Gdyby kilka lat temu ktoś mi zaproponował spędzenie urlopu w Czechach, popukałabym mu w czoło. Wszak nie ma tam ani morza, ani typowo południowoeuropejskiego letniego upału. Tak się jednak złożyło, że znajomi polecili nam słynne czeskie uzdrowisko Mariańskie Łaźnie znane również pod nazwą Marienbad. A że lubimy rodzinne podróże, postanowiliśmy się tam wybrać, aby skorzystać z bogatej oferty zabiegów dla zdrowia i urody. Mariańskie Łaźnie są oddalone o ok. 50 km od słynnych Karlowych Warów. Łatwo tu dotrzeć od strony Niemiec, bo droga wiedzie autostradą, a od Brukseli dzieli to czeskie uzdrowisko zaledwie 780 km.
Mariańskie Łaźnie podbiły moje serce od pierwszej chwili mimo deszczu, który akurat padał, gdy dotarliśmy na miejsce. Najpiękniejsze hotele, głównie cztero- i pięciogwiazdkowe, znajdują się wzdłuż ulicy Hlavni tr. Wybierając miejsce wypoczynku, polecam po pierwsze – kontaktować się bezpośrednio z recepcją wybranego obiektu, co pozwala na negocjację cen, po drugie – wyszukać hotel z basenem, co urozmaici czas w razie niepogody i po trzecie – zapytać o wersję HB (śniadania i obiadokolacje), gdyż cena między opcją tylko ze śniadaniem a tą z dwoma posiłkami niewiele się różni.
Mariańskie Łaźnie – zdrowie i uroda
W hotelach dominują ludzie w średnim i starszym wieku. Celem przyjeżdżających jest szeroka gama oferowanych zabiegów i lecznicze właściwości tutejszych wód mineralnych. Mariańskie Łaźnie zwane Marienbadem już w przeszłości przyciągały znane osobistości. Dość powiedzieć, że byli tu Chopin, Mozart, Goethe, Freud, cesarz Franciszek Józef i angielski król Edward VII. Ich pobyt w tym mieście upamiętniają domy-muzea, pomniki i organizowany corocznie koncert Chopinowski. Miasto zasłynęło ze źródeł wody mineralnej o różnym składzie chemicznym, która wspomaga leczenie rozmaitych dolegliwości: chorób układu ruchu, układu oddechowego, nerek i dróg moczowych, chorób ginekologicznych i otyłości.
Gwoli ścisłości, wody wybijające w okolicach są zimne, bo ich temperatura waha się między 7 – 10°C. Uzdrowiska mieszczące się w typowo secesyjnych, pięknych budynkach oferują również zabiegi z wykorzystaniem gazów, borowiny, zabiegi z zakresu hydroterapii, elektroterapii czy fizykoterapii oraz inhalacje w grotach solnych.
Miasto słynie również z zabiegów medycyny estetycznej. Luksusowe gabinety przyciągają tych, którzy chcą jak najdłużej zachować młodzieńczy wygląd. Nikogo nie dziwi, że goście hotelowi chodzą cały dzień w słonecznych okularach, które choć częściowo ukrywają szwy lub pozabiegowe opatrunki. Ceny i jakość zabiegów prozdrowotnych i tych upiększających naprawdę mile zaskakują.
Mariańskie Łaźnie – atrakcje i czas wolny
Ten, kto myśli, że Mariańskie Łaźnie to tylko sanatorium dla ludzi w starszym wieku, naprawdę się myli. Miasto, które na co dzień zamieszkuje ponad 13 tys. ludzi, oferuje wiele atrakcji. Szczerze mówiąc, Mariańskie Łaźnie podobają mi się zdecydowanie bardziej niż luksusowe, ale zatłoczone Karlowe Wary i bardziej niż maleńkie Franciszkowe Łaźnie. W Marienbadzie – oprócz przepięknie odrestaurowanych budynków hotelowych, spośród których każdy oferuje własne centrum zabiegów – do dyspozycji odwiedzających jest wypielęgnowany park zdrojowy. Jego zwieńczeniem jest neobarokowa Kolumnada z końca XIX w. i „Śpiewająca Fontanna”, którą polecam zobaczyć zwłaszcza wieczorem, gdy pięknie podświetlona woda „tańczy” w rytm muzyki klasycznej. Spacerując po parku, warto też zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie ze statuami austriackiego cesarza Franciszkowych Józefa i angielskiego króla Edwarda VII, którzy spotkali się „u wód” na początku XX w.
Na dzieci i dorosłych czekają kolejne atrakcje: kolejka linowa, która w ciągu kilku minut zawiezie na szczyt. Odważniejsi i wysportowani mogą wspiąć się tam bez przeszkód po wyznaczonej ścieżce. Gdy wreszcie dotrą na miejsce, mogą podziwiać panoramę i zwiedzić
park miniatur Bohemium. Trzeba jednak mieć lokalną walutę, ponieważ nie ma możliwości płacenia kartą. Warto w Bohemium spędzić dwie, a może nawet trzy godziny, by zobaczyć miniatury zamków, pałaców i innych znanych czeskich budowli. Zmęczeni spacerem mogą usiąść w jednej z kawiarni lub restauracji i posilić się jakimś lokalnym specjałem.
Ale Mariańskie Łaźnie to także raj dla fanów golfa, o czym świadczy fakt, że zwolennicy tego sportu przyjeżdżają tu z różnych zakątków Europy. Fani muzeów też znajdą coś dla siebie – czeka na nich dom F. Chopina i W. Goethego, którzy w tym mieście dbali o swoje zdrowie. Gdy do tych wszystkich atrakcji dodać regularnie organizowane koncerty, kursy tańca, mnóstwo kafejek, restauracji i liczne biura podróży oferujące za przystępną cenę jednodniowe wycieczki do Czech, Austrii, Niemiec i na Słowację, nie pozostaje nic innego jak planowanie wyjazdu. Ze względu na położenie miasto ma bogatą ofertę również zimą, zwłaszcza dla miłośników śnieżnego puchu, którzy śmiało mogą śmigać po tutejszych stokach.
Ja uległam urokowi Mariańskich Łaźni bez reszty. Po tygodniowym pobycie i zaaplikowanych zabiegach poczułam się jak nowo narodzona: wypoczęta, zrelaksowana i co najważniejsze – wolna od bólu spowodowanego pracą biurową. Naprawdę polecam choćby krótki wypoczynek w Marienbadzie. Spróbujcie, a nie będziecie żałować, zwłaszcza że ceny są niezwykle przyjazne dla naszych portfeli, a jakość i standard oferowanych usług naprawdę wysoki.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Wymarzony urlop. Z czym się kojarzy? No oczywiście ze słodkim lenistwem, z podróżami, odwiedzinami rodziny, przyjaciół i znajomych, ze znalezieniem czasu na przyjemności, na beztroskę i luz.
W drodze do Polski postanowiliśmy zatrzymać się na trzy dni w pobliżu Berlina, żeby zwiedzić stolicę Niemiec i potem poczuć się jak w raju w Tropical Islands, o czym pisałam tutaj. Niezorientowanym powiem, że to największy tropikalny park rozrywki i wypoczynku w Europie, gdzie można poczuć klimat i atmosferę Morza Południowego i laguny Bali.
Ale jak to w życiu bywa, podróże niosą ze sobą ryzyko stawienia czoła nieprzewidzianym sytuacjom. I tym razem bez niespodzianek się nie obyło. Do zarezerwowanego wcześniej B&B przyjechaliśmy około godziny 20:00. Zameldowaliśmy się, dopełniliśmy niezbędnych formalności i głodni jak wilki postanowiliśmy się udać się do jednej z pobliskich restauracji. Przyjechaliśmy o 20:45, zaparkowaliśmy i już po chwili byliśmy w środku. To była typowo niemiecka restauracja. Wybraliśmy ją nie dlatego, że jakoś szczególnie chcieliśmy zjeść “wurst”, ziemniaki i
kapustę, ale dlatego, że głód doskwierał nam coraz bardziej. Ledwo usiedliśmy, a kelner zjawił się w mgnieniu oka. Zapytał, czego chcemy się napić, podając nam kartę napojów. Ale my chcieliśmy przede wszystkim jeść!
– Czy możemy zobaczyć menu? – zapytałam.
– Niestety, nie. O 21:00 nasz kucharz kończy pracę i już pół godziny wcześniej nie przyjmujemy żadnych innych zamówień poza napojami. Porządek musi być – odrzekł kelner.
Zobaczył chyba wielkie zdziwienie rysujące się na naszych twarzach, bo zaraz dodał:
– W niemieckich restauracjach kucharze pracują tylko do 21:00, żeby chronić prawa pracownicze.
Głodni i zniesmaczeni sytuacją a nie jedzeniem, pojechaliśmy do kolejnej restauracji, gdzie dano nam taką samą odpowiedź. Nie pozostało nam nic innego jak zatrzymać się na stacji benzynowej i kupić hot-doga. Od pomysłu przyszło do czynu i już pięć minut później byliśmy na stacji. Naszym oczom ukazała się rozległa, przeszklona lada, w której leżały parówki, bułki do hot-dogów i hamburgerów oraz wszystko, co do tego potrzebne. Gdy jednak usłyszeliśmy, że po 21:00 nie sprzedaje się tu żadnego jedzenia, myślałam, że śnię! Chcąc nie chcąc, pojechaliśmy dalej w kierunku centrum – wszak od stolicy dzieliła nas odległość zaledwie czterech kilometrów. Tak informował przynajmniej znak drogowy. Ruszyliśmy więc.
Po około pięciu minutach jazdy, przez zupełny przypadek, zobaczyliśmy włoską restaurację. Już zrezygnowani i bez wielkich nadziei, zatrzymaliśmy się tam. Okazało się, że godzina 22:00 (tyle czasu zeszło nam na nieudanych próbach znalezienia restauracji) nie jest żadną przeszkodą. Właściciel z iście włoskim humorem zaprosił nas do środka. Pamiętam, iż to była prawdziwa uczta dla podniebienia! Jadłam włoski makaron z truflami, a całość rozpływała się w ustach! Gdy przyszedł czas płacenia rachunku, ten – ku naszej miłemu zaskoczeniu – wcale nie był wygórowany. Chcieliśmy zapłacić kartą, ale okazało się, że terminal płatniczy z niewiadomych przyczyn nie mógł połączyć się z bankiem. Byliśmy zażenowani, gdyż nie mieliśmy wystarczająco dużo gotówki. Mąż zaproponował, abyśmy z synem wypili jeszcze sok, a on w tym czasie pojedzie do najbliższego bankomatu. Tymczasem właściciel zapytał, gdzie się zatrzymaliśmy i ile dni planujemy zostać. Gdy usłyszał naszą odpowiedź, powiedział:
– Nie musicie Państwo dzisiaj płacić. Wyglądacie na uczciwych ludzi, więc zapraszam również jutro wieczorem i wtedy uregulujecie rachunek za dwie kolacje.
Oczy zrobiły nam się okrągłe ze zdziwienia. Początkowo nie dowierzaliśmy, ale uprzejmy i zabawny Włoch nie ustępował. Na koniec uraczył nas jeszcze kieliszkiem limoncello. Następnego wieczoru wróciliśmy do tej samej restauracji z największą przyjemnością, zostawiając przed odejściem sowity napiwek. Było warto! I nikt nie mówił: „Porządek musi być” („Ordnung muss sein”), a kuchnia jest już zamknięta…
Bez wątpienia podróże kształcą i nawet jeśli próbujemy zaplanować urlop w najdrobniejszych szczegółach, zazwyczaj nie da się uniknąć niespodzianek i nieprzewidzianych sytuacji…
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „felietony”.
Sztokholm od długiego już czasu królował na mojej liście miejsc wartych odwiedzenia. I wreszcie udało mi się zrealizować ten plan (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu). Oto miałam udać się w czterodniową podróż do stolicy Szwecji w celach zawodowych. Postanowiłam więc skorzystać z okazji, wziąć jeden dzień urlopu i pojechać wcześniej, aby ekspresowo zwiedzić miasto Nobla. Bruksela żegnała mnie chłodem i deszczem, podczas gdy Sztokholm powitał mnie iście królewską temperaturą 25°C i pięknym słońcem. Z lotniska Bromma z łatwością przejechałam do centrum autobusem, a przejażdżka pozwoliła mi poczuć przedsmak tego, co mnie czekało. Wszechobecna woda i mnóstwo terenów zielonych zachwycają od pierwszej chwili. Wszak Sztokholm leży na czternastu wyspach połączonych licznymi mostami. Niepowtarzalny charakter zapewnia miastu niezwykłe położenie na bałtycką zatoką Saltsjön i jeziorem Mälaren.
Zarezerwowany 3-gwiazdkowy hotel Xpress jest godny polecenia ze względu na świetną lokalizację (minutę od dworca głównego), choć na pewno nie rozpieszcza wielkością pokojów. Ale zupełnie mi to nie przeszkadzało, ponieważ moim celem było zwiedzanie!
Stadhuset
Pierwszym punktem programu był ratusz miejski (Stadhuset), który już z daleka prezentował się imponująco. Połyskujące złotem trzy korony (herb i symbol Sztokholmu) okazały się świetnym punktem orientacyjnym. Ta pochodząca z początku XX w. budowla powstała pod wpływem zachwytu weneckim Pałacem Dożów. Stadhuset jest absolutnym „must visit”, ponieważ to tu 10 grudnia każdego roku wydawane są przyjęcia na cześć laureatów Nagrody Nobla z udziałem króla i królowej Szwecji. Poza tym odwiedzających zachwyci zapewne widok z
arkadowego dziedzińca na cudnie mieniącą się wodę, zwłaszcza w promieniach popołudniowego słońca. Warto pospacerować także po ogrodzie otaczającym ratusz, by w końcu udać się z drugiej strony, gdzie znajduje się symboliczny pozłacany pomnik jarla Birgera – średniowiecznego założyciela miasta. Gwoli ścisłości nadmienię, że dla Skandynawów słowo „jarl” oznacza tytuł nadawany wodzom, wojownikom bądź powiernikom króla.
Wyspa Riddarholmen i Gamla Stan
Z ratusza jednym wielu mostów warto udać się na kolejną wyspę – Riddarholmen uznawaną za historyczne centrum Sztokholmu. To tu znajduje się franciszkański kościół (Riddarholmskyrkan) z około 1300 r. Niestety, w chwili mojego pobytu w Sztokholmie był w trakcie renowacji i nie było mi dane go zwiedzić. A szkoda, bo w latach 1634-1950 był miejscem pochówku szwedzkich królów.Po wyjściu z kościoła uwagę przykuje z pewnością uroczy widok – oto między budynkami widać fragment zatoki z przepływającymi
statkami. Gdy podejdziecie bliżej, zobaczycie skwer z ławkami i pomnik Everta Taube, szwedzkiego kompozytora i trubadura, który w XX w. rozsławił tradycyjne szwedzkie ballady. Pomnik artysty z gitarą pięknie prezentuje się na tle ratusza, co jest okazją do krótkiego odpoczynku. Potem warto ruszyć dalej – tym razem w stronę Gamla Stan, czyli Starego Miasta. Aby zobaczyć jak najwięcej, nie pozostaje nic innego, jak w imponującym tempie ruszyć w dalszą marszrutę.
Po drodze znajdują się kolejno:
Dom Rycerstwa (Riddarhuset), w którym w przeszłości odbywały się obrady szwedzkiej arystokracji.
Muzeum Nobla, które – jak wyczytałam w ulotce – prezentuje sylwetki ponad 700 laureatów Nagrody Nobla. Obiekt otwarty w 2001 r. mieści się w budynku giełdy sztokholmskiej i przypomina o wynalazcy dynamitu i fundatorze niezwykłej nagrody. Ciekawostką jest to, że Nobel, który dorobił się ogromnej fortuny na swoich wynalazkach, decyzją włodarzy Sztokholmu musiał na kilka lat opuścić swoje rodzinne miasto, ponieważ w czasie jednego z eksperymentów doszło do wypadku, w którym śmierć poniosło kilka osób (w tym jeden z braci wynalazcy). Ale tak naprawdę Szwedzi zawdzięczają
swojemu najsławniejszemu mieszkańcowi bardzo wiele: to dzięki jego odkryciu zostało potem wybudowane słynne sztokholmskie metro, które wielu nazywa dziełem sztuki. Stacje metra zostały wykute w litej skale i zapewne nie byłoby to możliwe bez użycia dynamitu. A Nobel lubił zaskakiwać: jako że nigdy nie założył rodziny, zgromadzony majątek przekazał w testamencie na nagrody w dziedzinie fizyki, chemii, fizjologii lub medycyny, literatury i pokoju.
Rynek (Stortorget) ze słynnymi kolorowymi kamieniczkami.
Pałac Królewski (Kungliga Slottet) pochodzący z XVII w. i wzniesiony na miejscu poprzedniego zamku Trzy Korony (Tre Kronor). Przed wejściem stoją żołnierze gwardii królewskiej, ale w czasie mojego pobytu nie udało mi się zobaczyć uroczystej zmiany warty. Ze względu na ograniczony czas zwiedziłam jedynie Kaplicę Królewską, która daje przedsmak tego, co czeka tych, którzy bez pośpiechu mogą sobie pozwolić na zwiedzenie całego kompleksu pałacowego.
Katedra Storkyrkan, w której odbywają się koronacje królów. Gwoli ciekawości, obecnie panująca dynastia Bernadotte wywodzi się od napoleońskiego marszałka – Jean Baptiste Bernadotte, który w 1810 r. został adoptowany przez schorowanego króla Szwecji i ogłoszony następcą tronu. Po objęciu władzy przybrał imiona Karol Jan i szybko zapomniał o Napoleonie, ba zawarł nawet koalicję antynapoleońską.
Wyspy Skeppsholmen i Kastellholmen
Z Gamla Stan warto przejść mostem na drugą stronę, by spacerując, chłonąć atmosferę miasta. Oczom ukazuje się imponujący gmach opery, Muzeum Narodowe (Nationalmuseum), a droga prowadzi na kolejną wyspę Skeppsholmen. Stamtąd również rozciąga się piękny widok na Stare Miasto. W ciepłe dni wiele osób wyleguje się na trawie, ciesząc się słońcem. Pieszo można dotrzeć aż do kolejnej wyspy Kastellholmen, na której szczycie mieści się zamek. Stamtąd widać jak na dłoni inną bardzo znaną wyspę Skansen. Ci lubiący szaleństwa z pewnością powinni wybrać się do rozległego lunaparku, którego liczne karuzele stoją tuż nad wodą. Wierzę, że wrażenia są niezapomniane, ale to już nie dla mnie…
Szwecja – informacje praktyczne
Planujący podróż do Szwecji powinni zdawać sobie sprawę, że jest to typowy skandynawski kraj, co jest równoznaczne z wysokimi cenami. Oczywiście, da się znaleźć brasserie czy lokalne, małe restauracyjki, gdzie można zjeść köttbullar (pulpeciki mięsne), ryby i owoce morza w przyzwoitej cenie. Tym, co jednak szokuje, są zawrotne ceny alkoholu. Napoje wyskokowe można kupić tylko w specjalnych sklepach i to w ściśle określonych porach (w dni robocze do godziny 18:00, w soboty tylko do 15:00, a w niedziele jest to w ogóle niemożliwe). Alkoholu można się też napić w restauracjach, barach czy klubach, jednak ceny tych trunków skutecznie odstraszają od nadmiernej degustacji. Wprowadzając tzw. ustawą alkoholową, państwo szwedzkie postanowiło rozwiązać problem alkoholizmu, który był dość powszechny w XIX w., gdy Szwecja była jeszcze biednym krajem. Tak, tak, to nie przejęzyczenie – dzisiejsze bogactwo to państwo Europy północnej zawdzięcza szybkiemu uprzemysłowieniu począwszy od końca XIX stulecia, bogatym złożom rudy żelaza, ogromnym połaciom lasów i neutralności w obu wojnach światowych.
Czy Sztokholm mi się podobał? Bardzo! Czy można go zwiedzić w jeden dzień? Cóż, z całą pewnością nie! I dlatego planuję tam wrócić, żeby zobaczyć to, co mnie ominęło. Chciałabym udać się w rejs statkiem wokół sztokholmskich wysp, chciałabym zwiedzić Drottningholm Palace, muzeum okrętu „Waza” i oczywiście muzeum ABBY. A póki co chyba znowu obejrzę film „Mamma Mia 2” z genialną muzyką tego najsłynniejszego szwedzkiego zespołu, który był u szczytu sławy w latach 70-tych.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Podróże, podróże… Któż o nich nie marzy? Wiele osób wciela swe plany w życie, ale nie sposób być wszędzie, zwłaszcza, gdy trzeba pracować, a urlop nie jest zbyt długi. Świetną okazję do poznania Europy w miniaturze daje brukselski park Mini-Europa. Jest to być może ostatnia szansa do zwiedzenia tego miejsca, ponieważ od kilku lat toczą się debaty na temat jego zamknięcia lub przeniesienia. Już wiadomo, że w tym miejscu powstanie największy w Belgii kompleks handlowy liczący 2 000 sklepów i 30 restauracji.
Na szczęście park Mini-Europa jeszcze otwarty! Więc zanim ten obiekt na dobre zniknie z terenu Brukseli, warto o nim wspomnieć kilka słów. Wszystko zaczęło się w 1987 r., kiedy to historycy sztuki dokonali wyboru ok. 100 obiektów z Unii Europejskiej, które postanowiono przedstawić w skali 1 : 25. Kryterium wyboru była wartość architektoniczna oraz znaczenie społeczno – kulturalne. Jak mówił przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Martin Schulz, „Mini-Europa daje jedyną w swoim rodzaju okazję, aby zobaczyć i odczuć na miejscu piękno i różnorodność naszego kontynentu”. W parku otwartym w 1985 r. i zaliczanym do jednej z największych atrakcji Brukseli można obejrzeć 350 makiet i 90 miniatur najsłynniejszych w Europie miejsc. Przy zakupie biletów otrzymuje się książkowy przewodnik (również w języku polskim), w którym opisane są pokrótce zrekonstruowane w miniaturze budynki.
Park podzielony jest tematycznie na części ukazujące poszczególne państwa należące do UE. Stworzony z myślą o najmłodszych oferuje interaktywne atrakcje. I tak milusińscy mogą wysłuchać hymnu każdego z państw, przyciskając odpowiedni guzik. Dalej mogą pokręcić kołem, aby wprawić w ruch holenderskie wiatraki w Kinderdijk lub kierować potężnym statkiem. W innym znów miejscu mogą poczuć wybuch Wezuwiusza albo zobaczyć pożar w porcie. Na końcu mogą wziąć udział w interaktywnym konkursie sprawdzającym wiedzę na temat krajów Unii Europejskiej.
Polska, nie wiedzieć czemu, jest przedstawiona w parku bardzo skromnie – zobaczyć można jedynie makietę Dworu Artusa i Pomnika Solidarności w Gdańsku. Pierwsza z wymienionych budowli mieści się w centrum miasta, na Długim Targu i nawiązuje swą nazwą do legendy o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. W rzeczywistości było to miejsce spotkań bogatego mieszczaństwa, później giełda, a obecnie oddział Muzeum Historycznego Miasta Gdańska. Pomnik Solidarności natomiast, obrazujący trzy krzyże o wysokości 42 m, upamiętnia ofiary Grudnia 70. Tajemnicą pozostaje, dlaczego w Mini-Europie nie ma makiety zamku królewskiego na Wawelu, żadnej z wrocławskich budowli, renesansowych kamieniczek z Kazimierza Dolnego czy zamku krzyżackiego w Malborku …
Ale nawet jeśli poczujemy się zawiedzeni tym, jak została zaprezentowana Polska, warto się wybrać do tego brukselskiego parku i odbyć wędrówkę nie palcem po mapie, tylko czynnie, spacerując alejkami prezentującymi najciekawsze miasta Europy. Dodatkowo w okresie wakacyjnym, w każdą sobotę o 22:00, od połowy lipca do połowy sierpnia, można wziąć udział w pokazie fajerwerków oraz zwiedzić pięknie oświetlony park nocą i dołączyć do grona 350 tys. odwiedzających to miejsce rocznie.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Gdy za oknem pięknie świeci słońce i gdy cała przyroda ponownie budzi się do życia, warto pomyśleć o tym, żeby choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości. I tak właśnie niedawno zrobiłam – właściwie pod wpływem impulsu zrodził mi się w głowie pomysł na weekend. Wybór padł na Bouillon, miasteczko w belgijskiej prowincji Luksemburg tuż przy granicy z Francją. To zamieszkałe przez ok. 6 tys. ludzi miejsce pełne jest hoteli, prywatnych kwater, kawiarni i restauracji, a wszystko to za sprawą najsłynniejszego mieszkańca żyjącego tu w XI w. – Gotfryda z Bouillon zwanego po francusku Godefroid. Właściwie już od momentu wjazdu do miasteczka czuje się zupełnie inną atmosferę, atmosferę spokoju i wolno upływającego czasu. Jako że Bouillon położone jest w Ardenach, zjazd z autostrady prowadzi krętymi drogami w dół, by w końcu pokazać piękno miasta w całej okazałości. Wijąca się rzeka Samois i dumnie górujący zamek to wizytówka tego miejsca.
Bouillon – trochę historii
Ten najstarszy belgijski zamek został wybudowany w X w. zakolach rzeki. Jego najsłynniejszym właścicielem był Gotfryd, spowinowacony z francuską dynastią Karolingów książę, który odziedziczył Bouillon. Zapisał się on złotymi zgłoskami na kartach historii, ponieważ sprzedał swoje posiadłości, aby sfinansować udział w pierwszej wyprawie krzyżowej (1096-1099) do Ziemi Świętej mającej na celu zdobycie Jerozolimy i uwolnienie wschodnich chrześcijan spod islamskiej władzy. Dotarcie na miejsce zajęło Gotfrydowi prawie trzy lata, a wyprawa była bardzo ryzykowna z wielu względów: część armii krzyżowców odzianych w białe stroje z czerwonymi krzyżami na piersiach wyginęła po drodze, a w ostatnim etapie musiała się zmierzyć z potężną siłą Turków seldżuckich. Gotfryd jako dowódca krzyżowców zdobył Jerozolimę 15 lipca 1099 r. Legendy mówią, że wybrano go na króla Jerozolimy, ale odmówił przyjęcia tego tytułu i nazwał się Obrońcą Grobu Świętego. Największy bohater Bouillon nigdy nie wrócił w rodzinne strony: zmarł rok później w czasie oblężenia Hajfy i został pochowany w kościele Grobu Świętego w Jerozolimie.
Zwiedzanie zamku w Bouillon i spacer po średniowiecznej fortecy to obcowanie z ponad 1000-letnią historią. Sprzedany przez Gotfryda zamek trafił w ręce książąt biskupów z Liège, którzy rządzili tu przez ponad sześć stuleci. Biskupi nadali w 1430 r. tytuł gubernatora księciu Evrardowi III z rodu de La Marck, nie przypuszczając, że obróci się to przeciw nim. Wkrótce okazało się, iż członkowie rodziny de La Marck mają wielkie ambicje i pozbawieni są wszelkich skrupułów. Już na początku XVI w. przedstawiciel rodu przyznał sobie tytuł księcia Bouillon, choć faktycznie nie był posiadaczem zamku.
W II połowie XVII w. miasto stało się własnością francuskiego władcy Ludwika XIV, zwanego Królem – Słońce. Wkrótce zawitał tu Sébastien de Vauban, architekt i naczelny inspektor twierdz, który nakazał częściową przebudowę fortecy (trzeci most zwodzony, fosy i dodatkowe schody). Bouillon należało do Francji aż do czasów klęski Napoleona w 1815 r. pod Waterloo. Potem trafiło na 15 lat pod panowanie Holendrów, by w 1830 r. znaleźć się wreszcie na obszarze terytorium Belgii.
Zamek w zachowanym do dziś kształcie stanowi połączenie oryginalnych murów średniowiecznych z późniejszymi przeróbkami architektonicznymi. Twierdza była nie do zdobycia: ta wzniesiona na litej skale forteca o długości 340 m i szerokości 40 m była chroniona przez 200 żołnierzy, a jedynym sposobem dostania się do środka mogło być zagłodzenie obrońców. Ale budowniczowie zamku przewidzieli wszystko – mieszkańcy twierdzy mieli ogromne zapasy żywności dzięki świetnie zarządzającemu komendantowi i – co najważniejsze – dostęp do źródła wody pitnej dzięki studni o głębokości 54 m.
Wizyta w zamku pozwoli również odkryć kolejną średniowieczną specjalność – sokolnictwo. Wykorzystywane w przeszłości do polowania ptaki drapieżne (sokoły, orły, sępy i jastrzębie) stanowią nie lada atrakcję dla turystów, bowiem cztery razy dziennie na zamkowym dziedzińcu odbywa się pokaz ich lotów.
Archéoscope Godefroid de Bouillon i Muzeum Ducal
Kupując bilet, warto wybrać opcję «trio», która obejmuje również zwiedzanie dwóch innych muzeów: Archéoscope i Ducal. To pierwsze jest szczególnie warte obejrzenia. Mieści się w XVII-wiecznym budynku klasztoru Sióstr Świętego Grobu. Zwiedzających czeka fascynujący spektakl audiowizualny wykorzystujący najnowsze zdobycze techniki w celu zrekonstruowania wyprawy Gotfryda z Bouillon od momentu opuszczenia przez niego zamku aż po zdobycie Jerozolimy.
Z kolei w Muzeum Ducal zgromadzono liczne eksponaty znalezione na tym terenie w ciągu wieków. Po wyjściu można się udać w mini-podróż pociągiem turystycznym po okolicy i odkryć kolejne miejsca warte odwiedzenia. Na mniejszych i większych czeka tor kartingowy, zoo, park Adventure, spływ kajakiem.
Byłam w Bouillon przez dwa dni i naprawdę miałam co robić! Można tu znaleźć hotel na każdą kieszeń. Po zmroku warto się wybrać na spacer i uwiecznić pięknie oświetlony zamek, a potem usiąść w jednej z licznych kawiarni czy restauracji i degustując lokalne specjały, podziwiać panoramę miasta nocą.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
W dn. 18 maja 2018 w SHAPE (Naczelne Dowództwo Sojuszniczych Sił w Europie) w Mons odbyły się uroczyste obchody 227 rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja oraz 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę. Dla zaproszonych gości była to jedna z rzadkich okazji znalezienia się na terenie, który na co dzień jest niedostępny dla zwykłych obywateli.
Uroczystość otworzył Polski Narodowy Przedstawiciel Wojskowy przy SHAPE, pułkownik Wojciech Ozga, a chwilę potem głos zabrała Zastępca Ambasadora RP w Królestwie Belgii, pani Joanna Doberszyc-Toulsaly. Obchody uświetnił Reprezentacyjny Zespół Artystyczny Wojska Polskiego popularyzujący rodzime tradycje narodowe i sukcesy wojska polskiego na przestrzeni epok. Gdy artyści zaczęli śpiewać „My, Pierwsza Brygada”, pieśń z 1916 r. nawiązującą do Legionów Polskich dowodzonych przez Józefa Piłsudskiego, zaproszeni goście wstali ze wzruszenia niczym do hymnu.
W pierwszej części programu artyści zaprezentowali polskie pieśni patriotyczne, a w drugiej – przeboje z najsłynniejszych światowych musicali, m.in. „New York, New York”, „Skrzypek na dachu”, „Deszczowa piosenka”, „Chicago” czy „Evita”. Widzów reprezentujących różne kraje Europy ujęło zarówno bogactwo strojów, jak i umiejętności wokalno-taneczne artystów. Występ wzbudził zachwyt publiczności, która nagrodziła brawami na stojąco zaprezentowane dokonania artystyczne.
Po części oficjalnej odbyło się przyjęcie, w czasie którego zaproszeni mogli skosztować polskich specjałów. Królowały wśród nich oczywiście bigos, flaki, grillowane kiełbasy i szaszłyki, a także cieszące się niesłabnącą popularnością wiejskie jadło (chleb ze smalcem i ogórki małosolne). Zaproszonym czas umilał zespół Marynarki Wojennej RP RIVIERA, który śpiewał polskie hity.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „życie w Belgii”.
Maleńkie, belgijskie Dinant znalazło się w rankingu piętnastu najbardziej malowniczych i urokliwych miast świata w 2015 r. To liczące zaledwie ok. 13 tys. mieszkańców miasto w południowej Belgii, w prowincji Namur, zawdzięcza swój niezwykły charakter położeniu. Stanowi świetny pomysł na weekend, szczególnie wiosną i latem, kiedy zachwyca feerią barw. Wijąca się rzeka w połączeniu z szarymi skałami, na których wznosi się Cytadela, znajdujący się u podnóża kościół z gruszkowatą, grafitową wieżą, piękny most ozdobionymi licznymi, różnokolorowymi saksofonami, niezwykły hotel „La Merveilleuse” mieszczący się w budynku XVII-wiecznego klasztoru, samotna skała rocher Bayard o wysokości 33 m czy wreszcie najpiękniejsza belgijska jaskinia „La Merveilleuse” gwarantują niezapomniane wrażenia. A więc w drogę!
Cytadela i Kolegiata Notre Dame Najświętszej Marii Panny
Już z daleka widać górującą, szarą, rozległą, średniowieczną Cytadelę, która pełniła funkcję potężnych fortyfikacji mających chronić mieszkańców w razie napaści nieprzyjaciół, co w przeszłości zdarzało się bardzo często ze względu na newralgiczne położenie miasta. Cytadela, niejako przyklejona do wapiennych skał, wygląda pięknie w otoczeniu lasów. Można się do niej dostać na dwa sposoby: po wąskich i stromych schodach (wersja dla odważnych, wysportowanych i pragnących wyzwań) lub kolejką linową. Po osiągnięciu celu oczom przybywających ukazuje się dumnie powiewająca czarno-żółto-czerwona belgijska, flaga. Po rozległym obiekcie oprowadza przewodnik, przywołując fakty historyczne i różne ciekawostki. Z jego opowieści dowiedzieć się można, że obiekt został zbudowany w XI w., a następnie powiększony w 1530 r. Zmienne koleje losu spowodowały jego zniszczenie na początku XVIII w. i przebudowę w 1821 r., która zachowała się po dziś dzień.
Turyści zwiedzają kolejno lochy, cele więzienne oraz pokój tortur z prawdziwą gilotyną, by w końcu udać się do puntu widokowego, z którego rozciąga się piękny widok na miasto. Potem kolejne atrakcje eksponujące sceny z życia codziennego w Cytadeli: prace kucharzy, piekarzy czy kowali, i oczywiście zbrojownia, w której zgromadzono broń używaną od czasów średniowiecza aż po II wojnę św. I wreszcie przysłowiowa kropka nad „i”, czyli wejście do sali rekonstruującej okopy z 1914 r. Wrażenia są spotęgowane poprzez rozlegające się wystrzały z moździerzy, strzały z karabinów i okrzyki walczących. Na końcu zwiedzający wchodzą do piwnicy z pochyłą podłogą, która obsunęła się od wybuchu pocisku. To właśnie ten pochył powoduje problemy z błędnikiem i zachwiania równowagi, ale też przez to pozostaje na długo w pamięci.
U podnóża Cytadeli znajduje się kolejna wizytówka Dinant. To Kolegiata Notre Dame (czyli Naszej Pani) pierwotnie wybudowana w stylu romańskim, ale przebudowana zgodnie z wytycznymi gotyku po tym, jak spadły na nią liczne kamienie z pobliskich klifów. Jej okna zdobią piękne, kolorowe witraże przedstawiające sceny z życia Jezusa. Budowla była świadkiem wielu wydarzeń historycznych i mocno ucierpiała na przestrzeni wieków. Rok 1466 przyniósł pożar miasta, a ograniczone środki na odbudowę katedry znalazły się dopiero 100 lat później. To tłumaczy,
dlaczego zrekonstruowano tylko jedną gruszkowatą kopułę zdobiącą kolegiatę. Na uwagę zasługują przedmioty religijne wykonane w XIII w. przez rzemieślników z Dinant (chrzcielnica, świece wielkanocne oraz pulpit-kazalnica), jak i prace Antoniego Wiertza, romantycznego twórcy belgijskiego. Dwie spośród nich: obraz olejny „Spotkamy się w niebie” i kopia dzieła Rafaela „Madonna na krześle” okażą się niewątpliwie gratką dla miłośników malarstwa.
Najsławniejszy mieszkaniec – Adolphe Sax
Najsłynniejszym mieszkańcem Dinant był urodzony tu w 1814 r. Antoine Joseph Sax, zwany Adolphe, belgijski budowniczy instrumentów muzycznych i konstruktor saksofonu, którego nazwa powstała od nazwiska wynalazcy. Będąc w Dinant, warto zwiedzić dom Adolpha Saxa, w którym mieści się mini-muzeum, i usiąść na ławce z figurą Saxa, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia. W Dinant na każdym kroku można się natknąć na pomniki saksofonu, ale bez wątpienia najpiękniejszy jest ozdobiony nimi most prowadzący do kolegiaty Notre Dame i Cytadeli.
Gwoli ciekawości warto wspomnieć parę słów o Adolphe Saxie. Otóż od dzieciństwa był wprowadzany przez ojca – właściciela fabryki instrumentów dętych – w tajniki budowy i produkcji instrumentów, co zaowocowało w 1841 r. wynalezieniem saksofonu. Początki popularyzacji nowego instrumentu nie były łatwe: Sax zamieszkał w Paryżu, gdzie otworzył swój warsztat. W 1844 r. saksofon został pokazany na Paris Industrial Exhibision i dopiero po zachwycie Rossiego i Hektora Berlioza warsztat Saxa zaczęli licznie odwiedzać słynni muzycy. Wkrótce Sax otworzył filię fabryki w Anglii, a niedługo potem jego brat Henry, założył manufakturę instrumentów dętych w Filadelfii. I tak instrument stał się sławny na całym świecie, ale przewrotnie jego wynalazca umarł w biedzie w Paryżu, sławę zyskując dopiero po śmierci.
Jaskinia la Merveilleuse
Dinant przyciąga również speleologów i grotołazów. Tu znajduje się bowiem również jedna z najpiękniejszych jaskiń w Belgii odkryta w 1904 r. – Grotte la Merveilleuse, co w tłumaczeniu znaczy „Niezwykła Jaskinia”. Dzięki zainstalowanemu oświetleniu i betonowym schodom turyści mogą ją zwiedzić bez większych problemów, podziwiając stalaktyty i białe kaskady z wapieni. Powszechny zachwyt wzbudza ogromny wodospad ze stalaktytów – Merveilleuse, od którego wzięła się nazwa jaskini. Trzeba jednak pamiętać, że w tę 50-minutową wędrówkę należy się odpowiednio ubrać, gdyż temperatura w jaskini wynosi ok. 10°C.
I choć Dinant jest małym miastem, na zwiedzenie którego wystarczy w zupełności jeden dzień, to ze względu na swój nieodparty urok zostanie w pamięci na zawsze. Będąc tam, trzeba się koniecznie udać w rejs statkiem, aby ujrzeć miasto z innej perspektywy, trzeba pospacerować nabrzeżem, które bez mała tonie pod ciężarem przepięknych jasnofioleowych krzewów glicynii, trzeba skosztować lokalnej specjalnosci w postaci ciastka zwanego „La couque de Dinant” i trzeba wreszcie zobaczyć miasteczko nocą z cudownie odbijającymi się w rzece refleksami…
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Witaj Moniko, jak wiem urodziłaś się Warszawie, ale zmienne koleje losu zaprowadziły Cię w różne zakątki świata. Jak to się właściwie stało?
Na moje życie wpłynęły dwa kluczowe wydarzenia. Pierwszym było przyznanie mi w 1986 r. stypendium Rządu Francuskiego i wyjazd do Paryża tuż po ukończeniu studiów na Akademii Muzycznej Fr. Chopina w Warszawie. W stolicy Francji miałam zostać kilka miesięcy, ale mój pobyt wydłużył się do kilku lat. Drugim przełomowym momentem było poznanie mojego męża, który jako dyplomata wyjeżdża regularnie na placówki w różnych zakątkach świata. Towarzysząc mu, miałam okazję mieszkać kilka lat w Tunisie, Brukseli, Addis Abebie (Etiopia), Tuluzie, by zatoczyć koło i znów wrócić do Brukseli.
Wachlarz Twoich zainteresowań jest szeroki: począwszy od muzyki, przez malarstwo aż po literaturę. Którą z tych dyscyplin lubisz najbardziej i dlaczego?

Monika Del Rio – „Niespokojne sny inspektora Dżina”; Foto: Roger Del Rio
Te dziedziny są dla mnie nierozerwalnie związane. Z wykształcenia jestem muzykiem, dlatego daję koncerty, udzielam lekcji gry na fortepianie, ale nigdy nie chciałam poświęcać się tylko jednemu rodzajowi sztuki. Pochodzę z rodziny z tradycjami artystycznymi. Mój tato grał amatorsko na fortepianie, świetnie malował i pisał, więc ta specyficzna atmosfera domu rodzinnego bez wątpienia ukształtowała mój artystyczny charakter. Miałam i mam to szczęście, że los pozwolił mi mieszkać w różnych częściach ziemskiego globu i spotkać ludzi, którzy stali się moją inspiracją. To multidyscyplinarne zainteresowanie zaowocowało całą serią obrazów, które były pokazywane szerszej publiczności, oraz wydanymi przeze mnie książkami, począwszy od debiutu literackiego w postaci „Niespokojnych snów inspektora Dżina” w 1996 r.
Porozmawiajmy teraz o Twoim pobycie w Tunezji. Jak wyglądało tam Twoje życie codzienne?
W Tunisie mieszkałam w latach 1998 – 2003. Początki były trudne, a zaaklimatyzowanie się zajęło mi dwa lata. Dzięki mojej małej wówczas córce, Jessice, która dokarmiała bezdomne koty – jak się potem okazało przed domem bardzo znanego krytyka literackiego – weszłam w środowisko artystyczne. To właśnie Mohamed Salah Ben Amor zapoznał mnie ze przedstawicielami tunezyjskiego świata sztuki i to on później został tłumaczem mojej książki „Jeżeli życie jest tylko snem” na arabski. Życie kulturalne w Tunezji wówczas kwitło: w pięknych, zabytkowych pałacach odbywały się wystawy malarskie i koncerty, choć trzeba przyznać, że w krajach arabskich nie rozumieją w pełni naszej muzyki klasycznej, ponieważ ich skala jest ćwierćtonowa, podczas gdy europejska jest półtonowa. Rozwój historyczny form muzycznych odbywał się tam również w odmienny sposób. Mimo to miałam przyjemność dać recitale chopinowskie w Tunisie i Sidi Bou Said oraz – z pomocą Ministerstwa Kultury – zorganizować wystawę moich obrazów w La Marsa, Tunisie i Kartaginie. Pięcioletni pobyt w Tunezji wspominam bardzo miło: mieszkańcy są serdeczni, mimo iż czasem bywają ciekawscy, co powoduje zawsze zabawne sytuacje. Zawarte przyjaźnie zaowocowały wydaniem w Tunezji moich kolejnych książek: „Na wybrzeżach Kartaginy” (2006), „Tunezja, ziemia inspiracji” (2008), „Na paryskim bruku”(2011), mimo że ja już tam nie mieszkałam.
Gdybyś miała powiedzieć pokrótce, to o czym piszesz?

Foto: Monika Del Rio
W moich książkach są dwie dominanty kompozycyjne: motyw podróży, czasami do wnętrza siebie, i motyw snu. Szczerze powiedziawszy, technika oniryczna jest mi szczególnie bliska. Ale nie chcę powiedzieć za dużo, ponieważ lepiej, aby czytelnik sam ocenił efekty mojej pracy.
Do której z wydanych publikacji masz szczególny sentyment i dlaczego?
Zawsze do ostatniej, bo wydaje mi się, że właśnie w niej dałam z siebie najwięcej. Wystarczy spojrzeć na „Ethiopiques. Voyage vers le bout de rêves”, za którą dostałam nagrodę poetycką „Des Gourmets de Lettres” pod egidą Akademii Igrzysk Kwietnych, która jest najstarszym, stowarzyszeniem literackim w Europie istniejącym od XIV w. Zainteresowani mogą kupić ten tomik poetycki w języku francuskim w księgarni FNAC czy na Amazonie.
Mieszkałaś w wielu miejscach. Do którego z nich chciałabyś wrócić?
Odpowiedź na pytanie z całą pewnością zaskoczy nie tylko Ciebie. Byłabym naprawdę zadowolona, gdybym mogła wrócić do Etiopii. Myśląc o Etiopii, ludziom przychodzi od razu na myśl skojarzenie ze śmiercią głodową, ewentualnie z książką „Cesarz” Ryszarda Kapuścińskiego. Tymczasem Etiopia boryka się teraz raczej z innymi problemami. Oczywiście wiele osób nadal cierpi z powodu niedożywienia lub niewłaściwego żywienia, lecz bezpośrednio nikt już z tego powodu nie umiera. Mieszkałam w Addis Abebie, która jest nie tylko stolicą Etiopii, ale i stolicą administracyjną całej Unii Afrykańskiej. Mało kto wie, że to drugie po Waszyngtonie miasto pod względem ilości ambasad. Życie w Etiopii nie jest łatwe: normą są przerwy w dostawie prądu i wody, braki niektórych produktów spożywczych jak mleko czy cukier, brak sprzętu medycznego poza stolicą, 4-miesięczna pora deszczowa od czerwca do września charakteryzująca się nie tylko opadami deszczu, ale i gwałtownymi burzami oraz opadami gradu. Addis Abeba leży na wysokości ok. 2400 m n.p.m., więc są duże różnice temperatur między dniem i nocą. W domach nie ma ogrzewania i mieszkańcy siedzą owinięci w koce, bo temperatura 12-14°C nie rozpieszcza. Z kolei w uniwersyteckim mieście Mekele niebezpieczeństwo stanowią hieny, które atakują grupami po zmroku. Dlatego ostrzega się wszystkich, aby pod żadnym pozorem nie wychodzić z domu, gdy zapadnie zmrok. Z drugiej strony, te hieny stanowią atrakcję turystyczną w Harrarze. Ale ta sama Etiopia, która boryka się z wieloma ograniczeniami, ma bardzo wiele do zaoferowania. Zwiedziłam cały ten kraj, byłam w najdalszych, bezludnych i dzikich zakątkach, miałam okazję zobaczyć mnóstwo najróżniejszych gatunków ptaków nad jeziorem Chamo i w Parku Narodowym Awash, który jest Mekką dla ornitologów z całego świata. I ta sama Etiopia nastraja duchowo: wszak jest to drugie po Armenii najstarsze państwo chrześcijańskie na świecie, a wyznawcy Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego stanowią zdecydowaną większość. Pobyt w Etiopii był największym przełomem w moim życiu. W ciągu czterech spędzonych tam lat koncertowałam w Addis Abebie i Mekele, dawałam mnóstwo lekcji gry na fortepianie, ale nie zdążyłam juz zorganizować wystawy moich obrazów. Wernisaż odbył się dopiero w Tuluzie.
No właśnie, porozmawiajmy teraz o malarstwie. W tej dziedzinie jesteś samoukiem. Który malarz zachwycił Cię najbardziej i którego możesz metaforycznie nazwać Twoim guru?
Nie mam malarskiego guru, choć muszę przyznać, że szczególnie bliscy są mi impresjoniści, symboliści i surrealiści: belgijski malarz René Magritte i najsłynniejszy Hiszpan – Salvador Dali. Lubię płótna dynamiczne, opowiadające jakąś historię.
Patrząc na Twoje obrazy, dostrzegam od razu inspiracje odbytymi podróżami. A co Ci teraz w duszy gra i nad czym pracujesz?
W tej chwili pracuję nad kolejnymi tomikami wierszy o tematyce etiopskiej, jak również nad powieścią „Abisyńskie noce”. Mam nadzieję również na zaprezentowanie szerszej publiczności moich obrazów podczas wystawy, tym razem w Brukseli. Pozostaję również otwarta na wszelkiego rodzaju propozycje muzyczne, zarówno solowe jak i zespołowe, ponieważ uwielbiam dzielić się artystycznymi przeżyciami i doświadczeniami.
Dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki za powodzenie kolejnych przedsięwzięć artystycznych.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „wywiady“.
Quand les vacances sont encore loin mais que vous rêvez déjà de vous reposer sur des îles exotiques, sans vraiment dépenser trop, vous pouvez vous trouver rapidement une solution. Laquelle? Tout ce que vous avez à faire est de vous rendre à Krausnick près de Berlin, dans le plus grand parc d’attractions et de loisirs tropicaux en Europe. J’ai écrit ce texte sur base de mon expérience personnelle d’un week-end passé là-bas, et aussi sur base du journal publicitaire “Tropical Moments” édité par le parc d’attractions. Tropical Islands (Les îles tropicales) est un endroit incroyable situé à environ 60 km au sud de Berlin. On pourrait se demander pourquoi il est incroyable. Il est à ce point surprenant pour de nombreuses raisons que je voudrais vous décrire ci-dessous.
Premièrement, parce que sans quitter l’Europe, vous pouvez y ressentir le climat et l’atmosphère de la “Mer du Sud” et pouvoir admirer la “Lagune de Bali” agrémentée d’une chute d’eau. Les piscines y sont entourées de plages de sable blanc. Sur et autour des plages, des chaises longues sont disponibles gratuitement où vous pourrez vous détendre après vos folies aquatiques. L’eau dans le bassin de la Mer du Sud est à 28°C, et dans le lagon romantique de Bali elle peut atteindre 32°C. La température de l’air, en hiver comme en été, est à 26°C. Le complexe est divisé en deux zones principales: la Zone Tropicale et la Zone de Sauna. Il convient toutefois de rappeler que jusqu’à trois enfants peuvent entrer gratuitement dans le complexe, à condition que deux adultes et un enfant aient payé leur admission. Les billets peuvent être achetés sur place ou dans la boutique en ligne sur www.tropical-islands.de, et peuvent être récupérés gratuitement à la billetterie des Tropical Islands avec le mot de passe “Bienvenue aux enfants” / “KinderWillkommen”.
En deuxième lieu, les Tropical Islands sont de taille impressionnante. Eh oui, le hall d’une longueur de 360 m, d’une largeur 210 m et d’une hauteur 107 m est si grand que la Statue de la Liberté de New York pourrait potentiellement y tenir debout. Et la surface totale des Tropical Islands ne représente pas moins que la surface cumulée de huit terrains de football.
Troisièmement, étant là, vous pourrez y admirer une vraie forêt tropicale, où poussent environ 50 mille plantes représentant jusqu’à 600 espèces différentes. De plus, des poissons exotiques peuvent être observés nageant dans les étangs, parmi lesquels vous pourrez voir des silures rouges, des silures requins, des pacus noirs du bassin de l’Amazone ou des tortues à oreilles rouges. Parmi les habitants de cet endroit unique en son genre, vous trouverez aussi des perruches, des canaris, des cailles chinoises, des faisans dorés et argentés, et des paons. La forêt tropicale créée à Kreusnick est possible grâce à une technologie avancée de climatisation. Pour ceux que cela intéresse, la promenade longue de 12 stations thématiques dans la forêt tropicale constitue une autre attraction en tous points remarquable. Vous pouvez alors vous balader et profiter de la nature à titre individuel, ou bien après avoir loué un guide portatif audiovisuel.
Quatrièmement, les amateurs d’impressions fortes trouveront également des opportunités uniques pour les satisfaire pleinement. Ici, sous le dôme, vous pouvez entreprendre un vol en montgolfière, qui s’élèvera à une hauteur de 55 m ou 22 m, selon l’option choisie. Grace à cela, vous pourrez admirer l’entièreté du complexe tropical d’en haut et réaliser des photos uniques. Si cela ne vous suffisait pas, vous pouvez aussi utiliser l’”African Jungle Lift”. Il s’agit d’une sorte d’ascenseur qui procurera aux passagers une expérience inoubliable. Ils s’assoient sur un banc qui ressemble à un tronc d’arbre creux. Le tronc monte alors jusqu’à une hauteur de 20 mètres, s’arrête un court instant, puis redescend alors brusquement. Si vous avez encore assez d’énergie après cela, vous pouvez ensuite utiliser la plus haute glissade sur eau d’Allemagne. Là encore, vous avez le choix entre quatre toboggans de difficultés variables. Sur le plus rapide, vous pouvez effectuer une descente à une vitesse atteignant les 70 km/heure. Sur un autre vous pouvez par exemple descendre sur des pneus spéciaux prévus à cet effet.
Cinquièmement, vous y trouverez la plus grande Zone de Sauna exotique de bains de vapeur en Europe inspirés par les différentes cultures du monde entier. Le choix parmi une multitude de massages différents ne sera pas des plus aisés. Dans cette attraction, vous pouvez profiter d’une grande variété de soins, et même aller au Temple de l’Eléphant conçu sur le modèle d’un bâtiment sacré indien. À l’intérieur se trouve un hammam divisé en trois zones exclusives: des améthystes chatoyantes dans la première, dans la deuxième – des cristaux de montagne, et dans la troisième – du quartz rose.
En sixième lieu, vous pouvez ressentir l’atmosphère des tropiques, flâner dans le village tropical, ou sur un boulevard agrémenté de boutiques, ou parmi des répliques de monuments de Bali, Thaïlande, de Bornéo et de Samoa. La porte de Bali, une maison thaïlandaise faite de bois et de bambou, une maison polynésienne typique ou bien la longue maison de Bornéo sont notamment très appréciés des amateurs de photos.
Septièmement, des attractions gastronomiques étonnantes attendent les visiteurs dans treize restaurants et bars, où les clients peuvent y profiter d’une variété de délices exotiques et de cocktails rafraîchissants. Vous pouvez ainsi manger des crêpes “Latiki” servies par exemple avec de la mangue, une combinaison de mozzarella, d’ananas ou de jambon cuit. Ailleurs vous aurez aussi l’occasion de déguster des soupes exquises, des plats de poisson dans une sauce au safran et curry, ou des spécialités indiennes assaisonnées de curcuma, de cardamome ou de cumin. Le restaurant “Tropino”, où les enfants peuvent apprécier des aliments plus traditionnels, tels que des nuggets, des crêpes de pommes de terre, des frites a récemment été ouvert à l’attention des plus jeunes.
En huitième lieu, une vaste offre d’hébergement est proposée à ceux qui veulent y passer la nuit. Pour les clients les plus fortunés, des bungalows élégants ont été construits dans différentes parties de la forêt tropicale et près du lagon fabuleux. Les bungalows en question sont décorés dans un style africain, safari ou asiatique. Ils sont généralement équipés de climatisation, d’une TV plasma et possèdent par ailleurs leur salle de bain privative. Ceux qui disposent d’un budget plus modeste peuvent par contre passer la nuit dans un camp de tentes. Les tentes pour 2-4 personnes disposent de matelas, de draps, d’oreillers et de couettes. Une option beaucoup moins onéreuse est de loger à l’extérieur des Tropical Islands, dans un camping à proximité, où alors de dormir dans des tentes-tipi en bois ou en matériaux traditionnels.

Foto:Tropical Islands
Neuvièmement, l’atmosphère créée par l’illumination nocturne du complexe procure une expérience tellement romantique à ses visiteurs du soir. Et de nouveau, beaucoup d’attractions vous y attendent: un spectacle nocturne, au cours duquel vous pourrez admirer des acrobates, des danseurs ou des jongleurs du monde entier.
En dixième lieu, l’histoire de Tropical Islands est très intéressante à plusieurs points de vue. Basé sur
l’information trouvée dans Wikipedia, on apprend que le hall actuel abritait un aérodrome militaire des forces aériennes allemandes pour l’école d’aviation dans les années 1938-45. Il a ensuite été utilisé comme un des plus grands aéroports militaires de la RDA. Un prototype du dirigeable (zeppelin) y a été élaboré plus tard. Mais la compagnie a ensuite fait faillite. En 2003, un consortium malais a racheté l’endroit et y a construit le parc Tropical Islands qui est ouvert au public depuis 2004.
En conclusion, il vous reste à choisir la date d’arrivée dans cet endroit fantastique. Vous pouvez également vous y procurer des cartes-cadeau pour vos proches. Mais rappelez-vous une chose très importante: toutes les transactions y sont effectuées à l’aide d’un bracelet à puce, et aucune attraction (par exemple un vol en montgolfière, une descente en toboggan aquatique, etc.) n’est comprise dans le prix d’entrée. Ceci est malgré tout une information utile, afin que vous ne soyez pas surpris lors du décompte final à la sortie.
Amusez-vous bien là-bas!
Avez-vous des questions ou des remarques? Laissez-moi, svp, un commentaire sous le texte ou envoyez-moi un message, en utilisant ma page “kontakt“.
Avez-vous apprécié ce texte? Alors, partagez-le svp.
Bonjour et merci d’avoir accepté cette interview. Pouvez-vous d’abord expliquer qui peut obtenir une assurance maladie-invalidité obligatoire en Belgique et comment s’effectue l’inscription du membre à une Mutualité?
Pour pouvoir avoir droit à une assurance maladie-invalidité obligatoire, il faut payer les cotisations sociales. Les résidents belges et les étrangers qui travaillent en Belgique ont ce type d’assurance. Dans notre pays, existent deux régimes: un régime des salariés et un régime des indépendants. Pour les salariés et les fonctionnaires, les cotisations sociales sont payées par l’ONSS (Office National de Sécurité Sociale). Dans le cas des indépendants, la situation fonctionne différemment: les indépendants s’inscrivent à la Caisse pour les indépendants et ils paient leur cotisation sociale tous les 3 mois. Alors d’une manière générale, 99 % des habitants en Belgique (ceux qui ont le statut de salarié, de travailleur, de fonctionnaire, d’indépendant ou les chômeurs reconnus) ont une assurance maladie-invalidité obligatoire. Evidemment, existent quelques exceptions – par exemple les rentiers qui ne travaillent pas, et qui vivent de leurs rentes. Eux doivent payer des cotisations spéciales pour avoir droit à une assurance. L’inscription est assez simple: la première condition est – travailler et payer les cotisations sociales. La deuxième condition est – s’inscrire auprès d’un des organismes assureurs. Les gens peuvent s’inscrire en téléphonant à une mutualité. Ils peuvent alors demander les papiers à remplir, peuvent ensuite les remplir et les renvoyer par la poste, ou bien alors ils peuvent régler leur inscription par Internet. Les futurs membres devront ainsi choisir l’affiliation à une des 5 familles mutualistes. En plus existe aussi la CAAMI (Caisse Auxiliaire d’Assurance Maladie-Invalidité de l’Etat) et une mutualité pour le personnel ferroviaire. Les Mutualités Libres sont la troisième plus grande mutualité en Belgique qui rassemble autour de 20 % de la population belge.
Comment sont réparties les contributions apportées au système de santé en Belgique: de quel pourcentage des cotisations le travailleur et l’employeur doivent-ils s’acquitter?
A partir de 2018, la sécurité sociale sera financée à raison de 25 % de cotisations sociales qui seront payées par l’employeur, 45 % payées par l’employé(e) et les 30 % restants seront financés par d’autres revenus (des taxes générales, une partie de la TVA et des accises et une dotation émanant du gouvernement fédéral).
Plusieurs Mutualités sont reconnues en Belgique. Comment fonctionnent-elles et comment sont-elles financées?
Les mutualités sont financées par le gouvernent fédéral. Le budget annuel (environ 1 milliard d’euros) est réservé jusque maintenant pour des assurances obligatoires. Ce montant évolue dans le temps. Il est indexé mais le gouvernement peut éventuellement décider de ne pas octroyer d’indexation. Cette situation spécifique existe depuis 2012.
Un milliard d’euros est reparti entre les différentes mutualités. Mais les mutualités disposent aussi d’une autre source de financement comme les assurances complémentaires (ex. Dentalia Plus, Hospitalia Plus ou Medicalia). On doit savoir que ces deux groupes de financement sont totalement séparés. On a ensuite les soins de santé et l’invalidité. On dispose d’environ 24 milliards d’euros pour les soins de santé. Ce montant est utilisé soit pour le remboursement qui est entièrement payé soit au prestataire p.ex. le médecin, soit directement vers le patient.
Le libre-choix des prestataires de soin et le cofinancement sont typiques du système de soins de santé en Belgique. Pouvez-vous, svp, expliquer au lecteur ce que cela signifie en réalité pour le patient?
Le système des soins de santé en Belgique est vraiment performant. Différentes enquêtes montrent un taux élevé de satisfaction des citoyens belges, notamment grâce à la liberté de choix du prestataire et la qualité des soins. 70 % des frais médicaux sont remboursés, le solde est à charge des patients. Le patient n’a aucune restriction à propos du choix du docteur ou de l’hôpital. Nous souhaitons mettre en place des restrictions qui seront liées aux soins de santé spécialisés. Aujourd’hui il existe beaucoup d’hôpitaux qui offrent le même type de soins, mais ce n’est pas nécessairement bon pour la qualité des soins. Nous souhaitons également que les soins spécialisés se concentrent dans certains hôpitaux. Les gens peuvent aller chez n’importe quel médecin, et même demander un deuxième avis chez quelqu’un d’autre. J’ai dit que le remboursement se précise vers 70 % mais juste dans le cas où le patient va chez un médecin conventionné. Si le patient choisit la médecine non-conventionnée, les frais supplémentaires liés ne seront pas remboursés par une assurance obligatoire. Evidemment, si quelqu’un a souscrit à une assurance complémentaire, ce remboursement pourra être pris en charge.
Comment fonctionne le remboursement du traitement ambulatoire et hospitalier pour le patient (et à hauteur de quel pourcentage)?
Le remboursement du traitement ambulatoire et hospitalier
s’élève aussi vers les 70 %. Mais des différences existent en fonction du type de soin. Par exemple, les soins dentaires sont vraiment mal remboursés en Belgique. Les bridges, les implants, les couronnes sont très chères mais ils sont remboursés seulement à concurrence de 20 %.
Mis à part l’assurance maladie-invalidité obligatoire, il existe aussi d’autres assurances complémentaires privées. Par quel mécanisme interviennent-elles auprès des travailleurs salariés et des indépendants (p.ex. part des contributions, période de stage)?
Une assurance maladie-invalidité obligatoire est activée le jour suivant l’inscription. C’est la même règle pour les salariés, les travailleurs, les fonctionnaires ou les indépendants. Dans le cas d’une assurance complémentaire, la situation se présente différemment: le patient peut utiliser ce remboursement après 6 ou 9 mois de stage pendant lequel il paie d’abord ses cotisations. Le niveau de remboursement est en définitive le même pour les salariés et les non-salariés.
Dans le cadre de soins prodigués à un enfant mineur malade, un parent peut–il recevoir un congé médical dans un tel cas de figure (comme c’est le cas en Pologne) ?
Oui, un parent peut recevoir un congé médical pour s’occuper d’un enfant mineur ou d’un parent malade, mais ces jours d’absence au travail ne sont pas payés. Uniquement en cas d’incapacité de travail des gens eux-mêmes, ils recevraient alors 60 % du salaire plafonné.
Le principe est connu depuis longtemps: «Mieux vaut prévenir que guérir». Quels types d’actions apportent d’après vous le mieux leur soutien préventif en vue de réduire les coûts de financement du système des soins de santé belge? (p.ex. abonnements aux clubs de fitness, consultations diététiques, tabac-stop, etc.).
En Belgique le système préventif se focalise sur la lutte contre le tabac et l’alcool. C’est notre priorité parce que ces addictions ont un impact sur la santé des individus. D’autres éléments comme le mode d’alimentation ou le style de vie ne sont pas assez promus. On a généralement un très bon système de santé mais la prévention ce n’est pas notre point fort actuel: on dépense à ce jour moins de 3 % de budget pour la prévention. De plus, la prévention est régionalisée et n’est pas nécessairement liée au budget fédéral. Alors nous devrions encore améliorer beaucoup de choses dans le cadre des soins préventifs.
La tendance au vieillissement de la société est confirmée statistiquement en Europe. Comment fonctionnent les maisons de repos en Belgique?
Le frais de résidence en maisons de repos sont très élevés. Les frais médicaux sont pris en charge par le gouvernement (les maisons de repos reçoivent un forfait par jour pour la partie médicale). Par contre, tous les frais d’hôtellerie et d’hébergement sont à charge du patient. Les prix sont variés: de 30 à 120 € par jour selon le statut de la maison de repos (privée ou publique) et en fonction du salaire des résidents. Cette deuxième règle concerne les maisons de repos publiques, c’est-à-dire celles qui sont cofinancées par le gouvernement. En Belgique, comme dans d’autres pays, il n’y a pas assez de maisons de repos. Pour répondre aux besoins de la population vieillissante, on devrait construire deux fois plus de maisons de repos. Pour satisfaire la demande on propose aujourd’hui des alternatives comme p.ex. encourager les gens à rester à domicile. On garantit les soins et les aménagements à domicile pour trouver la meilleure solution qui coûtera moins à la personne et moins pour les services publics. Globalement on travaille à une amélioration de ce système : des habitants en Flandre paient obligatoirement 50 € en plus par an pour couvrir des frais éventuels de dépendance quand on devient plus âgé (ndlr: de Zorgkas).
Le Dossier Médical Généralisé (DMG) est une particularité dont la Belgique fut une pionnière. Pensez-vous en tant qu’acteur majeur des soins de santé, il serait judicieux de le généraliser au niveau Européen?
La Belgique devra encore travailler à cela. La base existe, les outils aussi mais ils ne sont pas encore toujours utilisés par tous les médecins et tous les hôpitaux. Ça va prendre encore quelques années avant qu’on puisse se partager correctement les données médicales dans 100% des cas. Les autres pays peuvent vraiment s’inspirer des solutions trouvées en Belgique. Le grand défi qui nous attend est de faire évoluer la mentalité de médecins qui devraient utiliser toutes les solutions proposées par le Dossier Médical Généralisé. Le DMG constitue sans doute une grande révolution en la matière.
Les Mutualités Libres étant directement concernées par la future régulation Européenne de protection des données à caractère privé (GDPR). Pensez-vous que celle-ci constitue un avancement qui favorisera la réduction des coûts de financement des soins de santé?
Les montants engagés dans la protection des données ont peu de poids face au financement des soins de santé dans son ensemble. Le GDPR apporte des améliorations à la protection de la vie privée des individus, mais ces améliorations se font au prix de mesures organisationnelles et techniques supplémentaires, à charge du système des soins de santé. Cela dit, investir dans la protection des données va diminuer les risques courus par nos affiliés, et minimiser l’impact d’éventuelles fuites de données. Ces incidents pouvant avoir un coût non négligeable, tant pour les personnes touchées (fraude, vol d’identité) que pour le système dans son ensemble (perte de confiance, exploitation sauvage des données par des secteurs privés concurrents), des mesures ciblées en fonction des risques permettront de garder les coûts imprévus sous contrôle.
Que pensez-vous du tourisme médical?
Je ne pense pas que c’est nécessairement une mauvaise chose mais il convient que ce soit bien encadré. C’est la principale avancée de la construction Européenne: la libre-circulation des personnes et des services. On peut ainsi se soigner à l’étranger évidemment mais pensons aussi à la qualité du service. Le patient devrait être aussi bien informé à propos des critères de qualité des différentes filières de soins disponibles à l’étranger dans le cas possible de complications. Les soins de suivi et le réglage des complications éventuelles sont aussi très importants, que les patients soient conscients des risques et que l’on puisse leur proposer des solutions ultérieures le cas échéant.
Merci beaucoup pour cette interview. Je souhaite tout le succès aux Mutualités Libres et leurs organismes associés.
***
Cet article a été publié dans le journal médical polonais “Gazeta Lekarska” en mars 2018.
***
Avez-vous des questions ou des remarques? Laissez-moi, svp, un commentaire sous le texte ou envoyez-moi un message, en utilisant ma page “kontakt“.
Wreszcie po długiej, szarej belgijskiej zimie, częściej deszczowej niż śnieżnej, nadeszła wyczekiwana przez wielu wiosna, kiedy cała przyroda budzi się do życia. W związku z tym chcę zaproponować podróż za przysłowiową miedzę, do sąsiedniej Holandii, a konkretnie do miejscowości Lisse położonej niedaleko Amsterdamu. Znajduje się tam Keukenhof, jeden ze słynnych ogrodów położony na obszarze 32 ha. Jest otwarty dla zwiedzających tylko sezonowo, od końca marca do połowy maja. Dlaczego tylko wtedy? Odpowiedź jest prosta, gdyż właśnie wówczas kwitną kwiaty cebulowe takie jak tulipany, hiacynty, krokusy, narcyzy czy lilie. Co roku specjaliści wysadzają tam ręcznie około siedem milionów cebulek i co roku obsadzają klomby w inny sposób.
Keukenhof otwarto dla odwiedzająych w 1949 r., choć historia tego miejsca sięga XV w. Wówczas tereny dzisiejszego ogrodu były regularnie wykorzystywane do polowania. Kiedy właścicielką została hrabina Jacoba van Beieren, na jej polecenie zaczęto tu sadzić różne zioła wykorzystywane do przyprawiania pałacowych dań. To dobitnie wyjaśnia nazwę Keukenhof, która znaczy tyle co „kuchenny podwórzec”. Przełomem okazał się jednak rok 1830, kiedy to architekt terenów zielonych – Jan David Zocher, pod wpłwem inspiracji ogrodami angielskimi, zaprojektował teren dzisiejszego parku. Z czasem dodawano kolejne elementy, co spowodowało zainteresowanie hodowców roślin cebulkowych. A jako że Holendrzy umieją uczynić atut nawet z tego, co dla innych byłoby kłopotliwe, wykorzystali do uprawy poldery, czyli urodzajne tereny położone poniżej poziomu morza i stali się największym światowym eksporterem cebulek kwiatowych.
Keukenhof ma wiele do zaoferowania. Alergicy też nie powinni odmawiać sobie przyjemności zobaczenia tego niesamowitego ogrodu. Niech tylko pamiętają o wcześniejszym zażyciu odpowiednich leków antyhistaminowych. Miliony kolorowych kwiatów na rabatach, pawilony i szklarnie z wystawami, kawiarenki i restauracje to wszystko, czym przyciągają organizatorzy. Z myślą o dzieciach z kolei przygotowano specjalny plac zabaw, na którym młodsi i nieco starsi mogą sprawdzić swoją sprawność fizyczną. Potem warto też zobaczyć japoński ogród mieszczący się tuż obok wiatraka, ze szczytu którego można podziwiać rozległe pola tulipanowe. Ponadto dla zwiedzających co roku przygotowane są inne niespodzianki, m.in. pokaz ptaków łowieckich, ogromny autoportret Vincenta Van Gogha wykonany z suszonych płatków tulipanów i wiele innych. Zauroczeni tym „okręgiem cebulkowym” mogą popływać kanałami lub wypożyczyć rower. Zwolennicy prac ogrodowych i pasjonaci pielęgnacji roślin mają też niepowtarzalną okazję do nabycia cebulek kwiatowych w sklepie mieszczącym się tuż przy wyjściu.
Wielką atrakcją jest parada kwiatów, w czasie ktorej odwiedzający mogą podziwiać kwiatowe platformy i niezwykłe bukiety wyczarowane przez florystów. A wszystkim planującym wyjazd życzę pięknej, wiosennej pogody i niezapomnianych wrażeń, uwiecznionych na zdjęciach. No i oczywiście czekam na Wasze opinie!
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Ktoś kiedyś powiedział: „Nie liczy się to, ile posiadasz, ale ile dajesz innym i jak się z nimi dzielisz”. Zgadzam się w stu procentach z tym powiedzeniem i cieszę się, że już kilka lat temu, zaraz po mojej przeprowadzce do Belgii, miałam szczęście spotkać niesamowite rodaczki-aktywistki, które działają w Association Femmes d’Europe i które zaprosiły mnie do swojego grona.
Association Femmes d’Europe (Stowarzyszenie Kobiet Europy)
Association Femmes d’Europe istnieje od 1977 r., czyli już 41 lat! Obecnie liczy 23 grupy reprezentujące m.in. Polskę, Belgię, Austrię, Bułgarię, Cypr, Danię, Finlandię, Francję, Grecję, Hiszpanię, Holandię, Irlandię, Litwę, Luksemburg, Portugalię, Rumunię, Szwecję, Węgry, Wielką Brytanię, Włochy oraz Islandię, Szwajcarię, Norwegię (AELE). Istnieje również grupa międzynarodowa, która zrzesza reprezentantki różnych krajów. Stowarzyszenie zostało założone przez małżonki pracowników instytucji europejskich pragnące nieść pomoc najbardziej potrzebującym w Europie i krajach rozwijających się Afryki, Azji oraz Ameryki Łacińskiej.
Dziś oczywiście do Stowarzyszenia należą również te kobiety, które podążają ścieżką własnych karier zawodowych, a członkinią Femmes d’Europe może zostać każda przedstawicielka płci pięknej pragnąca pomagać innnym kobietom i dzieciom. Statuty określają AFE jako organizację dobroczynną, apolityczną i areligijną. W chwili pisania tego tekstu Association Femmes d’Europe liczy 950 aktywnych członkiń działających na zasadzie pełnego wolontatiatu. Od lat honorowymi przewodniczącymi AFE są małżonki Przewodniczących Komisji Europejskiej – obecnie pani Irena Timmermans.
AFE jest zarządzana przez Biuro Zarządu, wybierane na Assemblée Générale (Zgromadzenie Walne) przez członkinie Stowarzyszenia. Wszelkie decyzje podejmowane są drogą głosowania na zebraniach Rady Administracyjnej, w której skład wchodzą osoby odpowiedzialne za grupy i Biuro Zarządu.
Association Femmes d’Europe pozyskuje fundusze, organizując wydarzenia kulturalne i kiermasze (bożonarodzeniowy i wielkanocny) w pięknych, nowoczesnych budynkach UE w Brukseli. Uzyskane w ten sposób środki finansowe są w całości przeznaczone na realizację projektów charytatywnych, których beneficjantami są niezależne organizacje pozarządowe pracujące z ludźmi znajdującymi się w najtrudniejszych sytuacjach życiowych, ze szczególnym uwzględnieniem kobiet i dzieci.
Ceremonia Projektów
Każdego roku, zazwyczaj w styczniu, w budynku Berlaymont odbywa się Ceremonia Projektów, w czasie której prezentowane są najlepsze projekty zrealizowane w minionym roku. Odpowiedzialni za projekty przedstawiają zebranym krótkie sprawozdanie z ich realizacji z użyciem środków audiowizualnych.
Roczna wartość projektów waha się od 284 000 € (2013 r.) do 350 000 € (2016 r.). Pozyskane kwoty przeznaczone są na około 80 projektów. Każda grupa realizuje raz w roku Projekt Narodowy o wartości od 6 000 € do 8 000 €. Poszczególne grupy mogą także zgłosić Projekt Szybkiej Pomocy (do 2 000 €), a członkinie mogą również opracowywać projekty dla krajów rozwijających się (maksimum 5 000 €). Co roku w grudniu przyznawane są także niewielkie kwoty (do 800 €) na pomoc świąteczną. Średnio połowa funduszy jest przeznaczona na projekty w Europie.
Polska Grupa
Polska grupa, która – w porównaniu z reprezentującymi inne narodowości – póki co zrzesza stosunkowo małe grono naszych rodaczek, jest aktywna na miarę swoich możliwości. Członkinie oprócz standardowej opłaty członkowskiej w wysokości 50 €/rok wspierają cele charytatywne całego Stowarzyszenia poprzez realizację projektów dla polskich organizacji pozarządowych niosących pomoc osobom najbardziej potrzebującym. Wystarczy spojrzeć na kilka zamieszczonych poniżej opisów i zdjęć.
2012 – wyposażenie dwóch pokojów terapeutycznych dla matek i dzieci ofiar przemocy / Stowarzyszenie KLANZA w Białymstoku (6 000 €)
2013 – zakup urządzeń rehabilitacyjno-sportowych dla Środowiskowego Domu Samopomocy w Kwietniewie (6 000 €)
2014 – remont sali gimnastycznej w budynku Fundacji Edukacyjnej im. Wandy Garczyńskiej w Wałbrzychu (8 000 €)
2015 – zakup łóżka porodowego dla Fundacji Ochrony Zdrowia w Sanoku (8 000 €)
2016 – wyposażenie białostockiej Fundacji „Oswoić Świat” w urządzenia diagnostyczne i materiały dydaktyczne dla osób z autyzmem po 18. roku życia (8 000 €)
2017 – zakup dziewięciu zdalnie sterowanych łóżek z trapezami dla Towarzystwa Przytułku Św. Salezego w Warszawie (8 000 €)
2018 – w przygotowaniu projekt wyposażenia dwóch pokoi do składania zeznań przez dzieci ofiary przemocy i molestowania dla Fundacji „Dajemy Dzieciom Siłę” w Warszawie (7 000 €)
Opracowanie każdego z tych projektów to ciężka i wielomiesięczna praca wymagająca podróży do organizacji zgłaszających się po pomoc, sprawdzania ich działalności, statutów, gromadzenia dokumentacji, wycen, faktur pro-forma. Po długich miesiącach przygotowań i przyjęciu projektu przez Radę Administracyjną osoby odpowiedzialne mają obowiązek uzyskać pełne sprawozdanie i faktury na zakupy oraz zdjęcia. Ale radość i uśmiech na twarzy tych, którym się pomogło, jest najlepszą nagrodą za wielomiesięczny trud, bo jak powiedział Albert Schweitzer: „Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli”.
A więc, drogie Czytelniczki mieszkające na terenie Belgii, jeśli któraś z Was chce dołączyć do naszego grona, serdecznie zapraszamy!
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „życie w Belgii”.
Lubicie uczestniczyć w wyjątkowych wydarzeniach? Fascynują Was podróże? A może pragniecie duchowych doznań? Jeśli tak, to powinniście się wybrać do Wejherowa, 50-tysięcznego miasta na północy Polski, leżącego w odległości zaledwie 23 km od Gdyni. Aby zrozumieć, czym Wejherowo wyróżnia się spośród innych miast tej samej wielkości, warto się tam pojechać szczególnie w okresie poprzedzającym Wielkanoc.
Wejherowo jest nazywane duchową stolicą Kaszub nie bez powodu. Zasłynęło dzięki Kalwarii Wejherowskiej ufundowanej w XVII w. przez założyciela miasta. Jakub Wejher, bo o nim właśnie mowa, sfinansował zespół 19 kaplic. Usytuowane na morenowych wzgórzach, w większości w lesie, są formą podziękowania za ocalenie życia. Jak głosi legenda, w niespokojnym XVII w. Wejher wyruszył na wyprawę wojenną u boku króla Władysława IV. W czasie oblężenia miasteczka Biała w 1634 r., na skutek wybuchu, został przysypany gruzami. Uczynił wtedy śluby, że jeśli wyjdzie cało z tej opresji, wybuduje w swych dobrach kościół i założy klasztor. Słowa: „Jak pod Białą ślub złożyłem, tak nad Białą go wypełnię” wcielił w życie. Nie tylko założył miasto Wejherowo, przez które przepływała rzeczka zwana w przeszłości Białą (obecnie Cedron), ale też zlecił wytyczenie dróżek kalwaryjskich i wyznaczenie miejsc pod budowę kaplic w dolinach oraz na trzech wzgórzach, które – wzorując się na Biblii – nazwano Górą Oliwną, Syjonem i Golgotą.
Kalwaria Wejherowska liczy w obecnej chwili 25 kaplic zlokalizowanych w lesie, w południowej części miasta. Warto też wspomnieć o Bramie Oliwskiej z XIX w., którą powszechnie uważa się za 26. kaplicę Kalwarii Wejherowskiej, mimo że jest położona zupełnie gdzie indziej, przy ul. 12 Marca. To właśnie przy Bramie Oliwskiej, w Niedzielę Palmową o godz. 10:00, rozpocznie się inscenizacja wjazdu Chrystusa do Jerozolimy. Aktor wcielający się w rolę Jezusa, przy dźwiękach orkiestry, przejedzie na osiołku aż do kolegiaty w centrum miasta, gdzie następnie będzie celebrowana msza święta. Wtedy też odbędzie się poświęcenie przyniesionych przez wiernych palemek. Te uplecione z gałązek wierzby i suszonych kwiatów kompozycje symbolizują zmartwychwstanie i nieśmiertelność duszy. Uczestnictwo w inscenizacji wjazdu Jezusa do Jerozolimy rozpoczynie okres duchowego wyciszenia i skupienia.
Kalwaria Wejherowska jest celem wielu pielgrzymów przez cały rok, choć – trzeba przyznać – że najbardziej niezwykłe wydarzenie duchowe ma zawsze miejsce w Wielki Piątek, kiedy odbywa się inscenizacja Drogi Krzyżowej. Aktorzy ze stowarzyszenia Misternicy Kaszubscy, w strojach stylizowanych na te z czasów Jezusa, przy każdej z kaplic odgrywają scenę dotyczącą wydarzeń Drogi Krzyżowej. Tysiące pielgrzymów i mieszkańców Wejherowa mają niepowtarzalną okazję uczestniczyć w dwugodzinnym przedstawieniu na żywo, które pozwala oderwać się od biegu życia codziennego i znaleźć czas na głębsze rozmyślania nad męką Chrystusa. Wędrując od kapliczki do kapliczki pątnicy mogą w spokoju przemyśleć biblijną historię, począwszy od pojmania Chrystusa w Ogrodzie Oliwnym, postawienia Go przed Sanhedrynem, decyzji tłumu o uwolnieniu Barabasza i skazaniu Jezusa, przez symboliczny gest umycia rąk dokonany przez Piłata aż po skazanie Niewinnego na śmierć przez ukrzyżowanie. Udział w wejherowskim Misterium Męki Pańskiej skłania też do refleksji i zadumy nad cierpieniem Maryi, spoglądającej na ociekającą krwią twarz Chrystusa, Jego kolejne upadki, przybicie do Krzyża i śmierć.
Ci, którzy wybierają się do Polski na Wielkanoc, powinni już dziś rozważyć zmianę trasy i przejazd przez Wejherowo, aby móc uczestniczyć w tych unikatowych wydarzeniach. Niezapomniane duchowe przeżycia są gwarantowane!
A moim wiernym Czytelnikom z okazji zbliżających się Świąt Wielkiejnocy życzę wiosennego optymizmu, kosza spełnionych marzeń, radości, miłości i nadziei.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

Dr. Stefan Smajda, uro-gynecologist
Bonjour, et je vous remercie sincèrement de m’avoir accordé cet interview. La première fois, je suis venue dans votre cabinet un peu par hasard et mon attention a immédiatement été attirée par votre nom d’origine polonaise. Comment êtes-vous venu en Belgique?
Je suis né en Belgique. Mon papa était Polonais et ma maman Belge. Mes parents se sont rencontrés pendant la IIème guerre mondiale, quand mon papa a libéré le nord de la Belgique avec l’armée du Général Maczek. Ensuite, en remplissant son devoir de soldat, il a continué à se battre contre l’ennemi jusqu’en Allemagne. Pendant tout ce temps il est resté en contact épistolaire avec ma mère. Il est revenu en Belgique après la guerre, et en 1948 mes parents se sont mariés. Malheureusement, à cette époque parler une autre langue que celle du pays de résidence n’était pas bien vu. Dès lors, je parle français, néerlandais, anglais et juste un peu polonais. Ça c’est vraiment mon regret.
Est-ce-que vous visitez souvent la Pologne ? Est-ce que ce sont plutôt des voyages professionnels ou plutôt privés?
J’ai commencé à visiter régulièrement la Pologne à partir des années 90. Depuis lors, je visite mes cousins polonais et ce beau pays. J’ai été entre-autre à Krakow, Zakopane, Częstochowa, Wieliczka, Sandomierz, Kazimierz Dolny et Łódź. En 2002, lors d’une conférence médicale à Barcelone, j’ai rencontré un professeur polonais de Lublin, Tomasz Rechberger. Il opère l’incontinence urinaire avec la même technique que moi en Belgique. Et donc j’ai commencé ma collaboration avec les gynécologues polonais. En 2005, j’ai été invité à un congrès médical à Lublin, où j’ai eu l’occasion de présenter des techniques chirurgicales utilisées dans l’uro-gynécologie. J‘ai eu aussi le plaisir de coopérer avec le Prof. Malinowski de Łódź et j’ai donné un discours lors du congrès à Varsovie sur la chirurgie esthétique gynécologique. En mai 2017 je suis retourné de nouveau en Pologne parce que j’ai été invité à participer à un congrès gynécologique, et je dis franchement que je suis très heureux à l’idée de partir en Pologne.
Beaucoup de femmes n’aiment pas vraiment aller chez le gynécologue. Comment évaluez-vous la prise de conscience des femmes en Belgique à propos des visites régulières chez le gynécologue, et que signifie la «régularité» dans ce cas?
Je travaille comme gynécologue depuis 1983. Et je dois admettre que la prise de conscience des femmes en Belgique, à propos de la nécessité des visites régulières a bien augmenté. J’identifie même une tendance croissante par rapport aux années précédentes. La régularité veut dire au minimum une visite par an, en supposant bien sûr que la patiente ne souffre pas d’un problème ou l’autre qui nécessite des consultations plus fréquentes.
Quels groupes de femmes devraient-elles passer des examens préventifs plus souvent que d’autres?
Ces femmes, où une personne de la famille a souffert d’un cancer,
devraient faire des examens plus souvent parce que les facteurs génétiques jouent un rôle important dans cette maladie. Je pense en particulier au cancer du sein et au cancer du col utérin. Les femmes de ces soi-disants «groupes à risque» devraient faire une mammographie et une échographique périodiquement.
A quel âge les adolescentes devraient-elles consulter la première fois un(e) gynécologue?
En principe, à l’âge de 16-18 ans. Souvent, les mères emmènent leurs filles ayant un problème de menstruation, ou pour vacciner leurs filles contre le cancer du col utérin. Une autre raison pour consulter un(e) gynécologue est également la prévention des grossesses non désirées, et dans ce cas de figure, une visite à propos de la meilleure méthode contraceptive spécifique.
En parlant des jeunes filles, cela amène tout de suite une autre question: quels types de prévention de la grossesse pouvez-vous recommander aux jeunes filles?
Les pilules contraceptives sont les plus populaires. En deuxième place, ce sont les patches. Il y a bien sûr d’autres méthodes comme le nano-vaginal, mais que les jeunes filles n’apprécient pas vraiment.
La gynécologie est une branche de la médecine qui s’occupe de la prévention au sens général et du traitement des maladies du système reproducteur. Quelle est votre spécialité gynécologique?
Je suis spécialiste en uro-gynécologie, ce qui signifie que je traite les maladies des voies urinaires basses chez les femmes, y compris l’incontinence urinaire. Je réalise aussi des opérations de prolapsus et de chirurgie gynécologique esthétique grâce à des formations appropriées que j’ai suivies aux États-Unis, en Australie, en Suède et en Angleterre.
L’incontinence urinaire est un problème plutôt embarrassant. On doit admettre que, selon les estimations, environ 30% des femmes de plus de 30 ans souffrent de ce problème, et qu’avec l’âge ce pourcentage augmente encore. Une fuite d’urine involontaire est souvent causée par la naissance naturelle d’un enfant/d’enfants d’un poids d’environ 4 kg (ou plus), mais aussi par l’exercice physique. Comment le problème peut-il être solutionné?
L’incontinence urinaire est une maladie répandue auxquelles les femmes âgées ne sont pas exclusivement confrontées. Un facteur important est la race. Les femmes blanches sont beaucoup plus exposées à cette maladie que les femmes asiatiques ou africaines. En outre, on devrait se rendre compte que le problème peut aussi apparaître chez les jeunes filles et les femmes qui font des exercices physiques trop intenses, p.ex. dans un club de fitness. Mais le tabagisme et une naissance assistée avec ventouse ou forceps augmentent aussi le risque d’incontinence urinaire. Ce malaise devient gênant avec le temps, car une petite fuite incontrôlée d’urine peut apparaître même en cas d’éternuements, de toux ou de rire. Heureusement, il existe des moyens pour résoudre ce problème. Parfois, il suffit d’une consultation chez le kinésithérapeute qui recommandera des exercices appropriés. Dans d’autres cas, la patiente peut effectuer une opération ou un traitement au laser. Ce dernier est utilisé spécifiquement chez les femmes âgées. Le problème de l’incontinence urinaire survient souvent après la ménopause, lorsque le taux d’œstrogènes diminue rapidement.
Où les femmes peuvent-elles trouver votre cabinet si elles rencontrent ce type de problème?
Je travaille à la Clinique Edith Cavell, mais aussi à deux cabinets: à Waterloo et à Anderlecht.
À présent, nous pourrions évoquer l’infertilité, qui est un drame pour beaucoup de couples. Les statistiques sont inexorables – on estime que jusqu’à 15% des couples rencontrent un problème pour avoir un premier enfant, ou après avoir donné naissance à leur premier enfant. Quels sont les facteurs qui réduisent les chances de tomber enceinte? Et que faire lorsque le problème est déjà apparu?
Les infections gynécologiques sont un des facteurs, en particulier les maladies sexuellement transmissibles et les anomalies des organes sexuels. L’âge est aussi un facteur important. Ce n’est pas un secret que les facultés de reproduction diminuent avec l’âge. Quand un problème pour tomber enceinte est identifié, il faut procéder à de nombreux examens pour cerner les difficultés auxquelles la patiente est confrontée. Le cas le plus difficile se présente lorsqu’on ne réussit pas à définir précisément les causes de l’infertilité, c’est-à-dire quand la médicine ne parvient pas à y apporter une réponse concrète. Dans d’autres cas, le médecin peut proposer un traitement à base de pilules hormonales ou même l’in vitro.
Où les femmes qui rencontrent des difficultés pour tomber enceinte peuvent-elles demander de l’aide en Belgique?
Les femmes qui rencontrent un problème pour avoir des enfants devraient aller dans l’un des centres de traitement de l’infertilité. On trouve un tel centre dans chaque province belge, souvent dans un hôpital universitaire qui s’est spécialisé dans le traitement de l’infertilité. Les plus connus sont: l’hôpital Saint-Luc et l’hôpital de Leuven.
Merci beaucoup pour cet interview. Je vous souhaite tout le succès tant dans la vie professionnelle que privée.
Et je souhaite à toutes les femmes la meilleure santé possible, qui est la chose la plus importante.
Avez-vous des questions ou des remarques? Laissez-moi, svp, un commentaire sous le texte ou envoyez-moi un message, en utilisant ma page “kontakt“.

Dr Stefan Smajda, uroginekolog
Witam Pana serdecznie i dziękuję, że zgodził się Pan na udzielenie tego wywiadu. Trafiłam do Pana gabinetu trochę przez przypadek i od razu przykuło moją uwagę brzmiące po polsku nazwisko. Jak to się stało, że znalazł się Pan w Belgii?
Urodziłem się w Belgii. Mój tato był Polakiem, a mama – Belgijką. Moi rodzice spotkali się w czasie II wojny św., kiedy to mój tata wyzwalał północną Belgię z armią gen. Maczka. Potem, wypełniając swój żołnierski obowiązek, poszedł dalej, aż do Niemiec, by walczyć z wrogiem. Przez cały ten czas utrzymywał listowy kontakt z moją mamą. Wrócił do Belgii już po wojnie i w 1948 r. moi rodzice pobrali się, a następnie zamieszkali w Brukseli. Niestety, były to zupełnie inne czasy i wówczas nie było dobrze widziane posługiwanie się innym językiem niż kraju zamieszkania. Mówię więc po francusku, flamandzku, angielsku i tylko trochę po polsku, nad czym szczerze ubolewam.
Jak często bywa Pan w Polsce? Czy są to podróże raczej zawodowe czy prywatne?
Do Polski zacząłem jeździć regularnie od lat 90-tych. Od tego czasu odwiedzam kuzynów i zwiedzam ten piękny kraj. Miałem okazję być m.in. w Krakowie, Zakopanem, Częstochowie, Wieliczce, Sandomierzu, Kazimierzu Dolnym i Łodzi. W 2002 r., na kongresie medycznym w Barcelonie, spotkałem polskiego profesora z Lublina, Tomasza Rechbergera, który przeprowadza w Polsce operacje związane z nietrzymaniem moczu taką samą techniką jak ja. I tak zaczęła się moja współpraca z polskimi ginekologami. W 2005 r. zostałem zaproszony na kongres w Lublinie, gdzie miałem okazję zaprezentować kolegom po fachu najnowsze techniki operacyjne stosowane w uroginekologii związane z problemem nietrzymania moczu. Miałem też przyjemność współpracować z prof. Malinowskim z Łodzi, prowadzić wykłady w Polsce i wygłosić przemowę na kongresie w Warszawie dotyczącą ginekologicznej chirurgii estetycznej. W maju 2017 r. zawitałem ponownie do Polski w związku z organizowanym tam kolejnym kongresem ginekologicznym i szczerze powiem, że bardzo się ucieszyłem na myśl o tym wyjeździe.
Wiele kobiet nie bardzo lubi chodzić do ginekologa. Jak Pan ocenia świadomość kobiet w Belgii dotyczącą regularnych wizyt u ginekologa i co znaczy w tym wypadku „regularność”?
Pracuję jako ginekolog od 1983 r. i muszę przyznać, że świadomość kobiet w Belgii dotycząca konieczności regularnych wizyt u ginekologa jest wysoka, a nawet dostrzegam tendencję wzrostową w porównaniu z poprzednimi latami. Regularność oznacza standardową wizytę raz w roku, oczywiście przy założeniu, że nie pojawiają się żadne dolegliwości, które wymagają częstszych konsultacji.
Które grupy kobiet powinny przeprowadzać badania profilaktyczne częściej niż inne?
Ponieważ czynniki genetyczne odgrywają istotną rolę, te kobiety, w których rodzinie ktoś chorował na raka, powinny badać się częściej. Myślę tu o raku piersi i szyjki macicy. Kobiety z tzw. „grupy ryzyka” powinny regularnie poddawać się mammografii i USG.
W jakim wieku po raz pierwszy powinny zgłosić się do ginekologa nastolatki?
Przyjmuje się, że między 16-18 rokiem życia. Często matki przyprowadzają swoje córki mające problemy z menstruacją bądź żeby zaszczepić córkę przeciwko rakowi szyjki macicy. Kolejnym powodem wizyt jest oczywiście zapobieganie niechcianej ciąży, a co za tym idzie konsultacja dotycząca wyboru najlepszej metody antykoncepcyjnej.
Mówiąc o młodych dziewczynach, od razu nasuwa mi się kolejne pytanie. Jakie środki zapobiegania ciąży poleca Pan właśnie młodym dziewczynom?
Największą popularnością cieszą się tabletki antykoncepcyjne. Na drugim miejscu plasują się plastry. Są też oczywiście inne metody, jak chociażby pierścień antykoncepcyjny, ale młode dziewczęta nie wybierają go zbyt często.
Ginekologia to dziedzina medycyny zajmująca się zarówno profilaktyką, jak i leczeniem chorób układu płciowego. Jaka jest Pańska specjalizacja?
Jestem specjalistą w dziedzinie uroginekologii, co znaczy, że zajmuję się schorzeniami dolnych dróg moczowych kobiet, w tym nietrzymaniem moczu występującym z lub bez towarzyszącego obniżenia ścian pochwy i krocza, a co za tym idzie przeprowadzam także operacje estetyczne narządów płciowych. W tym zakresie odbyłem stosowne szkolenia w USA, Australii, Szwecji i Anglii.
Mówiąc o nietrzymaniu moczu, problemie dość wstydliwym, trzeba przyznać, że według szacunków ok. 30 % kobiet po 30. roku życia boryka się z tą dolegliwością, a z wiekiem ten odsetek wzrasta. Bezwiedny wyciek moczu jest spowodowany często urodzeniem siłami natury dziecka o wadze ok. 4 kg, ale też wysiłkiem fizycznym. Czy czymś jeszcze? I na czym polega usunięcie problemu?
Nietrzymanie moczu to częsta przypadłość i dotyczy nie tylko starszych kobiet. Ważną rolę odgrywa tu czynnik rasowy. Zdecydowanie bardziej narażone są na tę dolegliwość kobiety białej rasy niż Afrykanki czy Azjatki. Poza tym trzeba pamiętać, że problem może się pojawić również u młodych dziewcząt i kobiet, które zbyt intensywnie ćwiczą w klubie fitness. Do czynników zwiększających ryzyko nietrzymania moczu należy również dodać palenie tytoniu i poród kleszczowy. Dolegliwość z czasem staje się uciążliwa, gdyż niewielki, niekontrolowany wyciek moczu może się pojawić nawet przy kichaniu, kasłaniu czy śmiechu. Na szczęście są sposoby na rozwiązanie tego problemu. Czasami wystarczy udać się do fizjoterapeuty, który zaleci właściwe ćwiczenia. W innych przypadkach trzeba przeprowadzić operację lub zabieg laserowy. Ten ostatni stosuje się u starszych kobiet, bowiem problem nietrzymania moczu pojawia się często po menopauzie, kiedy gwałtownie maleje poziom estrogenu.
Gdzie kobiety cierpiące na tego typu przypadłość mogą znaleźć Pana gabinet?
Pracuję zarówno w szpitalu Edith Cavell, jak i w gabinecie w Waterloo i Anderlechcie.
Porozmawiajmy teraz o niepłodności, która jest bolączką wielu par. Statystyki są nieubłagane – szacuje się, iż nawet 15% par boryka się z problemem poczęcia pierwszego lub kolejnego dziecka. Jakie czynniki utrudniają zajście w ciążę? I co zrobić, gdy problem już się pojawi?
Do takich czynników należą wszelkie infekcje ginekologiczne, w szczególności choroby przenoszone drogą płciową, a także wszelkie anomalie w budowie organów płciowych. Nie bez znaczenia jest też wiek. Nie jest tajemnicą, że zdolności reprodukcyjne maleją z wiekiem. Gdy pojawi się problem z zajściem w ciążę, trzeba przeprowadzić szereg badań mających na celu zdefiniowanie przyczyn. Dotyczy to nie tylko kobiet, ale i ich partnerów, bowiem należy również sprawdzić w laboratorium żywotność spermy. Najtrudniejszym przypadkiem są tzw. nieokreślone przyczyny niepłodności, czyli takie, na które medycyna nie zna odpowiedzi. W pozostałych można podać tabletki hormonalne lub przeprowadzić in vitro.
Gdzie w Belgii mogą szukać pomocy kobiety mające problem z zajściem w ciążę?
Kobiety mające problem z zajściem w ciążę powinny udać się
do jednego z centrum leczenia niepłodności. W każdej prowincji znajduje się jedno takie centrum, którym jest zazwyczaj szpital uniwersytecki. Do najbardziej znanych należą oczywiście: szpital Saint-Luc i szpital w Leuven.
Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę dalszych sukcesów zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym.
A ja życzę wszystkim kobietom przede wszystkim zdrowia i dbałości o nie.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „wywiady“.













































































































































































































