wolą dyktatora do budowy użyto najdroższych materiałów budowlanych pochodzących wyłącznie z Rumunii. Aby wznieść ten potężny obiekt rządowy będący siedzibą parlamentu, wyburzono znaczną część Starego Miasta i wysiedlono mnóstwo ludzi. Obiekt, który według szacunków liczy 1100 sal, można zwiedzać tylko z przewodnikiem i to po dokonaniu wcześniejszej rezerwacji. Ja widziałam ten kolos z górnego pokładu autobusu i chwilę potem z perspektywy Bulwaru Unirii, bulwaru, który naśladuje paryskie Pola Elizejskie, ba przewyższa nawet szerokością i długością francuski oryginał!
Łuk Triumfalny – ta pochodząca z 1936 r. budowla jest oczywiście wzorowana na paryskim Łuku Triumfalnym, jakkolwiek nikt nie może mieć wątpliwości, że nie dorównuje oryginałowi. Na szczycie 27-metrowego Łuku upamiętniającego żołnierzy poległych w walce o niepodległość Rumunii powiewa dumnie niebiesko-żółto-czerwona flaga.
Park Herăstrău – to największy teren zielony w stolicy Rumunii. Aby do niego wejść, wystarczy wysiąść na przystanku przy Łuku Triumfalnym. Naprawdę warto! Ten 187 ha park położony nad rozległym jeziorem Herăstrău jest wspaniale utrzymany. Do wejścia zaprasza przepiękny zegar. Park podzielony jest na dwie części: w jednej mieści się Muzeum Wsi – największy i najstarszy skansen, gdzie można zwiedzić typowe rumuńskie domy przeniesione na ten teren z różnych zakątków Rumunii. Drugą część, tę, którą dane mi było zobaczyć, stanowi teren rekreacyjny. To tam
właśnie znajduje się pomnik poświęcony Michaelowi Jacksonowi, który dał koncert w Bukareszcie w 1992 r. Nie obyło się wówczas bez faux pas, gdyż gwiazda pop przywitała fanów słowami: “Hello Budapest” zamiast “Hello Bucharest”, ale to już osobna historia… Park jest bardzo zadbany i oferuje możliwość aktywnego spędzenia czasu. Ci, którzy mają więcej czasu, mogą udać się w rejs łodzią, by zobaczyć miasto z innej perspektywy. Czy coś mnie tu rozczarowało? Tylko japoński ogród, który stanowi część parku. Okazało się bowiem, że to chyba pozostałości dawnej świetności, gdyż poza dwiema japońskimi rzeźbami, kładką przebiegającą and pustym stawem i kilkoma roślinami nie było nic więcej.
Casa Presei Libere (Dom Wolnej Prasy) – ten budynek, do którego łatwo dotrzeć spacerując po Parku Herăstrău, przypomina jak nic warszawski Pałac Kultury i Nauki. Nic dziwnego, został ufundowany w 1957 r., czyli w czasach komunizmu, i stanowił siedzibę stołecznych redakcji, gazet i czasopism. Do 2007 r. był najwyższą budowlą w Bukareszcie. Po dziś dzień nie zmieniła się funkcja Casa Presei Libere – to nadal redakcja najpopularniejszych gazet oraz siedziba rumuńskiej giełdy, która mieści się w południowym skrzydle.
Teatr Odeon – jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej reprezentatywnych teatrów w Rumunii. Ten wybudowany w 1911 r. i odrestaurowany w 2017 r. budynek słynie z ruchomego sufitu i z pewnością nie da się koło niego przejść obojętnie.
Termy
– to kompleks zewnętrznych i wewnętrznych basenów z wodami termalnymi, saunami i zjeżdżalniami zlokalizowanymi w ogromnym, przeszkolonym budynku, wewnątrz którego rośnie mnóstwo tropikalnych roślin sprowadzonych z różnych krajów. To niezwykłe miejsce otwarte z rozmachem w 2016 r. zapewnia rozrywkę dzieciom i wytchnienie dorosłym. Oddalone zaledwie o 5 km od lotniska Otopeni termy mogą się okazać interesującą propozycją na jesienną lub zimową wycieczkę.
Bukareszt – warto wiedzieć
* Lecących do Rumunii czeka dodatkowa kontrola paszportowa, jako że Rumunia nie należy do strefy Schengen. Trochę to uciążliwe ze względu na liczbę odprawianych pasażerów, ale cóż zrobić…
* W większości taksówek można płacić tylko w lokalnej walucie (leje) i oczywiście należy najpierw zapytać o cenę, żeby potem nie być zaskoczonym. Ci, którzy chcą zapłacić kartą kredytową, powinni na lotnisku skorzystać ze specjalnego urządzenia znajdującego się tuż przy wyjściu z terminala – można tam samodzielnie zamówić taksówkę oferującą płatność jedną z najpopularniejszych kart. Ale uwaga! W godzinach wzmożonego ruchu lotniczego czas oczekiwania wynosi nawet 40 minut!
* „Paryż Wschodu” – architekci Bukaresztu w przeszłości chętnie naśladowali słynne XIX-wieczne budowle w stylu secesyjnym. Wiele z nich zostało starannie odrestaurowanych. Co więcej, wieczorem są pięknie podświetlone, przez co wyglądają naprawdę majestatycznie.
Bukareszt – gdzie jeść
Caru’ cu Bere – restauracja w centrum, do której warto przyjść ze względu na unikatowe wnętrze, choć stolik trzeba rezerwować z wyprzedzeniem. Neogotycki budynek zachwyca drewnianymi dekoracjami, stiukami i marmurowymi wykończeniami. Lokal oferuje typowe tradycyjne, rumuńskie dania i lokalne piwo.
Vatra – to właściwy adres dla lubiących tradycyjną kuchnię i rustykalny klimat. Serwowane dania mnie nie zachwyciły w przeciwieństwie do miłej atmosfery urozmaiconej dodatkowo pokazem tradycyjnych tańców.
Bukareszt, Bukareszt… Nigdy nie sądziłam, że przypadnie mi do gustu, ale centrum na pewno może się podobać. I choć widać jeszcze komunistyczne pozostałości i budynki czekające na odrestaurowanie, Bukareszt może być interesującą propozycją na weekendowy wypad.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Wakacje skończyły się już na dobre, ale zaczęła się złota jesień, która jest świetną okazją do odwiedzenia kolejnego belgijskiego zakątka. Tym, którzy zastanawiają się, gdzie spędzić weekend w Belgii, proponuję wypad do Kortrijk/Courtrai leżącego blisko granicy z Francją. A że przydatne informacje są zawsze mile widziane przez planujących podróże, poniżej znajdziecie ich garść.
Do wyjazdu zachęciły mnie zdjęcia miasta, na które natrafiłam przypadkowo, szukając czegoś w Internecie, oraz piękna, słoneczna pogoda. Kiedy wjeżdżaliśmy do Kortrijk od strony wyspy Buda, popadłam w zachwyt. Wyspa położona między ramionami rzeki Leie/Lys stała się ulubionym miejscem licznych artystów. Urzeka swoim charakterem mieszkańców i turystów, którzy chętnie odpoczywają tu na leżakach i organizują pikniki. To właśnie stąd rozpościerają się widoki na rozległe tereny zielone i siedem mostów, z których słynie miasto. A jesienią parki wyglądają szczególnie, mieniąc się całą gamą rozmaitych kolorów.
Wieże Broeltorens i kościół Onze-Lieve-Vrouwwekerk (Matki Bożej)
Broeltorens to dwie średniowieczne wieże, z pozoru wyglądające identycznie, choć w rzeczywistości różnią się, ponieważ nie były wybudowane w tym samym czasie. W przeszłości pełniły funkcję obronną: służyły do kontrolowania przepływających statków i stanowiły pierwszą linię obrony zamku księcia Flandrii. Na moście między wieżami znajduje się
pomnik Jana Nepomucena, patrona tonących i orędownika podczas powodzi. Usytuowanie pomnika można uznać w pewnym sensie za ironiczne, ponieważ właśnie z tego mostu w minionych epokach wielu ludzi skakało do wody, popełniając samobójstwo.
Nieopodal wież znajduje się kolejny symbol Kortrijk – kościół Matki Bożej, który przeszedł do historii jako miejsce złożenia 500 złotych ostróg zdobytych w walce przez flamandzkich chłopów. Bitwa z 1302 r. stała się sławna, ponieważ chłopi pokonali doborową armię francuską, która uciekając, gubiła złote ostrogi.
Muzeum Kortrijk 1302
Wizyta w tym interaktywnym muzeum pozwoli w pełni zrozumieć wydarzenia sprzed 700 lat. Flandria, a szczególnie Brugia i Kortrijk, słynęły z wyrobów tkanin. Sytuacja stała się bardzo napięta, gdy ówczesny książę Flandrii, Guy de Dampierre, zawarł przymierze handlowe z królem Anglii, odwiecznym wrogiem Francuzów. Na reakcję Francji nie trzeba było długo czekać: wkrótce Flandria została wchłonięta przez potężnego sąsiada, co wywołało powstanie tkaczy w Brugii, którzy dokonali rzezi rycerstwa francuskiego. W ślady brugijczyków poszli również mieszkańcy Kortrijk: uzbrojeni w prymitywne narzędzia – głównie widły, topory i piki – roznieśli w pył francuskie rycerstwo, które ratując się ucieczką, gubiło złote ostrogi.
Kortrijk – beginaż i Grote Markt
Beginaż, podobnie jak ten w Brugii czy Mechelen, był zamieszkany w przeszłości przez stowarzyszenie kobiet poświęcających się życiu religijnemu, które jednak w odróżnieniu od zakonnic, nie składały ślubów i dzięki temu mogły opuścić wspólnotę w każdej chwili. Na czele beginek stała wybierana co dwa lata Wielka Matka, która zarządzała wspólnotą. Zrzeszone tu kobiety musiały dbać o własny dochód, który zapewniał im przeżycie. Dlatego uprawiały warzywa, hodowały zwierzęta, opiekowały się chorymi i wynajmowały domy, które nabyły drogą darowizn. Pochodzący z 1238 r. beginaż był oazą spokoju i został wpisany na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Dzięki audio-przewodnikowi i interaktywnym tablicom można poznać zasady życia obowiązujące w przeszłości w beginacie. Na jego terenie znajduje się po dziś dzień około 40 małych domów i uroczy, barokowy kościółek z zabytkowymi organami.
Idąc dalej urokliwymi uliczkami miasta, dojdzie się do Grote Markt (Rynku Głównego). Pośrodku – jak prawie w każdym mieście – stoi dzwonnica (Beffroi) z 48 karylionami. Na jej szczycie znajduje się posąg Merkurego, greckiego boga kupców i handlu, a na środkowej wieży – ludowe, złocone figury Manten i Kalle. Ta para uchodzi za opiekunów miasta, za symbol zaradności i handlowej innowacyjności regionu.
Kilka kroków dalej znajduje się ratusz miejski, którego XVI-wieczną fasadę zdobią rzeźby książąt Flandrii. Właściwie od wjazdu do miasta, można się nie rozstawać z aparatem fotograficznym czy nowoczesnym telefonem komórkowym, co pozwoli uwiecznić zabytki i uroki Kortrijk.
Coś dla ciała – relaks w spa
W Kortrijk można znaleźć sporo miejsc noclegowych, począwszy od BB aż po bardziej luksusowe hotele. Na uwagę zasługuje hotel Wu Wei oferujący spa, saunę, odkryty basen i zabiegi w centrum odnowy biologicznej, o czym szerzej pisałam TUTAJ. Gama oferowanych zabiegów znacznie wykracza poza te wymienione, więc każdy powinien tu znaleźć coś dla siebie.
Jedno jest pewne, choć Kortrijk nie jest najsłynniejszym belgijskim miastem, ma całkiem sporo do zaoferowania, zwłaszcza tym, którzy chcieliby choć na chwilę uciec od zgiełku dużych aglomeracji. Warto przecież w spokoju pospacerować, przysiąść i skosztować lokalnych przysmaków, by delektując się ich smakiem, chłonąć niepowtarzalną atmosferę tego flandryjskiego miasta, w którym na każdym kroku słyszy się rozmawiających… po francusku.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Joanna Koston – dzieciństwo i młodość spędziła na Śląsku, w Chorzowie. Bliskość Beskidów szybko wzbudziła jej zapał do górskich wypraw weekendowych, z których pozostały piękne wspomnienia i przyjaźnie. Lata młodzieńcze – lata buntu to muzyka underground Joy Division, koncerty, festiwale w Jarocinie. Pochłanianie książek George’a Orwella i Kurta Vonneguta. To był też czas pierwszego małżeństwa i rozwodu, który stał się bodźcem do ucieczki z Polski do Belgii. Dziś na łonie rodziny otoczona wspierającym we wszystkim mężem z trójką cudownych dzieci cieszy się każdą chwilą życia.
Joasiu, gdy poznałyśmy się siedem lat temu, odnosiłaś sukcesy zawodowe w dziedzinie marketingu. Jak to się stało, że zajęłaś się malarstwem?
Malarstwo i szeroko pojęte kreowanie uwielbiałam od dziecka. Pamiętam, jak mając jakieś pięć lat, namiętnie tworzyłam kartki maczane w wodzie, które następnie malowałam akwarelami. Chciałam studiować historię sztuki, tak się jednak złożyło, że za namową najbliższych wybrałam studia ekonomiczne. Rok 2016 był dla mnie szczególnie ciężki – czułam się bardzo nieszczęśliwa, ba, doszłam do wniosku, że jest tak źle, iż gorzej już być nie może. Wtedy postanowiłam coś w sobie zmienić, a że myśl o malowaniu wracała jak bumerang, zdobyłam się wreszcie na odwagę i zaczęłam realizować moje ukryte pragnienia artystyczne.
Jesteś samoukiem. Czy nie ciągnęło Cię do wiedzy, która jest zazwyczaj bliska absolwentom Akademii Sztuk Pięknych?
Gdy zaczęłam swoją malarską przygodę, skontaktowałam się z różnymi artystami i odbyłam u nich staże. Już wtedy zrozumiałam, że jestem indywidualistką, że wszystko lubię robić po swojemu i że nie potrzebuję studiów, by przelewać na płótno to, co przysłowiowo chodzi mi po głowie.
Gdzie szukasz inspiracji?
Obrazy odzwierciedlają mój nastrój, pragnienia, marzenia, rozterki, mój stan ducha i umysłu. Te płótna ukazują moją ewolucję emocjonalną opartą na symbolice przeciwieństw typowej dla chińskiej filozofii Yi King. Koncepcja yin (żeńska zasada natury, bierna i słaba) i yang (męska część natury, aktywna i silna) służy do wyjaśniania struktury i ładu wszechświata oraz zachodzących w nim zmian. Według tej koncepcji yin i yang dążą do siebie. I ja wykorzystuję te kontrasty, gdyż wierzę, że każde złe doświadczenie służy w perspektywie czasu zmianie w dobre.
Jak powstają Twoje obrazy?
Najpierw zawsze wykonuję strukturę z mieszanki piasku i proszku, które nanoszę na len lub bawełnę. Początkowy etap polega więc na stworzeniu podkładu przypominającego wyraźnie koło czy wir. Malując chcę lepiej poznać siebie i targające mną emocje. Po wyschnięciu struktury, co trwa zazwyczaj 3-4 dni, zaczyna się zabawa kolorami. Nie planuję zawczasu, jakich barw będę używała, bo to zależy od mojego nastroju. Stosuję farby akrylowe mieszane różnymi sposobami, tak, aby były jak najbardziej płynne. Nie używam klasycznych pędzli, gdyż na własny użytek stworzyłam różnorakie narzędzia, które służą do uzyskania oczekiwanego efektu. Z pomocą męża i przyjaciół udało się stworzyć urządzenie służące do obracania obrazów, co pozwala mi uzyskać różne efekty. Poza tym lubię eksperymentować, lubię łączyć błyszczące i matowe farby, lubię używać tuszy.
Artyści potrzebują wyciszenia. Gdzie znajdujesz magiczne miejsce, które pozwala Ci tworzyć w skupieniu?
Jestem bardzo szczęśliwa, gdy na weekendy przyjeżdżam do naszego wiejskiego domu we Francji, niedaleko belgijskiej granicy zresztą, w Tilloy les Marchiennes. Właśnie tam mam atelier, które jest moim królestwem i odskocznią od dnia codziennego.
Gdybyś miała w dwóch słowach określić Twoje dzieła, to byłyby to…
Podpora i narzędzie do osobistego rozwoju.
Sztuka potrzebuje też biznesu i promocji. Jak sobie z tym radzisz?
To zabawne, ale moje ekonomiczne wykształcenie i zdobyte przez lata doświadczenie zawodowe okazały się bardzo pomocne w promowaniu mojej sztuki. Tak się jakoś składa, że los stawia na mojej drodze ludzi, którzy we mnie wierzę i którzy są gotowi bezinteresownie mi pomóc. I ta wiara dodaje mi przysłowiowych skrzydeł.
Czy malujesz również na zamówienie?
Tak, zdarzają się takie sytuacje, a indywidualne zamówienie polega głównie na wskazaniu przez klienta preferowanego wymiaru obrazu i gamy kolorystycznej. Reszta zależy ode mnie. Lubię malować dyptyki (obrazy składające się z dwóch oddzielnych części) i obrazy czteroczęściowe, ponieważ dają wiele możliwości ich ciekawego wyeksponowania.
Jakie są Twoje najbliższe plany artystyczne?
4 października w godzinach 17:00 – 21:00 odbędzie się mój wernisaż w Callens Café (Av. Louise 480, 1050 Bruksela), a ekspozycję będzie można oglądać jeszcze przez kolejne dwa miesiące w tej niezwykłej restauracji. Gości zachwyca nie tylko menu, ale również możliwość obcowania ze sztuką i zakupu wystawionych obrazów. Poza tym w dn. 13 – 14 października organizuję drzwi otwarte do mojego atelier (104 rue Florimond Houdart, 59870 FR- Tilloy lez Marchiennes).
W takim razie trzymam kciuki za to przedsięwzięcie artystyczne i do zobaczenia.
Dziękuję i do zobaczenia w Callens Café. Zapraszam też do obejrzenia moich prac na stronie www.joannakoston.com
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „wywiady”.
Stare porzekadło mówi: „Do trzech razy sztuka” i coś w tym jest. Poczdam, a w szczególności kompleks pałacowo-parkowy Sanssouci, planowaliśmy z rodziną zwiedzić w przeszłości dwukrotnie, ale coś niespodziewanie stawało nam na przeszkodzie. W tym roku nie daliśmy za wygraną i wreszcie udało się zrealizować ten plan w drodze do Polski. Jako że nie mieliśmy ani ochoty, ani sił, by bez odpoczynku pokonać trasę ponad 1300 km z Brukseli do Gdańska, półtoradniowy pobyt w Poczdamie wydawał się idealnym rozwiązaniem. Podróż po słynnych niemieckich autostradach, które od lat są w ciągłej przebudowie, okazała się nadzwyczaj uciążliwa. Korki i niekończące się roboty drogowe spowodowały, że – o zgrozo! – nie udało nam się rozwinąć średniej prędkości większej niż 78 km/h. Gdy wreszcie po wielu godzinach dotarliśmy do zarezerwowanego hotelu, czekała nas niemiła niespodzianka. Nasza rezerwacja z niewiadomych powodów nie figurowała w systemie. Na szczęście ktoś inny anulował swój pobyt w ostatniej chwili i tym sposobem znalazł się dla nas pokój.
Poczdam – miasto Fryderyka II Wielkiego
To niemieckie miasto leżące zaledwie 38 km od Berlina zaczęliśmy zwiedzać następnego ranka (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu). Ciekawostką jest to, że jeszcze na początku X w. Poczdam był zamieszkiwany przez Słowian, którzy w końcu zostali podbici. O historii nie będę pisać w detalach, ponieważ zainteresowani mogą znaleźć mnóstwo informacji na ten temat w rozmaitych źródłach. Dość powiedzieć, że Poczdam przybrał na znaczeniu od XVII w. za sprawą króla Fryderyka II Wielkiego, którego – niczym Francuzów – cechowało zamiłowanie do przepychu, blasku i wystawności. „Stary Fryc” – bo tak właśnie nazywano tego pruskiego władcę – rządził przez 46 lat i preferował sztukę francuską, ba, po francusku mówił nawet lepiej niż po niemiecku. I choć był otoczony przez francuskich literatów i filozofów, i choć przyjaźnił się z Wolterem, był też mężem stanu. To za jego panowania liczne wojny zostały zakończone sukcesem Prus i to z jego sprawą Poczdam stał się klejnotem sztuki.
Poczdam – Pałac Sanssouci
Naszym głównym celem było zwiedzenie kompleksu pałacowego i parku Sanssouci. Budowę tego słynnego obiektu rozpoczęto w 1745 r. Fryderyk Wielki zapragnął tu mieć swoją letnią rezydencję, gdzie mógłby oderwać się od trosk związanych z zarządzaniem państwem. To wyjaśnia nazwę pałacu, bowiem francuski zwrot „sans souci” oznacza „bez trosk”. Z rozkazu króla i według jego szkiców wybudowano pałac w stylu fryderycjańskiego rokoko. Ta ukochana, jednopiętrowa budowla została wzniesiona na wzgórzu winnicznym. Jej żółtą fasadę zdobią amorki i Bachanci oraz Bachantki, czyli towarzysze i towarzyszki greckiego boga wina – Dionizosa. Zresztą, co bardziej wnikliwi zobaczą, że motyw winorośli dominuje w zdobieniach wnętrz pałacu. Rozlegle schody znajdujące się na sześciu tarasach winnicowych prowadzą wprost do ogrodu w stylu francuskim, pośrodku którego wybudowano wielką fontannę otoczoną marmurowymi posagami rzymskich bogów.
Trzeba przyznać, że pałac choć stosunkowo mały w porównaniu z Wersalem, wprost oszałamia bogactwem zdobień i dzieł sztuki, zwłaszcza malarstwa. Zresztą, król nie miał aspiracji co do rozmiarów pałacu, ponieważ – jak wyraźnie podkreślał – była to jego prywatna, 12-pokojowa, letnia rezydencja, gdzie od kwietnia do października chciał po prostu odpocząć. Prywatnie władca nie był szczęśliwy, gdyż – pod groźbą pozbawienia go dziedzicznego tronu – został zmuszony przez ojca do poślubienia Elżbiety Krystyny Braunschweig-Bevern. Jednak Fryderyk II Wielki od chwili koronacji przebywał w separacji z Elżbietą. Nie mieli dzieci, a królewska małżonka mieszkała w pałacu w Berlinie. To wyjaśnia, dlaczego Fryc wolał, aby w jego ulubionym pałacu Sanssouci nie przebywały kobiety. To tam bowiem kochający psy król poświęcał się sztuce, dyskusjom filozoficznym, lekturom i koncertom, w których czynnie brał udział.
W skład pałacowych wnętrz wchodzą królewska sala audiencyjna, sala koncertowa, sypialnia, pokój do pracy, biblioteka i galeria oraz pięć pokojów gościnnych. Centrum Sanssouci stanowi westybul i Sala Marmurowa wyraźnie wzorowana na rzymskim Panteonie. Jest ona owalna, a jej bogato zdobiona kopuła ma wbudowany oculus, czyli owalny otwór w szczytowej części sklepienia, który przepuszcza powietrze i światło do wnętrza budowli.
Na zaproszenie Fryderyka II w pałacu mieszkał przez jakiś czas francuski filozof Wolter, który zajmował tzw. pokój kwiatowy ozdobiony żółtą boazerią z licznymi ornamentami kwiatów, girland, liści, małp, papug i bocianów.
Poczdam – Pałac Neue Kammern (Nowe Komanaty)
Po ochłodzeniu się w pełnych palm klimatyzowanych wnętrzach kawiarni „Zum Historischen Mühle”, którą szczerze polecam, udaliśmy się do pobliskiego Pałacu Neue Kammern. Ta budowla powstała również na zlecenie Fryderyka Wielkiego była w pierwotnym założeniu zaprojektowana jako oranżeria do przechowywania w okresie zimowym ciepłolubnych roślin doniczkowych z tarasów pałacu Sanssouci. Dwadzieścia lat później oranżerię przebudowano na
pawilon gościnny. Całość z apartamentami i salami paradnymi została ozdobiona w stylu bogatego fryderycjańskiego rokoka, choć – jak dostrzegli znawcy – widać tu już pewne cechy wczesnego klasycyzmu. Do dekoracji, które są nieco skromniejsze niż w pałacu Sanssouci użyto laki i intarsji.
Odwiedzających zachwycają w szczególności dwie sale balowe: Sala Jaspisowa z malowidłami plafonowymi oraz antycznymi popiersiami oraz Galeria Owidiusza, która wyraźnie przypomina francuskie sale lustrzane.
Poczdam – Nowa Oranżeria (Pałac Oranżeryjny)
Gdy dotarliśmy do tej części parku, w której znajduje się Pałac Oranżeryjny zwany czasem Nową Oranżerią, poczuliśmy się jak we Włoszech. Nic dziwnego – wszak ten piękny budynek powstały z rozkazu króla Fryderyka Wilhelma IV był wzorowany na słynnej, rzymskiej Villi Medici i na pałacu Ufficio we Florencji. Trzyskrzydłowa Nowa Oranżeria o imponującej szerokości 300 m zachwyca usytuowaniem, pięknym ogrodem z basenami, geometrycznymi kwietnikami i rzeźbami, ale cały jej przepych i szyk można zobaczyć po wejściu do środka.
Kolejne apartamenty, które przybrały nazwy od dominujących kolorów (apartament zielony, kości słoniowej, niebieski, malachitowy), zachwycają wystrojem i jakością użytych materiałów. Odwiedzającym rzucają się w oczy jedwabne tkaniny, miśnieńska porcelana określana wówczas mianem białego złota, lustra, rzeźby i wykwintne meble.
Przysłowiową kropkę nad “i” stanowi Sala Rafaela, zwieńczona zwierciadlanym sklepieniem zapewniającym równomierne oświetlenie obrazów. Wypełniona jest kopiami obrazów włoskiego mistrza i ozdobiona stiukowymi płaskorzeźbami przedstawiającymi Bazylikę św. Piotra w Rzymie i Katedrę Matki Boskiej Kwietnej we Florencji. Na sklepieniach z kolei znajdują się liczne sztukaterie na wzór tych z Pałacu Apostolskiego w Watykanie. Warto iść dalej, by wreszcie dotrzeć na szczyt pałacu, skąd rozciąga się przepiękny widok. Przed jego opuszczeniem trzeba też zajrzeć do oranżerii, by móc podziwiać ponad 1000 roślin reprezentujących około 30 egzotycznych gatunków.
Jak się okazało, wiele osób jako cel swojej wycieczki wybiera Niemcy. Zabytki Poczdamu oszałamiają, a nam – ze względu na panujący upał – nie udało się zwiedzić nawet w całości rozległego kompleksu pałacowo-parkowego Sanssouci. I z pewnością jest czego żałować. Chiński Pawilon, Nowy Pałac Sanssouci, Łaźnie Rzymskie, Pałac Charlottenhof, Galeria Malarstwa to kolejne atrakcje czekające na odwiedzających
Poczdam to dla mnie najpiękniejsze niemieckie miasto, a nieskromnie powiem, że zwiedziłam już sporo zakątków tego kraju. Przejażdżka busem Hop On Hop Off pozwoliła nam zobaczyć choć przelotnie mnóstwo innych zachwycających poczdamskich budowli: Belweder, Bramę Myśliwską, dzielnicę holenderską, rosyjską kolonię Aleksandrowkę, zamek Babelsberg i pałac Cecilienhof. Śmiało mogę powiedzieć, że i tygodniowy pobyt nie byłby za długi, aby zwiedzić to niezwykłe miasto. A więc polecam i czekam na Wasze wrażenia!
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Co zwiedzić w Belgii? To pytanie nasuwa się nie tylko turystom, ale i mieszkańcom Belgii. Oprócz miejsc niezwykłych, jakkolwiek tak oczywistych jak Brugia, Gandawa, Bruksela czy Dinant, są perły, o których wie zdecydowanie mniej ludzi. A dla pasjonatów sztuki i kultury antycznej, dla pasjonatów sztuki Orientu, dla ciekawych świata to absolutne „must visit”. Mariemont – bo o nim mowa – to położony w miasteczku Morlanwelz otoczony murami 45 ha park i muzeum, które dzięki zgromadzonej kolekcji antyków może śmiało konkurować z najbardziej prestiżowymi muzeami na świecie.
To unikatowe miejsce dzieli od Brukseli odległość zaledwie 53 km. Wystarczy pojechać autostradą E19 w kierunku La Louvière. Już wjazd wspaniałą bukową aleją o długości jednego kilometra daje pewne wyobrażenie o glorii Mariemont w przeszłości i jednocześnie przedsmak tego, co czeka przybywających.
Park Mariemont
Park Mariemont zachwyca różnorodnością drzew i krzewów, wśród których jest wiele egzotycznych okazów przywiezionych z Chin i Japonii. Dzięki temu stanowi najpiękniejsze arboretum w Walonii. Okazała przestrzeń jest oazą spokoju i pięknie prezentuje się o każdej porze roku. Ale atutem są nie tylko rośliny. Ostatni właściciel i pasjonat sztuki, Raoul Warocqué, upiększył to miejsce, umieszczając w nim wiele posągów i rzeźb znanych artystów m.in. takich jak: Auguste Rodin, Jef Lambeaux, Constantin Meunier czy Victor Rousseau. Po wejściu w głąb parku odwiedzjący zobaczą prawie 4-metrowy posąg Wielkiego Buddy (Daibutsu) otoczony dwiema parami lampionów wykonanych z brązu. Ta monumentalna japońska rzeźba ukazuje otoczonego aureolą, medytującego Buddę Amidę siedzącego na lotosowym tronie ze skrzyżowanymi nogami. Szeroko otwarty na piersi klasztorny płaszcz spowija oba jego ramiona, a ułożenie rąk na kolanach wyraźnie wskazuje na medytację i koncentrację. Rzeźba nawiązuje do najsłynniejszego XIII-wiecznego posagu Daibutsu z Kamakury.
Wiele osób zastanawia się, jak Wielki Budda znalazł się w Mariemont. Otóż ostatni właściciel, Raoul Warocqué, kochał podróże i zamówił tego Buddę podczas jednej z wypraw na Daleki Wschód w 1910 r. Do dziś rzeźba zachwyca, pozwala poczuć się jak w Japonii i daje dobrą energię, dlatego tak wiele osób uprawia tu jogę, spoglądając na ogromny posąg.
Mariemont – trochę historii
Historia terenów, na których leży Mariemont, jest stosunkowo dobrze znana od czasów rzymskich. Te ziemie, które od XIV w. należały do hrabstwa Hainaut, zainteresowały Marię Węgierską, księżniczkę burgundzką, królową czeską i węgierską i jednocześnie namiestniczkę Niderlandów w latach 1531–1555. Trzeba pamiętać, że wówczas Belgia nie istniała (jako państwo pojawiła się na mapie dopiero w 1830 r.). Maria Węgierska, młoda wdowa po królu Węgier, dostała od swojego brata – króla Karola V prowincję Binche. Nakazała tam zbudować swój pałac. A ponieważ – jak wiele koronowanych głów – uwielbiała polowania, wkrótce zachwyciła się górzystym terenem w pobliżu wsi Morlanwelz i podjęła decyzję o wybudowaniu domku myśliwskiego. Zadania podjął się w 1546 r. architekt Jacques Dubroeucq. Niestety, pięć lat później pawilon został spalony przez Francuzów. Odbudowę Mariemont (co w tłumaczeniu znaczy: Góra Marii) podjęto natychmiast i ukończono w 1560 r., ale wówczas Maria Węgierska wróciła już do Hiszpanii.
Mariemont, choć pięknie utrzymany, nie podejmował znamienitych gości przez prawie czterdzieści lat. Wszystko zmieniło się za sprawą arcyksiążąt Alberta i Isabelle. Ci zauroczeni położeniem Mariemont entuzjaści polowań postanowili uczynić z niego rezydencję królewską – przenieśli tam swój dwór i przeprowadzili rozbudowę. Obiekt przybrał kształt zamku: dobudowano cztery pawilony, kaplicę, wieżę i liczne budynki pomocnicze. Wielki nacisk położono na ogrody. Wystarczy choćby spojrzeć na płótna Jana Breughla czy Jean Baptiste Simonsa, które ukazują urok tego miejsca.
W latach 1668 – 1678 Mariemont należący formalnie do Hiszpanii został przejęty siłą przez króla Francji, Ludwika XIV. Pałac, wzorowany na letniej rezydencji władców Hiszpanii w Aranjuez, był tak piękny, że został uznany za jeden z królewskich domów, a Ludwik XIV – jak zaświadczają źródła historyczne – przebywał tam przynajmniej dwa razy. Okres glorii przypadał również na czasy, gdy książę Karol Lotaryński był namiestnikiem Niderlandów. Ten ceniący uroki życia gubernator Holandii postanowił zlecić gruntowną renowację rezydencji Mariemont. I tym sposobem powstał dwuskrzydłowy zamek z rozległym dziedzińcem z pięknymi tarasowymi ogrodami, które podkreślały dodatkowo walory pochyłego terenu. Nie dziwi więc fakt, że wydawano wówczas w Mariemont niezwykle wystawne przyjęcia. Niestety, śmierć Karola Lotaryńskiego w 1780 r. oznaczała koniec okresu glorii i chwały. Kilkanaście lat później wybuchła Wielka Rewolucja Francuska, której echa wyraźnie odbiły się w Mariemont: w czasie potyczek między wojskami francuskimi i austriackimi zamek został spalony, a wkrótce potem zrabowany przez okolicznych mieszkańców.
Rodzina Warocqué
Pod koniec XVIII w. zrujnowany Mariemont został wystawiony na sprzedaż. Nabywcami okazali się dwaj bracia, Isidore i Nicolas Warocqué, przemysłowcy z regionu Hainaut, którzy szybko wzbogacili się na złożach węgla. W 1829 r. Nicolas kupił las Mariemont, aby wybudować na rozległym terenie neoklasycystyczny zamek. Rodzina Warocqué uczestniczyła aktywnie w życiu politycznym regionu, fundowała szkoły, przedszkola i sponsorowała badania naukowe. Ci wielcy przemysłowcy zadbali też o park, który z ich rozporządzenia został zamieniony w ogród angielski.
Ostatni właściciel Mariemont – Raoul Warocqué (1870-1917)
W 1899 r. Raoul Warocqué został jedynym spadkobiercą Mariemont. Ten doskonały przemysłowiec, który pomnażał swój majątek, inwestując w kopalnie węgla w regionie, w huty, odlewnie, kuźnie, fabryki czekolady, emalii i przedsiębiorstwa budowlane miał niezwykłą pasję: uwielbiał sztukę antyczną. Dużą część swojej fortuny poświęcił na zdobywanie starożytnych arcydzieł. W skład jego kolekcji wchodzą m.in.: ogromny księgozbiór pełen unikatowych wydań dzieł autorów klasycznych, przedmioty użytku codziennego z czasów starożytnej Grecji i Rzymu, freski zdobiące jedną z willi w Pompejach, porcelana, wiele rzeźb greckich i rzymskich, ale także egipskich – w tym monumentalny posąg Kleopatry mierzący trzy metry i ważący pięć ton. Jako że Raoul Warocqué był zainteresowany przeszłością swojego regionu, zgromadził również mnóstwo przedmiotów znalezionych na okolicznych terenach, a pochodzących z epoki galo-romańskiej i z czasów dynastii Merowingów. Propagując rozwój regionalnego dziedzictwa, stworzył też imponującą kolekcję porcelany z Tournai (belgijskiego miasta słynącego z fabryki konkurującej z dużymi manufakturami z Francji i Niemiec).
Liczne podróże były dla Raoula okazją do zakupu niezwykłych przedmiotów. Dość wspomnieć, że wyprawa do Egiptu w 1911 r. zaowocowała zdobyciem kolosalnego popiersia króla Ptolemeusza. Kolejne eskapady do Chin i Japonii pozwoliły też na zakup egzotycznych drzew i roślin do ogrodu oraz … pawilonu herbacianego, w którym obywają się po dziś dzień ceremonie herbaty.
Raoul Warocqué, który nigdy nie założył rodziny, zmarł w wieku zaledwie 47 lat, przekazując państwu belgijskiemu park, zamek, bibliotekę i zbiory artystyczne w celu stworzenia muzeum. Jego testament został zrealizowany już trzy lata później, kiedy to otworzono Królewskie Muzeum Mariemont prezentujące szerokiej publiczności ogromne zbiory Raoula. W 1960 r. wybuchł pożar, który zniszczył znaczną część muzeum. Na szczęście zgromadzona kolekcja niewiele ucierpiała, ponieważ większość znajdowała się w betonowych pomieszczeniach. Po pożarze rekonstrukcją budynku zajął się architekt Roger Bastin. Muzeum zostało ponownie otwarte w 1975 r.
Przyjeżdzający do Mariemont po raz pierwszy nie spodziewają się, że otoczona murami ogromna posesja kryje świat niezwykłego kolekcjonera sztuki. Budynek, który wygląda dość zwyczajnie, mieści prawdziwe skarby będące świadectwem wielkości dawnych cywilizacji Europy i Azji, obok których nie można przejść obojętnie.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bzpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Co zwiedzić w Grecji? Oto jest pytanie. Lista miejsc wartych odwiedzenia w tym państwie będącym kolebką kultury europejskiej jest bardzo długa. Ten śródziemnomorski kraj dzięki klimatowi, położeniu geograficznemu i mnóstwu zabytków zauroczył tak wielu, że niektóre rejony wprowadziły limity turystów mogących odbywać podróże w te niezwykłe miejsca. Póki co – na szczęście – Meteory nie figurują w tym spisie.
Meteory, czyli klasztory zawieszone między ziemią i niebem
Meteory (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu) to znajdujące się na równinie tesalskiej skały sięgające nawet 613 m n.p.m. Na szczytach części z nich wybudowano w przeszłości 24 prawosławne klasztory uznawane za obraz wielkości Boga. Świetną okazję do zwiedzenia tego niezwykłego miejsca daje pobyt w Tesalonikach lub na Półwyspie Chalkidiki. Trasa dojazdowa od strony leżącego u podnóża miasta Kalambaka robi wrażenie, ponieważ co i rusz można podziwiać skały z innej strony, a wraz z każdym pokonanym zakrętem widać coraz lepiej klasztory sprawiające wrażenie zawieszonych między ziemią i niebem. Droga niczym serpentyna wznosi się w górę, przyprawiając o drżenie serca bardziej bojaźliwych, ale warto, gdyż widoki są niezapomniane!
Legenda mówi, że Bóg stworzył Meteory, czyli swoisty Skalny Las, rzucając z nieba garść kamieni, którym nakazał zawisnąć w powietrzu. Geolodzy oceniają wiek skał na 6 milionów lat, co znaczy, że powstały w trzeciorzędzie. Pierwsze wspólnoty religijne w okolicach Meteorów datuje się na X w., ale wówczas mnisi zamieszkiwali przede wszystkim jaskinie. I tu nasuwa się pytanie, dlaczego wybrali oni to miejsce. Odpowiedź jest zaskakująco prosta: ponieważ te odosobnione skały i panująca cisza pozwalały im wyrabiać w sobie cnotę posłuszeństwa i umacniać wiarę w Boga.
Najstarszym klasztorem jest Wielki Meteor, zwany też klasztorem Przemienienia Pańskiego lub Metamorfozy. Według legendy założyciel – św. Atanazy został przyniesiony na skrzydłach orła na szczyt tej najwyższej w całym pasmie góry. Natomiast niezaprzeczalnym faktem jest, że ta pierwsza mnisia siedziba została wzniesiona w 1336 r. Zakonnicy wówczas wchodzili po prowizorycznej drabinie, której szczeble były wbijane w skałę. Później używali specjalnej sieci wciąganej wielkim kołowrotem przez pozostających na szczycie mnichów. W ten sposób również transportowano materiały do budowy, dzięki czemu wznoszono kolejne klasztory, których okres największej świetności przypadał na XVI w.
Od początku istnienia tych niezwykłych monastyrów i również w czasie tureckiej okupacji gromadzono tam skarby (starodruki, rękopisy, relikwie świętych, ikony, bogato zdobione krzyże, naczynia liturgiczne i wiele innych), które mają nieocenioną wartość historyczną. Do dziś funkcjonuje 6 klasztorów: 4 męskie i 2 żeńskie. Należą do nich: Wielki Meteor, Warłama, Św. Trójcy, św. Mikołaja oraz św. Barbary i św. Stefana.
Meteory – informacje praktyczne
Meteory można zwiedzać, pamiętając o właściwym stroju: długie spodnie dla mężczyzn oraz spódnica lub sukienka zakrywająca kolana i ramiona dla kobiet. Należy mieć też na uwadze fakt, iż jest to miejsce kultu religijnego, co wymaga od turystów pewnego wyciszenia i refleksji W tych niezwykłych klasztorach można nie tylko podziwiać wspaniałe ikony i ikonostasy, ale też zastanowić się chwilę nad sposobem życia mnichów. Ich każdy dzień jest podzielony na 8-godzinne okresy, począwszy od godz. 4:00, kiedy wstają. Pierwszą część dnia spędzają na modlitwie, drugą – na pracy, a trzecią – na pogłębianiu wiedzy i odpoczynku. Ich celem jest dojście do mistycznej rozmowy z Bogiem.
W drodze do Meteorów można zatrzymać się w sklepie z pamiątkami, w którym na turystów czekają ikony, piękne albumy poświęcone Grecji i rozmaite książki (nawet w języku polskim) promujące kraj Sokratesa, Homera i Zorby.
A tym, którzy nie są jeszcze przekonani o magii tego miejsca, polecam obejrzenie filmu pt. „Tylko dla twoich oczu”. Finałowa scena rozgrywa się właśnie w Meteorach, a James Bond (w tej roli Roger Moore) ścigający przemytnika dostaje się tam, wspinając się po pionowej skale…
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.




















































































































































































































































































































