Od zawsze byłam ciekawa świata i coś jakby gnało mnie do przodu. W zasadzie nie wiem, czy to bardziej epikurejska
Halle to 38-tysięczne belgijskie miasteczko leżące we Flandrii, zaledwie 12 km od Brukseli. Na pytanie, co decyduje o niezwykłości tego
francja miasta
O tym, że znajomość języków obcych jest bardzo ważna, bo ułatwia życie i otwiera wiele przysłowiowych drzwi, nie trzeba nikogo
Prowansalski styl wnętrz, który charakteryzują białe ściany i postarzane meble w jasnych, pastelowych barwach, najczęściej białe, écru, szare z metalowymi
Witam serdecznie. Cieszę się, że udało nam się znowu spotkać. Co się zmieniło od kwietnia 2014 r., kiedy ostatni raz
Witam serdecznie i dziękuję, że zgodziła się Pani na udzielenie wywiadu, który z pewnością zainteresuje Czytelniczki. Na początek proszę uchylić
Własny biznes! Oto marzenie wielu z nas. No bo któż by nie chciał być szefem samego siebie?! Ale do tego,
Zarówno ci, którzy rozważają życie za granicą, jak i ci, którzy dokonali już takiego wyboru, powinni mieć świadomość, że posługiwanie
Wszyscy, którzy szukają pracy, marzą o takiej, która byłaby łatwa, miła, przyjemna, dobrze płatna i pozwalająca połączyć zarobek i podróże.
Trewir - Porta Nigra
Ludzie często dokonują postanowień, zwłaszcza noworocznych, i sporządzają listę rzeczy do zrobienia. Ja, trochę na przekór, sporządzam listę miejsc do
Anna Siwek
Witam serdecznie. Zanim na dobre zacznę zadawać pytania, powiedz na początek coś o sobie. W telegraficznym skrócie mówiąc, można to
Brugia. Powodów, dla których warto się tam wybrać, jest wiele. W 2012 r. doszedł jeszcze jeden – Historium. To muzeum
Czarne, szare, beżowe, fioletowe, zielone, écru, białe, różowe … Szpilki, sandałki, czółenka, botki, kozaki, trampki, japonki… Buty! Od kiedy sięgam
Urlop i wakacje to zawsze wyczekiwany czas, kiedy można udać się na zasłużony odpoczynek. Ci, którzy mieszkają w Belgii i
Panie Ambasadorze, przede wszystkim dziękuję za znalezienie czasu na udzielenie tego wywiadu. Cieszę się, że mam okazję przybliżyć czytelnikom Pańską

Podróże i życie w Belgii – Polacy za granicą
by Iwona
Luksemburg

Panorama miasta stołecznego Luksemburg

Od zawsze byłam ciekawa świata i coś jakby gnało mnie do przodu. W zasadzie nie wiem, czy to bardziej epikurejska zasada cieszenia się życiem, czy bardziej obawa, że może potem już nie będę miała okazji. Tak czy siak lubię wyjeżdżać, lubię podróże, te krótsze i dłuższe, te jednodniowe, weekendowe i wakacyjne. Luksemburg – ten nieoczywisty kierunek był w moich planach od dość dawna. W poprzednich latach byłam już w Watykanie, Monako, Liechtensteinie, San Marino i na Malcie. Do kompletu wojaży po maleńkich europejskich państwach brakowało mi właśnie Luksemburga, który plasuje się na 168. pozycji pod względem zajmowanej powierzchni na świecie.

LuksemburgCo ciekawe, oficjalna nazwa kraju rządzonego przez Wielkiego Księcia Henryka brzmi Le Grand-Duché de Luxembourg, czyli Wielkie Księstwo Luksemburga. Wielkie w sensie geograficznym z całą pewnością nie jest. To państwo, dwanaście razy mniejsze od Polski, zamieszkuje zaledwie ok. 572 000 ludzi, z czego prawie połowę stanowią obcokrajowcy pracujący głównie w instytucjach UE. Ale metaforyczna wielkość Luksemburga bierze się z jego bogactwa. Luksemburg zajmuje 25. miejsce wśród najbogatszych krajów świata za sprawą bardzo wysoko rozwiniętego przemysłu (przede wszystkim hutnictwa żelaza) oraz bankowości. I kto by pomyślał, że to jeden z głównych ośrodków finansowych ziemskiego globu z siedzibą 166 banków, w tym Europejskiego Banku Inwestycyjnego Unii Europejskiej. Duma przyjaznych, choć nieco zdystansowanych Luksemburczyków, ma kilka źródeł: po pierwsze – to tutaj urodził się francuski polityk, Robert Schuman zwany jednym z ojców UE, po drugie – stolica o tej samej nazwie jest traktowana na równi z Brukselą i Strasburgiem, po trzecie – ze względu na najniższą stawkę podatku VAT wśród państw Unii Europejskiej i po czwarte – ze względu na zamożność kraju, co przekłada się na ceny nieruchomości przyprawiające o zawrót głowy.

Według szacunków statystycznych istniejące zaledwie od 1867 r. Wielkie Księstwo Luksemburga odwiedza rocznie ok. milion zagranicznych turystów. I choć wyjazd w to właśnie miejsce jest nieporównywalny z wyprawami Tony Halika czy Ryszarda Kapuścińskiego i tak może sprawić wiele radości.

Luksemburg – Place d’Armes i Place Guillaume II

Wybierający się do Luksemburga samochodem, nie będą mieli problemu ze znalezieniem parkingu, bo podziemnych miejsc parkingowych jest dużo, jakkolwiek są one drogie.  Ale nie ma co ryzykować mandatu, tym bardziej, że odległości w mieście naprawdę nie są duże. Ja i moi najbliżsi zdecydowaliśmy się na pobyt Hotelu Français, który zarezerwowaliśmy wcześniej.

Luksemburg - Place d'Armes

Luksemburg – Place d’Armes

Wybrany przez nas obiekt znajduje się na Place d’Armes 14 i jest świetnie położony (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu). Plac zawdzięcza swoją nazwę wojskowym paradom żołnierzy, którzy w przeszłości bronili miasta. W grudniu odbywa się tu bożonarodzeniowy jarmark, a w innych porach roku – pchli targ, na którym kolekcjonerzy mogą znaleźć interesujące cacka z przeszłości.

Poza tym znajduje się tu wiele kawiarenek i restauracji oraz niewielkich rozmiarów scena muzyczna, na której często zasiada orkiestra, dając koncerty i uprzyjemniając czas odpoczywającym.

Place Guillaume II - pomnik Wilhelma II

Place Guillaume II – pomnik Wilhelma II

Luksemburg

Luksemburg – neoklasycystyczny ratusz miejski

Place d’Armes dzieli zaledwie kilka kroków od kolejnego słynnego miejsca – Place Guillaume II, pośrodku którego stoi pomnik Wilhelma II (zwanego z francuska Guillaume) na koniu. Tego króla Holandii i Wielkiego Księcia Luksemburga w latach 1840 – 1849 Luksemburczycy darzą szczególnym szacunkiem, ponieważ wprowadził on pierwszą konstytucję parlamentarną, która była jedną z najbardziej liberalnych w Europie. Ale Place Guillaume II przyciąga ludzi również z innych powodów. Dwa razy w tygodniu zamienia się w największy targ oferujący nie tylko owoce i warzywa, ale również biżuterię. Latem z kolei odbywa się tu rockowy festiwal Rock um Knuedler, na który wstęp jest darmowy. Zimą to samo miejsce staje się w lodowiskiem. Plac ma swój nieodparty urok: zdobi go neoklasycystyczny ratusz miejski i rozciąga się z niego piękny widok na Pałac Wielkiego Księcia oraz na górujące wieże katedry Notre-Dame de Luxembourg.

Luksemburg – Pałac Wielkiego Księcia i Izba Deputowanych

Luksemburg - Pałac Wielkiego Księcia

Luksemburg – Pałac Wielkiego Księcia

Kolejne kroki warto skierować właśnie do Pałacu Wielkiego Księcia. To absolutne „must see”. Przed tym miniaturowym, pochodzącym z XVI w. pałacem trzymana jest od 1966 r. straż honorowa. Wielokrotnie przebudowywany i wyróżniający się mauretańską architekturą budynek jest oficjalną rezydencją księcia, który na co dzień wraz z rodziną mieszka w pobliskim zamku Berg. Po zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć warto usiąść w jednej z kafejek, by zadowolić podniebienie, by dać nieco odpocząć nogom oraz by ze spokojem popatrzeć zarówno na Pałac Wielkiego Księcia, jak i graniczącą z nim Izbę Deputowanych (Chambre des Députés), która jest oficjalną siedzibą parlamentu luksemburskiego.

Luksemburg - Izba Deputowanych (Chambre des Députés)

Luksemburg – Izba Deputowanych (Chambre des Députés) z prawej strony

Charlotte i Meluzyna, czyli dwie damy Luksemburga

Luksemburg - widok na wieże katedry Notre-Dame

Luksemburg – widok na wieże katedry Notre-Dame

Luksemburg jest malutki, więc wszędzie jest naprawdę blisko. W czasie spaceru nie można pominąć  katedry Notre-Dame i pomnika Wielkiej Księżnej Charlotty. W czasie II wojny św. opowiedziała się ona po stronie aliantów i choć wraz z rodziną wyjechała do Londynu w 1940 r., popierała luksemburski ruch oporu. Wróciła do ojczyzny w 1944 r. i sprawowała władzę przez kolejne 20 lat.

Luksemburg - pomnik Charlotty

Luksemburg – pomnik Charlotty

W obrębie Starego Miasta znajduje się również Muzeum Historii Miasta Luksemburga (Le Musée d’Histoire de la Ville de Luxembourg). Budynek stanowi ciekawe połączenie zabytkowych murów z nowoczesną architekturą, w której dominuje szkło i metal. Czy muzeum spełniło nasze oczekiwania? Rzekłabym – średnio. Ekspozycja ukazuje historię i rozwój miasta na przestrzeni ponad 1000 lat, ale sposób prezentacji nie zapiera szczególnie dechu w piersiach. Tym, co najbardziej podobało się naszemu synowi, było filmowe przedstawienie hrabiego Zygfryda, postaci niezwykle ważnej w państwowości Luksemburga. To on w 963 r. kupił od opactwa benedyktyńskiego w Trewirze niewielki zamek, zalążek późniejszego miasta położonego na wzgórzach i połączonego imponującymi mostami. Miejsce było idealne, ponieważ urwisko wznoszące się nad rzeką Alzette było dostępne jedynie od zachodu, co pozwoliło stworzyć trudno dostępny gród otoczony murami obronnymi.

Filmowa wersja legendy o Meluzynie przywodzi na myśl opowieść o warszawskiej syrence. Meluzyna również była syreną, o czym Zygfryd nie wiedział. Zgodziła się go poślubić pod warunkiem, że ukochany pozwoli jej znikać raz w miesiącu na cały dzień i nie będzie zadawał związanych z tym pytań. Jak to zwykle bywa, po pewnym czasie ciekawość wzięła górę i Zygfryd podejrzał ukochaną przez dziurkę od klucza. W ten sposób odkrył, że Meluzyna jest syreną. Zrozpaczona piękność skoczyła z okna do rzeki i nigdy więcej nie wróciła do zamku.

Most Adolfa, dolina Pétrusse i Dzielnica Europejska

Luksemburg pięknie prezentuje się z mostu Adolfa, który łączy oba brzegi doliny Pétrusse. Widok jest rzeczywiście niezapomniany szczególnie w słoneczne dni z wysokiego na kilkadziesiąt metrów mostu kształtem przypominającego antyczny akwedukt. Na drugim brzegu rzeki znajdują się m.in.  Muzeum Banku i Bank Państwowy. Ci, którzy będą szli dalej prosto, dotrą do neobarokowego dworca kolejowego z 1907 r. ozdobionego przy wejściu palmami. Warto tam zajrzeć choćby na chwilę, aby obejrzeć malowidła na sklepieniach.

Luksemburg - dolina Pétrusse

Luksemburg – dolina Pétrusse

Luksemburg zabytki

Luksemburg – Dzielnica Europejska

Ale podróż do Luksemburga nie może się obyć bez spaceru po dolinie Pétrusse! Warto zejść w dół, do pięknego parku, w którym zazwyczaj młodzież wykonuje deskorolkowe akrobacje. W razie zmęczenia lub niepogody można  skorzystać z autobusu dla turystów typu „Hop on – hop off”, który zawiezie do Dzielnicy Europejskiej znajdującej się na wzgórzu Kirchberg. Tam, w imponujących, nowoczesnych i przeszklonych budynkach, mieszczą się liczne instytucje, jak chociażby Europejski Trybunał Sprawiedliwości, Europejski Bank Inwestycyjny, Europejski Trybunał Biegłych Rewidentów i Księgowych, Centrum Tłumaczeń Unii Europejskiej czy Sekretariat Parlamentu Europejskiego. Uwagę przykuwa także Filharmonia Luksemburska zbudowana według projektu Christiana de Portzamparc. Modernistyczna architektura zachęca do tego, aby dokładnie przepatrzeć repertuar i zawitać w progi tego budynku.

Mały Luksemburg przypadł mi do gustu. Wprawdzie nie może się on równać z miniaturą, jaką jest Watykan rozciągający się zaledwie na 0,44 m², ale i tak ma wiele do zaoferowania. Oprócz opisanych miejsc warto również uwzględnić kazamaty, MUDAM – Muzeum Sztuki Nowoczesnej i dzielnicę Grund.

luxembourg-2647943_1920 luxembourg-2656040_1920 luxembourg-1164657_1920 luxembourg-1164664_1920 luxembourg-77403_1920 DSCN1855 palace-2630659_1920 balcony-2620818_1280 DSCN1865 DSCN1866 luxembourg-1164654_1920 DSCN1859 eu-court-of-justice-213379_1920 DSCN1854 DSCN1849 DSCN1852 DSCN1850 DSCN1851
<
>

 

**

Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

karnawał belgia

Karnawał w Halle – parada; © www.polacyzagranica.eu

Halle to 38-tysięczne belgijskie miasteczko leżące we Flandrii, zaledwie 12 km od Brukseli. Na pytanie, co decyduje o niezwykłości tego miejsca, odpowiedź jest prosta: średniowiecza zabudowa i oczywiście karnawał w Halle!

Gdy mówimy o karnawale, od razu przychodzi nam na myśl niezwykła zabawa w Rio de Janeiro, w Wenecji czy w Santa Cruz na Teneryfie. Ale w Halle? Kto w ogóle o tym słyszał? Mieszkańcy Belgii oczywiście tak, ale turyści raczej nie zdają sobie sprawy, że nieodłączną częścią belgijskiej kultury jest uliczny, 3-dniowy karnawał. A szkoda, ponieważ organizowane zabawy cechuje wielki rozmach.

karnawał w belgii

Karnawał w Halle – Książęca Para; © www.polacyzagranica.eu

Zgodnie z tradycją, pod koniec stycznia odbywają się wybory nowej Pary Książęcej (kliknij w zamieszczone zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu), która symbolicznie przewodzi całemu karnawałowi. Jest to wielki zaszczyt i wiele osób kandyduje na to niezwykłe stanowisko.

Ale również mnóstwo innych osób przygotowuje się do tego wydarzenia cały rok. Sympatycy są zrzeszeni w ponad 50-ciu różnych grupach. Są wśród nich zespoły taneczne, których członkowie regularnie ćwiczą układy choreograficzne i udoskonalają wielobarwne kostiumy. Są również koła przyjaciół, w których pasjonaci budują niezwykłe pojazdy prezentowane w czasie parady.

Karnawałową atmosferę czuje się już od stycznia. Liczne sklepy oferują nie tylko dzieciom, ale i dorosłym rozmaite przebrania często mieniące się złotem i ozdobione piórami. Wprawdzie nie mogą się one równać z pięknem weneckich kostiumów czy tych z Rio de Janeiro, ale i tak gwarantują świetną zabawę.

cof Halle 2017 a dig cof sdr cof sdr cof Picture1a cof dig cof dig Halle 1c 2017 Halle 1b 2017 cof cof sdr cof Halle 2017 Halle 3 2017 cof
<
>

Karnawał, czyli dosłownie „pożegnanie mięsa”, oznacza niezwykły czas zabaw poprzedzający post. Karnawałowych początków upatruje się w czasach antycznych, kiedy to w starożytnej Grecji hucznie obchodzono Dionizje ku czci Dionizosa – boga wina, a w starożytnym Rzymie świętowano Bachanalia. Już wtedy tańczono i biesiadowano. Podobnie było w średniowieczu. Ci, którzy przeżyli zimę i liczne wtedy epidemie dziesiątkujące ludzi, mieli tym więcej powodów do radości.

karnawał

Karnawał w Halle – parada; © www.polacyzagranica.eu

Karnawałowy zwyczaj w postaci hucznych zabaw na ulicach miast przetrwał w Belgii do dziś, a niezwykła atmosfera udziela się również dzieciom, dla których tydzień wcześniej organizowany jest zazwyczaj osobny bal. Tak więc wszyscy fascynaci tanecznych szaleństw powinni już dziś zaplanować udział w takiej maskaradzie w jednym z belgijskich miast – może w Halle, może w Binche, Stavelot czy Alst. Mnie belgijski karnawał zachwycił bez reszty, tym bardziej, że w Polsce nie ma zwyczaju 3-dniowego świętowania na ulicach i zabawy do białego rana. Z niecierpliwością odliczam już dni, by na karnawale w Halle pojawić się w nowym stroju w stylu Marii Antoniny z nieodzowną peruką oczywiście. A jeśli i Wy się wybierzecie, napiszcie do mnie, jak Wam się podobało.

 

**

Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

 

francuski blog O tym, że znajomość języków obcych jest bardzo ważna, bo ułatwia życie i otwiera wiele przysłowiowych drzwi, nie trzeba nikogo przekonywać. Język francuski, ukształtowany na bazie łaciny, był od XVIII w. językiem międzynarodowym, używanym w dyplomacji i kulturze. Był też językiem arystokracji i symbolem wysokiego statusu. Dlatego właśnie wiele słów zostało zaczerpniętych z języka Moliera i przeniesionych na polski grunt.

I właśnie to zaadaptowanie wyrazów powoduje czasem wiele śmiesznych sytuacji i nieporozumień, bo nierzadko francuskie słowa zmieniły nie tylko swój oryginalny zapis, ale i znaczenie. Nie wierzycie? A więc posłuchajcie…

Parasol i banderola

Gdy wiele lat temu mój jeszcze wtedy nie mąż przyjechał do Polski latem, praca język francuskibyła akurat brzydka pogoda i padało. Mimo niesprzyjającej aury postanowiliśmy wyjść z domu. Nieodzowny był wtedy parasol, o czym akurat rozmawialiśmy z moim bratem. Mój belgijski partner, rozumiejący co nieco po polsku, zdziwił się mocno i wdał w dyskusję:

Ale po co parasol, skoro pada? Żartujecie sobie ze mnie, myśląc, że kompletnie nic nie rozumiem!

Jako że wtedy prawie nie mówiłam po francusku, też się zdumiałam. Od słowa do słowa i okazało się, że „parasol” po francusku służy do ochrony przed… słońcem, tak jak to widać chociażby na obrazie Clauda Monet „Kobieta z parasolką”. W przeszłości arystokratki chroniły swoją skórę przed słońcem, bo opalone były tylko pracujące fizycznie chłopki. Gdy pada, Belgowie i Francuzi używają „un parapluie”, co – trzeba przyznać – jest logiczne, bo jest to nic innego niż „deszczochron”.

Innym znów razem mój partner zafascynowany polskimi bazarami, na których można kupić przysłowiowe mydło i powidło, postanowił wybrać się tam sam, udowadniając sobie i mnie, że i bez znajomości polskiego sobie poradzi. Wychodząc zapytał, czy coś mi kupić. Nie było go chyba ze dwie godziny. Wrócił uśmiechnięty, niosąc wagon papierosów i drewniane łopatki do patelni teflonowej. Zapytałam, czy te papierosy są na pewno z legalnego źródła i czy mają banderolę. No i zaczęła się rozmowa niczym dialog głuchego i ślepego. Wyglądało na to, że jedno z nas mówi o niebie, a drugie o chlebie. Tracąc powoli cierpliwość, powiedziałam: „Pokaż mi te papierosy!” Rozerwałam opakowanie i wyjęłam pierwszą paczkę. Wskazując palcem na papierową opaskę świadczącą o tym, że towar jest oryginalny, rzekłam: „To jest banderola.” Mój partner dostał ataku śmiechu i w końcu z siebie wydusił, że „une banderole” to po francusku transparent, taki, jaki noszą manifestanci, bądź duża, prostokątna reklama prezentująca logo firmy i hasło reklamowe.

Szezlong i karawan

francuski językZazwyczaj śmieszne sytuacje językowe zdarzają nam się w czasie wakacji, w czasie spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Nie inaczej było trzy lata temu. Zostaliśmy zaproszeni na kilka dni do mojego brata i bratowej. Byłam podekscytowana podróżą do Polski i ciekawa, jak wyszedł częściowy remont domu brata. Po tym, jak ich dorosłe już dzieci wyprowadziły się z rodzinnego gniazda, zdecydowali się na odnowienie dwóch pokojów. Wreszcie szczęśliwie dotarliśmy na miejsce. Po zaspokojeniu pierwszego głodu i odsapnięciu po trudach podróży, postanowiliśmy obejrzeć efekty remontu. Pierwsze pomieszczenie zostało zamienione w sypialnię dla gości. Wnętrze było jasne i przytulne. Ale to drugi wyremontowany pokój podbił moje serce. Bratowa urządziła go z myślą o sobie, w stylu dawnego buduaru. Stało w nim m.in. małe, wzorowane na styl rokoko biurko i śliczny szezlong. I to właśnie dyskusja na jego temat sprowokowała zabawną sytuację. Z uznaniem rzekłam, że ten szezlong naprawdę mi się podoba. Wszak zgodnie z definicją zamieszczoną w „Słowniku języka polskiego” jest to rodzaj kanapy w kształcie wydłużonego fotela umożliwiający odpoczynek w pozycji półleżącej. Tymczasem mój mąż żywo zaprotestował, mówiąc, że używamy niewłaściwych słów. Szezlong (une chaise longue) dla niego to leżak ogrodowy, a mebel, którym się zachwycałam, to „une récamier”. Postanowiłam to natychmiast sprawdzić w Internecie i okazało się, że faktycznie francuski szezlong został zaadaptowany do polskich warunków z innym niż oryginalne znaczeniem.

Kilka dni później pojechaliśmy do mojego kuzyna, który akurat kupił sobie nową przyczepę kempingową i zaproponował, żebyśmy się wspólnie wybrali na weekend nad pobliskie jezioro, wszak przyczepa jest wyposażona w miejsca do spania, łazienkę oraz kuchenkę. Wtedy do dyskusji włączył się mój mąż, który powiedział:

Nie wiedziałem, że uwielbiany przez Holendrów karawan jest również popularny w Polsce.

Karawan??? – zawołaliśmy prawie jednocześnie z moim kuzynem, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia.

Karawan to pojazd używany do przewożenia trumny ze zwłokami – wyjaśniłam nieco wyniośle.

Wierzę, że takie jest polskie znaczenie tego słowa, ale „une caravane” to po francusku właśnie przyczepa kempingowa.

Po chwili wszyscy wybuchliśmy gromkim śmiechem, bo niepozorna konwersacja wywołała zabawne nieporozumienie.

Suterena i szalet

            W ubiegłym roku, w okresie poprzedzającym Boże Narodzenie, zostaliśmy zaproszeni do naszych znajomych mieszkających w Amsterdamie. Wiadomo, chcieli nam pokazać jak najwięcej i to nie tylko miejsc typowo turystycznych. Drugiego dnia wieczorem wybraliśmy się do jednej z licznych restauracji nad kanałem. Zaparkowaliśmy samochód (o zgrozo, płacąc za parking  nawet o 20:00!) i udaliśmy się spacerem w stronę zarezerwowanego lokalu. Najpierw dyskusja dotyczyła ludzi mieszkających na barkach (wiadomo, ziemia w Holandii jest bardzo droga), mających na pokładzie mini-tarasy z … mini-choinkami bożonarodzeniowymi. Potem konwersacja zeszła na zwyczaj niezasłaniania okien, bo właśnie w kolejnej mijanej kamienicy zobaczyliśmy mieszkanie w suterenie, w którym biegały dzieci w piżamach, podczas gdy matka próbowała je zagonić do łóżka. Naszą rozmowę na temat historycznej już kwestii, że Holendrzy nie mają nic do ukrycia, przerwał mój mąż:

A dlaczego mówicie, że oni mieszkają w suterenie? Przecież „un souterrain” to częściowo sztuczne podziemie wykopane i zbudowane przez człowieka w piwnicy lub grocie, tworzące podziemny tunel bądź schronienie w razie niebezpieczeństwa.

Tym razem to my otworzyliśmy oczy ze zdziwienia, bo zgodnie z polską definicją „suterena” to część budynku znajdująca się pod parterem, częściowo poniżej poziomu ziemi, z małymi oknami umieszczonymi na wysokości chodnika. Tego typu pomieszczenia są zazwyczaj wykorzystywane na warsztaty lub tanie mieszkania.

francuski język urzędowyArchitektoniczne dywagacje przypomniały nam natychmiast inną zabawną sytuację sprzed wielu lat. Zwiedzaliśmy wtedy centrum jakiegoś polskiego miasta (szczerze powiem, że nie pamiętam którego), gdy mój belgijski partner powiedział, że musimy przerwać na chwilę i znaleźć toaletę. Powiedziałam, iż mamy szczęście, bo szalet znajduje się właśnie przed nami. Zobaczyłam zdziwienie malujące się na twarzy mojego towarzysza i zapytanie, o czym ja mówię. Lekko poirytowana rzekłam, że skoro ma pilną potrzebę fizjologiczną, to niech nie pyta, tylko niech korzysta z przybytku. Gdy wrócił, zapytał, dlaczego powiedziałam, że to szalet. Wyjaśniłam, iż szalet po polsku to nic innego jak publiczna, miejska ubikacja, za korzystanie z której była pobierana niewielka opłata.  A tymczasem po francusku „un chalet” to nic innego jak … góralska chata.

Wymienione tu słowa stanowią tylko kilka przykładów tzw. „les faux amis”, czyli wyrazów występujących w dwóch językach, ale mających zupełnie inne znaczenie. I właśnie te różnice znaczeń powodują często nieporozumienia. Jeśli zdarzą się one na gruncie prywatnym, to jeszcze pół biedy. Znacznie gorzej, gdy przytrafią się na gruncie zawodowym. A więc bądźcie ostrożni!

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „felietony”.

Prowansalski styl wnętrz, który charakteryzują białe ściany i postarzane meble w jasnych, pastelowych barwach, najczęściej białe, écru, szare z metalowymi okuciami i uchwytami, zauroczył mnie już dawno. I tak właśnie urządziłam również korytarz, w którym brakowało mi tylko pięknej, drewnianej, białej szafy z przetarciami… Znalezienie takowego mebla nie było rzeczą niemożliwą, ale za każdym razem porażała mnie cena. Zdecydowałam się więc na wprowadzenie w życie powiedzenia: „Polak (a właściwie Polka) potrafi” i zaczęłam regularnie sprawdzać strony internetowe. Po około dwóch miesiącach regularnego śledzenia aukcji, znalazłam to, o co mi chodziło. Sprzedający mieszkał niedaleko, co też było ważne. O pomoc w przewiezieniu dość wysokiego mebla poprosiłam znajomego, który ma mini-vana. Ale gdy zobaczyłam ową szafę w realu, trochę zrzedła mi mina, bo oczywiście wyglądała dużo gorzej niż na zdjęciu. Ponieważ jednak jej kształt i żłobienia bardzo mi się podobały, postanowiłam ją jednak kupić. 100 € to nie znów bajoński wydatek.

Gdy wróciłam do domu i szafa została wniesiona do przedpokoju, mój syn i mąż pokładali się ze śmiechu, zastanawiając się, jak to możliwe, że w ogóle ją kupiłam. Nie docierało do nich, że oczami wyobraźni widziałam już piękny mebel w stylu prowansalskim ze złotymi przetarciami.

Bogiem a prawdą nigdy nie zajmowałam się odnawianiem mebli, ale od czego jest nasz przyjaciel Google?! Wkrótce udałam się do sklepu po stosowne narzędzia i preparaty. A na liście zakupów znalazły się m.in. metalowa szczotka do zrywania farby z pięknych niegdyś metalowych okuć, różnej grubości papier ścierny, pędzle, pędzelki, metalowe wiórki, masa szpachlowa do ubytków w drewnie i Bóg wie co jeszcze. Objuczona jak osioł, z ciężką siatką, ale już znacznie lżejszym portfelem, wzięłam się dziarsko do pracy. O ile odczyszczenie zawiasów poszło stosunkowo szybko i łatwo, o tyle zdarcie okropnej różowo – błękitnej farby ze żłobień było już nie lada wyzwaniem. Nie chcąc uszkodzić drewna, zaprzestałam pracy i znów zaczęłam przeczesywać Internet w poszukiwaniu stosownych informacji. Uff, odkryłam! Trzeba było kupić preparat do złuszczania starej farby, zwany w Belgii „Super-décapant”.

Następnego dnia po pracy znów pojawiłam się w sklepie, dokupując jeszcze kilka produktów. Po powrocie do domu, szybko zrobiłam obiad i zajęłam się renowacją. Humor jednak szybko mi się popsuł: super-décapant wprawdzie działał, ale nie tak jak się spodziewałam. Po usunięciu starej powłoki, pozostawały nierówności … Zrozumiałam, że nie dam rady odczyścić do surowego drewna całej szafy ze względu na jej powierzchnię i postanowiłam wymyśleć alternatywne rozwiązanie. Zaczęłam od uzupełnienia szczelin i szpar oraz zmatowienia i odpylenia powierzchni, po czym przeprowadziłam próbne malowanie we wnętrzu szafy. Poszło nadzwyczaj łatwo. Odczekałam kolejne dwa dni i postanowiłam zaszaleć z grubym pędzlem. Nabrałam na pędzel pięknej farby zwanej starym złotym i zaczęłam pokrywać nierówno powierzchnię. Udało się!  Znów należało poczekać, by nałożyć białą farbę. Najbardziej byłam jednak podekscytowana przecieraniem metalowymi wiórkami, żeby gnieniegdzie spod spodu przebijały delikatne złocenia. Ale brak doświadczenia szybko wyszedł na jaw, gdyż nie przewidziałam, że trzeba niezwykle ostrożnie używać tych wiórek. Po kilku mocnych ruchach zdarłam farbę do gołego drewna i znów efekt był daleki od oczekiwanego.

Kolejne dni spędziłam na powtórce tego, co robiłam już wcześniej: malowanie na biało, czekanie aż wyschnie, mazanie złoceń, znów malowanie na biało, znowu czekanie. I tak chyba ze cztery razy. Metalowe wiórki wyrzuciłam i zastąpiłam je delikatną stalową watą, która sprawdziła się bez zastrzeżeń.

Szafa zaczynała powoli wyglądać tak, jak sobie wymarzyłam. Wprawdzie sprzedawca ze sklepu, w którym byłam stałym bywalcem, śmiał się, pytając, czy remontuję sama cały dom, ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Mój syn i mąż już przestali naigrawać się z mebla, który proponowali na początku wywieźć na śmietnik.

Gdy wreszcie zobaczyłam efekt mojej miesięcznej pracy w świetle dziennym, od razu zapomniałam o trudnościach, o zmęczeniu, o wydanych pieniądzach, o bolących plecach i całym bałaganie. Bezapelacyjnie połknęłam bakcyla do przecieranych mebli. I niebawem wzięłam się za ramę lutra. Ale tu było łatwo, bo czyste, surowe drewno nie wymaga tyle trudu, aby uzyskać zamierzony efekt. Wyszło ślicznie! A teraz czekam na cieplejsze dni, żeby tym samym stylem wykończyć nogi przedpokojowego siedziska.

 

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii “felietony“.

Adam Związek w studiu Mavooi

Adam Związek w studiu produkcyjnym MAVOOI

Witam serdecznie. Cieszę się, że udało nam się znowu spotkać. Co się zmieniło od kwietnia 2014 r., kiedy ostatni raz przeprowadzałam z Tobą wywiad?

Sporo. Jak pamiętasz, pracowałem jako rzeźbiarz – dekorator w ogrodzie zoologicznym „Monde Sauvage” niedaleko Liège. Ale mówiłem Ci też, że moim prawdziwym hobby jest produkcja muzyki i inżynieria dźwięku i planowałem zastąpić tym moją pracę.  Nadal pracuję we wspomnianym ZOO, choć w mniejszym wymiarze godzin, ponieważ chcę mieć więcej czasu na pracę w studiu. Powoli spełnia się moje największe marzenie.

Skąd takie – było nie było – nietypowe hobby?

Mam bardzo dobry słuch muzyczny. Już jako 6- czy 7-letnie dziecko grałem na organkach, potem na keyboardach, a w końcu na syntezatorach. Rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej, ale porzuciłem ją po kilku miesiącach, ponieważ nużyła mnie nauka nut. Jestem z natury niecierpliwy i chcę szybko widzieć efekty, a że każdą zasłyszaną melodię mogę bez problemu zagrać, stwierdziłem wtedy, iż nie muszę czytać nut. Zamiast ćwiczyć gamy i uczyć się palcowania, chciałem grać piosenki z radia.

Kiedy narodził się pomysł stworzenia własnego studia nagrań?

To był 2002 – 2003 r. Miałem ze sobą przywieziony z Polski syntezator/stację roboczą, na której komponowałem swoje piosenki, ale dzięki Internetowi odkryłem i zainteresowałem się profesjonalnymi programami do produkcji muzyki. Od tej pory każdą wolną chwilę poświęcałem na naukę i poznawanie tajników produkcji muzycznej. To było to, co chciałem robić od zawsze.

Jak szukałeś współpracowników?

W 2004 r. dałem ogłoszenie do prasy belgijskiej w rubryce muzycy/studia nagrań. Skontaktowali się ze mną twórcy belgijskiego musicalu. Na początku miałem im jedynie poprawić kilka detali w muzyce stworzonej przez kogoś innego, ale zachwycili się tym, co zrobiłem i zaproponowali mi stworzenie muzyki do całego musicalu oraz stanowisko dyrektora artystycznego. Początkowo wszystko szło w bardzo dobrym kierunku, jednak po kilku miesiącach przerwaliśmy pracę z powodu kłótni między inwestorem i kilkoma artystami. To było moje pierwsze rozczarowanie, taki przysłowiowy kubeł zimnej wody wylany na głowę.

Ale nie poddałeś się i wciąż chciałeś realizować swoje marzenie…

Studio produkcyjne MAVOOI STUDIO

Studio produkcyjne MAVOOI STUDIO

Tak, cały czas się dokształcałem, stopniowo poznawałem coraz więcej ludzi z branży, nawiązałem kontakty z różnymi artystami. Początkowo ze średnim skutkiem. Inwestowałem w sprzęt tak, aby móc uzyskać światową jakość. Zorganizowanie studia, takiego, jakie w tej chwili widzisz, zajęło mi około 15 lat. Właściwie cały czas dokupuję sprzęty. To szaleństwo nie ma końca. W chwili obecnej mam kolekcję ponad 50 syntezatorów, maszyn perkusyjnych oraz mnóstwo profesjonalnych urządzeń i procesorów do obróbki dźwięku.

Czy te inwestycje przyniosły Ci już jakieś wymierne korzyści?

Tak, w ciągu kilku ostatnich lat sprawy nabrały tempa. W tej chwili produkuję m.in. dla kilku polskich artystów, którzy podpisali kontrakty z największymi wytwórniami (Sony, Warner i Universal), oraz współpracuję z czołowymi producentami muzyki POP. Poza tym pracuję dla artystów z całego świata.

A dokładniej? Może jakieś nazwiska?

Kilka lat po musicalu nawiązałem współpracę z kilkoma artystami z Belgii. Stworzyliśmy tzw. team. Ja produkowałem i wymyślałem dema. Peter Bellaert (znany belgijski producent) wykańczał je w swoim studiu, a teksty i główne melodie pisał nam Stefaan Fernande, który pracuje z artystami z całego świata i jest autorem wielu hitów np. do Eurowizji. W 2014 r. zacząłem współpracę czeskim producentem Stano Simor, który był odpowiedzialny za powrót na scenę muzyczną Heleny Vondráčkovej, Karela Gotta i wyprodukował pierwszych kilka singli Ewy Farnej. Zacząłem od Remixu dla artystki (MISTA), którą się zajmował. A w 2015 r. wyprodukowałem dla niej mój pierwszy singiel „Catwalk Fever”, który był numerem 1 w kilku czeskich i słowackich stacjach radiowych, a na niemieckiej liście TOP 100 dotarł  do 13. miejsca. Rok później wyprodukowałem kolejny singiel „Take Me Home” oraz mini-album tej samej artystki.

Który rok uznajesz za przełomowy?

2016 i 2017. Z poznanym kilkanaście lat temu przyjacielem mieszkajacym w Polsce, Maćkiem Pichlakiem otworzyliśmy wytwórnię „Metascope Records”. Maciek ma ogromne doświadczenie w marketingu i kontaktach z markami oraz sporą wiedzę muzyczną, a ja mam dostęp do profesjonalnego studia produkcyjnego i wiedzę z zakresu kompozycji, produkcji i miksu. Idealnie się uzupełniamy.

A co przyniósł miniony już 2017 rok?

Udało nam się nawiązać współpracę z największymi wytwórniami. Cztery utwory czekają już na premierę radiową, a kolejne są w trakcie produkcji. Tak jak wspominałem wcześniej, pracuję również z czołowym polskim producentem, a jeden z moich utworów został wybrany dla bardzo znanej artystki. Niestety, obowiązuje mnie tajemnica zawodowa i będę mógł ujawnić więcej szczegółów dopiero po oficjalnej premierze. W grudniu ukazał się też na YT utwór „Coś z Niczego” wyprodukowany dla znanych z kanału TVN TURBO Braci Collins. Śpiewają w nim czołowi artyści sceny RAP w Polsce jak np. KaeN i Drużyna Mistrzów. W 2017 r. zacząłem też prowadzić kanał na Youtube. Jestem aktywny na FB i Instagramie. Udzieliłem również wywiadów dla międzynarodowych pism branżowych takich jak „Music Tech” i „Inside Audio”.

Jakie usługi oferujecie?

Jesteśmy w trakcie kompletowania tzw. dream teamu zajmującego się produkcją od A do Z na najwyższym światowym poziomie. Mamy sieć kontaktów, autorów tekstów, wokalistów. Potrafimy stworzyć utwór na miarę pod wybranego artystę w jakości niczym nieodbiegającej od tej z radiowych list przebojów. Mastering (końcowy etap produkcji) często powierzamy najlepszym, nominowanym do nagrody Grammy amerykańskim fachowcom, którzy sa odpowiedzialni za końcowe brzmienie utworów wielu gwiazd światowego formatu.

Na czym polega specyfika tworzenia muzyki pop?

POP sprawia twórcom niemało kłopotów, o czym słuchacze często nie wiedzą. Wbrew pozorom to bardzo trudny gatunek. Dobra piosenka POP to opowieść od początku do końca. Trzeba umieć zbudować odpowiedni nastrój i zachęcić słuchacza do podróży. Poza tym kryje się za tym wiele technicznych detali. Trzeba znać jej budowę, czas, w jakim powinien pojawić się każdy element. Trzeba znać wymogi, jakie mają stacje radiowe i obserwować wszystko, co dzieje się na rynku muzycznym. Trzeba tym żyć.

Ile czasu zajmuje stworzenie materiału demo?

Demo można stworzyć w kilkanaście godzin jednak dobry materiał muzyczny gotowy do publikacji to efekt 100 – 150 godzin pracy. Przy tworzeniu muzyki niezbędne są częste przerwy i powrót do stworzonego materiału po kilku dniach, tak aby mieć świeże spojrzenie.

Ile czasu spędzasz w studiu?

Dużo, a jednocześnie za mało. Kilkadziesiąt godzin tygodniowo, głównie po pracy i w weekendy. Niejednokrotnie zdarzyło mi się obudzić o trzeciej nad ranem, wymknąć do studia, a o 8 pojechać do pracy. Zanim reszta domowników wstała, ja miałem już za sobą kilka godzin w studiu, które zawsze dają mi energię na cały dzień. Jeśli chce się być w czymś dobrym, to nie ma innej drogi niż zdobywanie doświadczenia i ciężka praca.

W Twoim studiu widzę mnóstwo sprzętu. Jakie efekty dźwiękowe możesz dzięki temu uzyskać?

Adam Związek i autorka tekstu

Adam Związek i autorka tekstu

Właściwie nie mam w tym zakresie ograniczeń. Mogę uzyskać dźwięk każdego instrumentu, od gitary akustycznej, przez trąbkę, fortepian, perkusję, organy i co sobie jeszcze kto wymarzy. Bywa, że korzystam z usług muzyków sesyjnych, ale to rzadkie przypadki. Dzięki mojej kolekcji syntezatorów i instrumentów wirtualnych jestem w stanie zaaranżować utwór tak, aby jakością i brzmieniem nie odbiegał od dowolnego przykładu, jaki pokaże mi artysta jako wzór.

Co jest Twoim marzeniem?

Całkowite zastąpienie mojego dotychczasowego zajęcia pracą w studiu. I wszystko idzie w tym kierunku. Przydałby się jakiś światowy hit, ale póki co wystarczyłby mi numer 1 w Polsce. Kto wie, może niedługo będę mógł się takim pochwalić …

W takim razie trzymam kciuki i niech to życzenie zrealizuje się w nowym, dopiero co rozpoczętym 2018 roku.

Dziękuję. Wszak do odważnych świat należy!

 

Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „wywiady”.

Dr Edith Gisbert-Madziar

Dr Edith Gisbert-Madziar

Witam serdecznie i dziękuję, że zgodziła się Pani na udzielenie wywiadu, który z pewnością zainteresuje Czytelniczki. Na początek proszę uchylić rąbka tajemnicy, jak to się stało, że tak świetnie mówi Pani po polsku?

Ukończyłam studia medyczne i specjalizację z anestezjologii w Hawanie, ale mój mąż jest Polakiem. Poznaliśmy się w St. Malo we Francji, gdy odbywałam roczny staż. Potem przeprowadziliśmy się do Polski, gdzie przez jedenaście lat pracowałam jako anestezjolog w Szpitalu Specjalistycznym św. Zofii w Warszawie. Tak więc musiałam się nauczyć języka polskiego. Potem mój mąż rozpoczął pracę w dyplomacji i przeprowadziliśmy się do Belgii, gdzie mieszkamy od 2005 r.

Jak rozumiem, tutaj nie pracuje Pani jako anestezjolog. Dlaczego?

Praca lekarza anestezjologa jest bardzo stresująca i po dwudziestu latach pod ciągłą presją postanowiłam zrealizować jedno z moich wcześniejszych marzeń. W ciągu roku ukończyłam specjalizację z zakresu medycyny estetycznej w Collège International de Médecine Esthétique w Paryżu i otworzyłam własny gabinet. Zresztą, proszę tylko spojrzeć na wszystkie moje dyplomy, które zdobią ściany tego pomieszczenia.

Wiem, że kobiet nie pyta się o wiek, ale patrząc na Panią, to pytanie ciśnie mi się na usta samoistnie.

Dr Edith Gisbert-Madziar

Dr Edith Gisbert-Madziar

Mam 57 lat, a wygląd skóry mojej twarzy zawdzięczam mezoterapii. Jest to zabieg polegający na właściwym odżywianiu skóry za pomocą profesjonalnych produktów posiadających certyfikat europejski (cztery cyfry i oznaczenie CE), takich jak Filorga, SkinTech i Longiderm. Tego typu terapię można zacząć stosować już w wieku 25 lat, aby zapobiegać powstawaniu zmarszczek. Po pięciu zabiegach stosowanych według stosownego protokołu, widać zadawalające efekty. Ale to jak wyglądam, zawdzięczam też zabezpieczaniu wrażliwej skóry twarzy przed słońcem. Właściwie nie wychodzę z domu bez nałożenia filtra 50, gdy świeci słońce. Nie każdy chce o tym pamiętać, zwłaszcza zwolennicy opalenizny…

Kim są Pani klienci?

Mój gabinet odwiedzają Belgowie, Hiszpanie i Polacy oczywiście, ponieważ mówię w ich języku. Dominującą grupą są kobiety w przedziale wiekowym 40 – 60 lat, ale są też mężczyźni i młodzież borykająca się z problemem trądziku. Minęły już te czasy, kiedy zabiegami medycyny estetycznej były bardziej zainteresowane gwiazdy filmu czy artyści. Teraz – gdy zgodnie ze statystykami – ludzie żyją dłużej, chcieliby zachować nie tylko piękno charakteru, ale i piękne ciało, a medycyna estetyczna im to po prostu umożliwia.

Jak wygląda pierwsza wizyta?

Zawsze podkreślam, że to ja jestem lekarzem i jako lekarz decyduję, co dla pacjenta najlepsze. Pierwsza konsultacja jest bezpłatna. W jej trakcie przeprowadzam medyczny wywiad z pacjentem, sprawdzam, czy są jakieś przeciwskazania do zabiegu i ustalam, jakiej terapii potrzebuje jego skóra.

Jakie są przeciwskazania do stosowania botoksu i kwasu hialuronowego?

Przede wszystkim są to choroby autoimmunologiczne i choroby skóry, myasthenia gravis, syndrom Lamberta-Eatona (problem z przesyłem neuro-mięśniowym), ciąża i karmienie, rak, wiek poniżej 18 lat czy ujawniona wcześniej nadwrażliwość na którykolwiek ze składników preparatu.

Jakie zabiegi można wykonać u Pani w gabinecie?

Wykonuję peelingi, mezoterapię (twarzy, dekoltu, szyi, rąk i w przypadku wypadania włosów), bio-rewitalizację, skleroterapię żylną, stosuję botoks i kwas hialuronowy. W szczególności polecam mezoterapię, która widocznie usuwa zmęczenie z twarzy i pięknie wygładza szyję, dekolt czy zewnętrzną część dłoni, gdzie też widać upływ czasu. Za pomocą peelingów usuwam tzw. plamy starcze. Z kolei na opadające usta stosuję kombinację kwasów i botoksu. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że botoks wystarcza na 4-5 miesięcy, w zależności od rodzaju skóry twarzy.

Niektórzy obawiają się botoksu. Czy słusznie?

Botoks (toksyna botulinowa) to bezpieczny zabieg, który znajduje od około 40 lat zastosowanie w neurologii, okulistyce, urologii i również w medycynie estetycznej, gdzie do osiągniecia widocznego efektu wystarczają stosunkowo małe dawki.

W jakich godzinach jest czynny Pani gabinet?

Pracuję od 8:00-17:00, ale bardzo często umawiam się na spotkania poza tymi godzinami. Ponieważ pacjenci pracują, wolą często wizyty indywidualnie dostosowane do ich potrzeb.

Jakie są Pani dalsze plany zawodowe?

Już wkrótce w moim gabinecie pojawią się specjalne lampy ledowe wspomagające zatrzymanie czasu i oznak starzenia. Poza tym jako członkini polskiego i belgijskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging cały czas się dokształcam i regularnie jeżdżę na międzynarodowe kongresy medyczne i szkolenia, aby być na bieżąco ze wszystkimi nowinkami medycznymi.

W takim razie życzę realizacji wszystkich zamierzeń zawodowych i niesłabnącego zapału do walki z upływającym czasem.

Dziękuję bardzo.

 

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „wywiady”.

Własny biznes! Oto marzenie wielu z nas. No bo któż by nie chciał być szefem samego siebie?! Ale do tego, żeby się udało, potrzebny jest dobry i chwytliwy pomysł, najlepiej taki, na który jeszcze nikt nie wpadł, oraz odwaga. Startupy wyrastają jak grzyby po deszczu i choć na początku nie jest zbyt łatwo, to radość i satysfakcja gdy odniesie się sukces, jest najlepszą nagrodą.

Wielu się głowi, na czym by tu najlepiej zarobić? A tymczasem nawet pobieżna obserwacja nasuwa proste wnioski: wszystkie ważne wydarzenia w życiu człowieka  – od narodzin aż do śmierci – są świetną okazją do zarobku. A więc ruszamy w podróż życia…

 

NARODZINY DZIECKA

Biznes zaczyna się od chwili, gdy przyszli rodzice dowiadują się, że za kilka miesięcy powitają na świecie Maleństwo, pierwsze czy już kolejne. Od tej chwili dosłownie zewsząd są bombardowani skierowanymi do nich ofertami. Jest więc nie tylko bielizna i garderoba ciążowa, ale też tysiąc innych, potrzebnych lub zbędnych rzeczy. Są sesje fotograficzne utrwalające ten niepowtarzalny okres, specjalne albumy do zamieszczania testu ciążowego z dwiema kreseczkami, do wklejania zdjęć z USG i zamieszczania płyty DVD, na której można usłyszeć bicie serduszka wyczekiwanego Dziecka. Potem przychodzi czas na wyprawkę, a w niej łóżeczko, przewijak, wanienka, pozytywka, kocyki, sterty pieluch, kosmetyki antyalergiczne, ubranka, elektryczna niania (może nawet z kamerą!), zabawki dostosowane do etapu rozwoju dziecka, leżaczek, fotelik samochodowy, butelki, smoczki i całe mnóstwo innych rzeczy. Sklepy stworzyły specjalne „baby list” na użytek rodziców, aby odwiedzający nie powielali prezentów, a przy okazji mogli jeszcze rzucić okiem na kuszący asortyment. Do tego kartka z gratulacjami, a może też śliczne literki z imieniem Nowonarodzonego? Zwłaszcza, gdy się pomyśli, że w naszych czasach tego typu towar nie był dostępny. Ci lubiący personalizowane prezenty też znajdą coś dla siebie, ot choćby ręcznie haftowane obrazki z Aniołem – Stróżem lub ślicznym bobasem w wózku z dodatkową informacją wskazującą imię dziecka, datę urodzenia, wagę i wzrost. Wybór jest ogromny, byle tylko nasz budżet to udźwignął!

 

PIERWSZE I KOLEJNE URODZINY

Pierwsze urodziny dziecka, jak i potem kolejne zresztą, są też świetną okazją zarobku dla przedsiębiorczych. Nikt nie wyobraża sobie takiej imprezy bez właściwej oprawy: wymyślnego tortu, balonów, girland czy urodzinowych czapeczek. Przyjęcie, nieważne czy w domu, czy w lokalu, to nie lada gratka dla producentów żywności i napojów wyskokowych. No a jak urodziny, to oczywiście znów prezenty, kartki okolicznościowe, odświętne ubrania. Ci, którzy wolą uniknąć bałaganu w domu, idą do restauracji. Gdy nasz szkrab podrośnie, na ogół organizujemy dwie imprezy urodzinowe: dla rodziny i przyjaciół oraz dla rówieśników dziecka. W tym celu wynajmujemy zazwyczaj sale i place zabaw z animatorem, kupujemy przekąski i jedzenie zachęcające niejadki do degustacji. Do tego dziecięcy szampan bezalkoholowy, nietłukąca się zastawa, urodzinowe serwetki, świeczki i inne bajery. I biznes się kręci!

Jeszcze poważniej sprawa wygląda, gdy dziecko dorasta i przychodzi czas na 18-ste urodziny. Wkroczenie w dorosłość to nie lada wydatek przede wszystkim dla rodziców, chrzestnych i dziadków. Coraz częściej takie uroczystości przypominają małe wesela: wynajmuje się sale na 30-40 osób, nierzadko z DJ, no i oczywiście z kelnerami. Prezenty też z wyższej półki: najnowsze modele telefonów komórkowych, laptopów, ale też motory, wycieczki do ciepłych krajów, a wszystko to napędza koniunkturę.

 

PIERWSZA KOMUNIA

Po chrzcie to drugie ważne wydarzenie religijne w życiu dziecka. Wymaga niemałych przygotowań i nakładów finansowych. Rodzice wybierają zazwyczaj jedną z dwóch opcji: jeśli mieszkają w domu z ogrodem, liczą na ładną, majową pogodę i często organizują przyjęcia na zewnątrz. Jako że w Belgii często pada, na wszelki wypadek ustawiają namioty ogrodowe i oczywiście zamawiają catering. Druga grupa rodziców wybiera jeszcze prostsze rozwiązanie – uroczystość w restauracji. Dzięki temu nie trzeba się potem troszczyć o sprzątanie. Ale I Komunia Św. to też inne wydatki: sukienki dla dziewczynek i garnitury dla chłopców. Małe dziewczynki chcą wyglądać jak panny młode, dlatego nierzadko rodzice kupują im luksusowe wręcz sukienki ze wszystkimi dodatkami w postaci pelerynek, kwiatków i wianuszków zdobiących włosy. Z chłopcami jest prościej – wystarczy garnitur, koszula i wizytowe buty. Aby uniknąć szaleństwa związanego z ubiorem, coraz częściej księża zobowiązują dzieci do włożenia alb, które są skromne i wszystkie identyczne.

Mówiąc o I Komunii, przypominają mi się moje, zamierzchłe już czasy, kiedy w ramach prezentów dostawało się na ogół złote pierścionki, łańcuszki, zegarki lub rowery, co było spełnieniem marzeń. Teraz dzieci najczęściej proszą o sprzęt elektroniczny, wszelkie I-Phony, tablety, Play Station, Nintendo, telewizory, smartwatche, a sprzedawcy już zacierają ręce z zadowolenia!

 

WESELE

Po znalezieniu tej Jedynej lub tego Jedynego, przychodzi czas na podjęcie życiowej decyzji o założeniu rodziny, a co za tym idzie o zorganizowaniu wesela. A że wszyscy chcą, aby uroczystość wyglądała idealnie jak z amerykańskiego filmu, trzeba się nieźle wysilić. Najpierw niełatwy wybór zaproszeń w morzu ofert, potem znalezienie właściwego miejsca do zorganizowania wesela, ustalenie szczegółów związanych z wystrojem sali, wybór menu, zespołu muzycznego, bukietu, limuzyny, obrączek, no i w końcu sukni ślubnej czy garnituru wraz ze wszystkimi niezbędnymi dodatkami. Do tego jeszcze fryzjer i kosmetyczka. Ale wesele jest oczywiście poprzedzone wieczorem panieńskim i kawalerskim. Druhny i przyjaciółki organizują ostatni wieczór wolności na różne sposoby – wymyślne stroje, spa, potem restauracja i dyskoteka. Panowie idą często jeszcze o krok dalej, bo zamawiają striptizerki, co w połączeniu z alkoholem może się zakończyć zdradą i „żegnaj wesele”, bo rozwścieczona, niedoszła panna młoda zdrady zapewne nie wybaczy. Ci, którzy zachowali zdrowy rozsądek w czasie wieczoru panieńskiego i kawalerskiego, muszą jeszcze zaprezentować się perfekcyjnie w czasie wesela. Wszak nie po to brali przez kilka miesięcy prywatne lekcje tańca, by teraz coś poszło nie po ich myśli. No i o północy jeszcze jedna gratka dla zaproszonych: najwymyślniejszy, powalający na kolana tort ślubny i pokaz sztucznych ogni. Zaproszeni też muszą stanąć na wysokości zadania, więc po drodze zarobili nie tylko właściciele sklepów z elegancką odzieżą, jubilerzy, fryzjerzy, ale również wszyscy, którzy oferują całą gamę najróżniejszych rzeczy niezbędnych do rozpoczęcia nowej drogi życia.

Potem pozostaje policzyć koszty zorganizowania wesela, które niejednego mogą doprowadzić do migreny lub  zasłabnięcia, i mieć nadzieję, że państwo młodzi przeżyją razem w miłości do końca swych dni. A jeśli nie, to przecież można – niczym Elisabeth Tylor – wyjść za mąż po raz kolejny i kolejny, dzięki czemu weselny business będzie kwitł w najlepsze!

 

ROZWÓD I PRZYJĘCIE POROZWODOWE

Statystyki są nieubłagane i wskazują, że co czwarte małżeństwo kończy się rozwodem. A rozwód to także okazja do zarobku, tym razem dla adwokatów, notariuszy czy biur nieruchomości. A że koszty takich usług są wysokie, francuska prawniczka wyszła naprzeciw oczekiwaniom klientów, tworząc nową usługę – rozwód online. Za pomocą strony www.divorce-prive.com zainteresowani mogą dopełnić formalności online. Dotyczy to tych przypadków, w których obie strony są zgodne, że chcą zakończyć związek. Pomysłodawczyni proponuje trzy rodzaje cen: € 590 (dla par nieposiadających dzieci i nieruchomości), € 790 (dla tych, którzy mają potomstwo lub nieruchomość) bądź € 990 (dla par mających dzieci i będących właścicielami nieruchomości). Pomysł jest zupełnie nowy i pozwala się rozwieść bez konieczności stawienia się w Sądzie. Jak by tego było mało, prawniczka poszła o krok dalej, proponując „DivoceBox”, który może być prezentem dla chcących się rozwieść. Jak pisze pomysłodawczyni, wystarczy € 295, by twoja przyjaciółka, przyjaciel, a może córka lub syn w ciągu zaledwie 15 dni znów byli wolnymi ludźmi!  Dlaczego € 295? To połowa z kwoty € 590, bo przecież każdy z małżonków płaci za siebie! Prawniczka doszła do wniosku, że skoro świetnie sprzedają się oferty typu Bongo czy Wonderbox, to dlaczego nie „DivorceBox”? I właśnie ten pomysł idealnie wpasował się w rzeczywistość.

Gdy formalności rozwodowe zostały już szczęśliwie dopełnione, czas zacząć nowe życie. Jak twierdzą psychologowie, nic nie jest lepszym katharsis niż tzw. „pożegnalna impreza”, w czasie której dopiero co rozwiedziona żona czy mąż dokonują symbolicznego pożegnania poprzedniego etapu życia. Ta forma zabawy przywędrowała z USA, ale zaczyna się cieszyć coraz większą popularnością, gdyż ma na celu rozbawić, a przede wszystkim odstresować rozwodniczkę/rozwodnika, a właściciele wszelkiego rodzaju lokali już się cieszą, że klienci mają kolejny powód do wydania pieniędzy…

 

POGRZEB

Ta smutna uroczystość jest również związana ze sporymi wydatkami dla rodziny. Nie tylko trzeba dokonać pochówku czy kremacji, ale również wykupić miejsce na cmentarzu i oczywiście zorganizować stypę, w czasie której najbliżsi, przyjaciele i znajomi wspominają zmarłą osobę. Czasem dochodzą dodatkowe koszty w postaci transportu ciała z odległych miejsc. Uczestnicy przychodzą zazwyczaj z kwiatami, choć zdarza się również, iż rodzina prosi, by zamiast kwiatów przelać drobną kwotę pieniędzy na konto stowarzyszenia czy szpitala specjalizującego się w leczeniu określonych chorób.

            Jak pokazałam w skrócie, każde istotne wydarzenie w życiu człowieka oznacza dla jednych wydatek, podczas gdy dla innych, tych pomysłowych i przedsiębiorczych, jest świetną okazją do zarobku. Oczywiście wymieniłam tu tylko te najważniejsze wydarzenia, choć bez wątpienia jest ich dużo więcej jak chociażby ukończenie studiów, zakup mieszkania czy domu, imieniny, Dzień Babci, Dziadka, Dzień Kobiet… A może ten właśnie tekst zainspiruje którąś z moich Czytelniczek lub Czytelników i pomoże w zdobyciu się na odwagę otworzenia własnego biznesu? Szczerze tego życzę!

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „felietony”.

 

 

Zarówno ci, którzy rozważają życie za granicą, jak i ci, którzy dokonali już takiego wyboru, powinni mieć świadomość, że posługiwanie się językiem urzędowym – choćby tylko w stopniu komunikatywnym – jest niezbędne. W małej Belgii funkcjonują aż cztery regiony językowe: dwujęzyczna Bruksela, niderlandzkojęzyczna Flandria, francuskojęzyczna Walonia i niewielki niemieckojęzyczny obszar z lokalną stolicą w Eupen. Ten dziwaczny na pierwszy rzut oka podział ma swoje historyczne uzasadnienie, co nie zmienia faktu, że wielu przyprawia o ból głowy. Ci, którzy chcą szybko odnaleźć się w nowej rzeczywistości, jak i ci, którzy chcą się nauczyć kolejnego języka, mogą skorzystać z bogatej oferty kursów językowych. Trzeba jednak pamiętać, że ceny są zróżnicowane.

Bazując na własnym doświadczeniu, mogę szczerze polecić GLTT, szkołę językową z długimi tradycjami sięgającymi 1977 r. Początkowo należała do Urzędu Miasta Rhodes-Saint-Genèse i wówczas była niewielką placówką, w której nauczano zaledwie kilku języków. W tamtych odległych czasach istniał tylko jeden oddział, a wiedzę można było poszerzać jedynie wieczorami. Z czasem do szkoły zaczęło zgłaszać się coraz więcej studentów. Od momentu gdy GLTT zaczęło należeć do Wspólnoty Flamandzkiej, szkoła zaczęła się intensywnie rozwijać. W chwili obecnej funkcjonują dwa oddziały: w Rhodes-Saint-Genèse i Halle, a zajęcia odbywają się rano, po południu i wieczorami.

Tym, co przyciąga kursantów, są niezwykle atrakcyjne, demokratyczne ceny oraz profesjonalizm wykładowców. Sale językowe wyposażone są w komputery, dzięki czemu zajęcia są urozmaicone, a nauczyciele mogą wykorzystywać różne środki audiowizualne, które przekładają się na szybkie postępy w nauce. Poza tym są specjalne laboratoria do słuchania i nauki właściwej wymowy. W chwili obecnej jest możliwość nauki języków takich jak: niderlandzki, francuski, angielski, niemiecki, hiszpański, portugalski, szwedzki, polski, rosyjski, grecki oraz tak egzotycznych jak chociażby chiński, japoński, arabski, turecki. Kursy językowe stanowią 90% oferty edukacyjnej. Pozostałe 10% to informatyka, fotografia i księgowość. Co ważne, uzyskane certyfikaty są honorowane nie tylko w Belgii, ale i za granicą.

Średnio w ciągu jednego roku szkolnego pobiera naukę ok. 7 000 kursantów z ponad 100 krajów świata. Często zdarza się tak, że jeden student uczęszcza na różne kursy. Aby móc się zapisać na zajęcia, trzeba ukończyć 16 lat i posiadać belgijski dowód osobisty. Szkoła jako jedyna w Belgii oferuje naukę na 20 różnych poziomach, dlatego zainteresowani przyjeżdżają również z tak odległych miejsc jak Charleroi czy Mons.

Jak podkreśla dyrektor szkoły – najważniejsza jest satysfakcja uczących się. O tym, że nauczycielom GLTT udaje się osiągnąć ten cel, świadczy fakt, że z roku na rok zwiększa się liczba studentów. Aby zapewnić najwyższy poziom nauczania, pracownicy szkoły zwracają uwagę na niezwykle ważny aspekt społeczny. W tym celu co roku organizowane jest taneczne party dla kursantów, ich rodzin i przyjaciół, aby przy tej okazji lepiej się poznać i w naturalny sposób używać nauczanego języka.

A więc może już dziś warto rozważyć zapisanie się na kurs, bo zbliżający się wielkimi krokami Nowy 2018 Rok to czas postanowień, postanowień, które warto wcielić w życie.

 

 

 

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „życie w Belgii”.

Wszyscy, którzy szukają pracy, marzą o takiej, która byłaby łatwa, miła, przyjemna, dobrze płatna i pozwalająca połączyć zarobek i podróże. Myślicie, że takie oferty nie istnieją? Otóż mylicie się! Niedowiarkom i tym szukającym prawdziwych okazji polecam dokładne przeczytanie tekstu, choć już na wstępie trzeba przyznać, iż dwa warunki są nieodzowne w każdym z tych przypadków: stosowny wiek (na ogół 18-30 lat) i znajomość angielskiego. Wszak do odważnych i młodych świat należy!

Praca na luksusowym jachcie

Luksusowy jacht

Ci, którzy chcieliby pływać na luksusowym jachcie i przemierzać latem basen Morza Śródziemnego, a może Karaiby lub inne piękne zakątki, powinni zaciągnąć się do pracy na jachcie. Załapać się na taką posadę nie jest łatwo, dlatego warto skorzystać z usług agencji specjalizujących się w naborze kandydatów. A potrzebny jest zarówno personel wysoko wykwalifikowany (jak kapitanowie, pierwsi oficerowie, bosmani, lekarze – tu liczy się doświadczenie, a nie wiek), jak i mniej wykwalifikowany. I tu właśnie pojawia się szansa dla młodych dziewczyn i kobiet, które mogą pracować jako stewardessy. W zależności od doświadczenia mogą objąć stanowisko chief stewardessy zarządzającej pracą podległych jej dziewcząt lub junior stewardessy, która zajmuje się zazwyczaj sprzątaniem, praniem, nakrywaniem do stołu i serwowaniem potraw. Liczy się przy tym dobra aparycja, uprzejmość, takt, przestrzeganie zasad savoir-vivru, a znajomość innych języków niż angielski jest dodatkowym atutem. Bardzo często tatuaże czy piercing dyskwalifikują kandydatki, więc młodzi ludzie powinni się dobrze zastanowić przed zachłyśnięciem się chwilową modą na takie „ozdabianie” ciała.

Jeśli dobrnęliście do tego miejsca z uśmiechem na twarzy, myśląc, że póki co spełniacie wszystkie warunki, to teraz ostudzę nieco Wasz zapał. Aby zostać przyjętym do pracy na jachcie trzeba też posiadać dwa absolutnie niezbędne certyfikaty: STCW 95 Basic Safety Training oraz ENG-1 Seafarer Medical Certificate. Pierwszy wymieniony certyfikat można uzyskać po ukończeniu z pozytywnym wynikiem 5-dniowego kursu bezpieczeństwa. Drugi (ENG-1 Seafarer Medical Certificate) – można zdobyć znacznie łatwiej. To nic innego jak żeglarskie świadectwo zdrowia wydawane przez lekarza zatwierdzonego przez Urząd Morski na podstawie przeprowadzonych badań medycznych.

Na co mogą liczyć kandydaci i kandydatki do pracy na luksusowych jachtach? Na pensję w granicach 1800 – 5000 € w zależności od doświadczenia i funkcji, na napiwki, na niezwykłą przygodę i zobaczenie urokliwych miejsc, które upodobali sobie bogacze. Ale coś za coś – oferujący takie posady oczekują pełnej dyspozycyjności, 24 godz. na dobę, 7 dni w tygodniu…

Podróżnik – reporter

Lot balonem

Lot balonem

Ci, którzy uwielbiają podróże, ale nie mają pieniędzy na luksusowe wyprawy lub swoje oszczędności pragną przeznaczyć na inny cel, powinni czym prędzej dokładnie przeszukać oferty pracy renomowanych biur podróży. Dlaczego? Żeby znaleźć okazje takie jak ta proponowana w 2017 r. m.in. przez francuskie biuro podróży Marco Vasco. Założyciel i właściciel, Geoffroy de Becdelièvre, poszukiwał podróżnika, który zechciałby się udać na roczną wyprawę, aby pływać w turkusowych lagunach, wspinać się na wulkany i odkrywać uroki pięknych miast na całym świecie. Hotele, transport i wyżywienie były oczywiście zapewnione.

W zamian od zwycięzcy w konkursie oczekiwano udziału w 12 wyprawach na bieżąco opisywanych na stronie biura podróży Vasco Marco i w mediach społecznościowych oraz dokumentowania swoich wojaży za pomocą zdjęć i materiałów video. Ale to nie wszystko – szczęśliwcowi proponowano pensję w wysokości 1150 € miesięcznie. Wydaje się niedużo? Gdy do tego dodać koszt hoteli, przelotów, wypraw w unikatowe zakątki ziemskiego globu, można śmiało powiedzieć, że proponowane zarobki były imponujące, tym bardziej, że od kandydata nie wymagano nawet dyplomu wyższej uczelni. Ale nie ma co się łudzić, że było łatwo dostać tę posadę, wszak nie każdy włada angielskim na bardzo wysokim poziomie, nie każdy ma talent do barwnych opisów, nie każdy ma oko fotografa i nie każdy umie nakręcić ciekawy materiał video. Ale kto nie próbuje, ten nie wygrywa! Warto podjąć wyzwanie, bo takie oferty proponują co roku biura podroży z różnych zakątków świata.

Hotelowy animator

Właściwie już nikt nie wyobraża sobie hotelu, zwłaszcza latem, w którym nie byłoby animatorów. To świetna praca dla studentów, młodych, wysportowanych kobiet i mężczyzn, którzy emanują pozytywną energią. Do ich obowiązków należy zapewnienie gościom hotelowym aktywnego wypoczynku przez organizowanie całodziennego programu zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Ich dzień pracy zaczyna się zazwyczaj o 7:00. Jest więc – w zależności od infrastruktury hotelu – wodny aerobik, siatkówka wodna i plażowa, nurkowanie, tenis. Animator dostosowuje program do wieku gości hotelowych, a jadąc do wybranego hotelu, wie z wyprzedzeniem, jakiego typu sporty będzie mógł organizować dla wypoczywających.

Rekrutacja odbywa się zazwyczaj w kwietniu i polega na zaprezentowaniu kilkuminutowego programu animacyjnego. Ci, którzy wykażą się kreatywnością i charyzmą, przechodzą do następnego etapu – sprawdzania znajomości języka obcego. Generalnie wymaga się europejskiego poziomu B1, przy czym posługiwanie się więcej niż jednym językiem jest oczywiście atutem.

Kolejnym etapem dla wyselekcjonowanych kandydatów jest obowiązkowy, bezpłatny, tygodniowy wyjazd (zazwyczaj za granicę), w czasie którego przyszli animatorzy intensywnie uczą się programów animacyjnych, które będą wcielać w życie w czasie wakacji. Potem jeszcze egzamin i rozmowa z rekruterami. Co w zamian? Praca w okresie od czerwca do września w hotelach zlokalizowanych w popularnych kurortach wakacyjnych, przelot w obie strony, wyżywienie w hotelu, zakwaterowanie, ubezpieczenie i zarobki w granicach od 500 do 1500 € miesięcznie w zależności od doświadczenia i umiejętności.

Tajemnicą Poliszynela jest, że zaprezentowane tu oferty są skrojone pod młodych ludzi, wolnych, bez dzieci i rodzin na utrzymaniu, ludzi kochających podróże, żądnych przygód i gotowych na wykorzystanie życiowej szansy. A taka trafia się zazwyczaj tylko raz, więc może właśnie do kogoś z Was uśmiechnie się szczęście, bo kto szuka, ten znajduje.

Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „felietony“.

Ludzie często dokonują postanowień, zwłaszcza noworocznych, i sporządzają listę rzeczy do zrobienia. Ja, trochę na przekór, sporządzam listę miejsc do zwiedzenia. A ponieważ uwielbiam podróże, zarówno te długie, jak i krótkie, lubię obmyślać i planować kolejne wyjazdy. Ostatnio na mojej liście pojawiły się Niemcy. Ktoś może powie, że wcale nie jestem oryginalna, ale prawdą jest, iż ten duży kraj ma wiele do zaoferowania fanom zwiedzania. Oprócz miejsc tak oczywistych jak Wyspa Muzeów w Berlinie, Jezioro Bodeńskie czy zamek Neuschwanstein jest również Trewir, który zachwycił mnie bez reszty. To po prostu perła dla fascynatów historii (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu).

Jak podają źródła historyczne, Trewir jest jednym z najstarszych niemieckich miast – jego początki datuje się na 16 r. p.n.e., kiedy to Rzymianie założyli osadę o nazwie Augusta Treverorum. Zachowało się tu bardzo dużo zabytków zarówno z czasów rzymskich, jak i późniejszych.Planując trzydniowy, rodzinny wyjazd, poświęciłam sporo czasu na właściwe przygotowanie tej wycieczki, żeby zobaczyć jak najwięcej. Z Brukseli wyjechaliśmy po śniadaniu, tak, aby do oddalonego o 260 km Trewiru dojechać w porze obiadowej.

Trewir Rynek Główny (Hauptmarkt)

trier zabytki

Fontanna św. Piotra na trewirskim rynku; © Pixabay

Po przyjeździe na miejsce i zostawieniu bagażu w hotelu, od razu udaliśmy się na Rynek Główny (Hauptmarkt). Wchodząc na Stare Miasto, zauważyliśmy najstarszą aptekę „Pod Lwem” (Löwen-Apotheke), a parę kroków dalej XVI-wieczną fontannę św. Piotra, który jest patronem miasta. Mojego syna zainteresował z kolei krzyż Marktkreuz – symbol władzy umieszczony tu przez biskupa Trewiru w X w. Gwoli ścisłości warto dodać, że ten stojący na Rynku jest repliką – oryginał znajduje się w muzeum miejskim.

trewir co warto zobaczyć

Rynek w Trewirze; © Pixabay

Kamienice z różnych epok zauroczyły nas od pierwszej chwili.
Szczególnie spodobała nam się Steipe, piękna, biała, w stylu gotyckim, ozdobiona rzeźbami i czerwonymi oraz złotymi ornamentami. Do XVIII w. pełniła rolę siedziby władz miejskich, ale zmienne koleje losu spowodowały, że w pierwszej połowie XX w. stała się… restauracją, co postanowiliśmy z rodzinką bez wahania wykorzystać. Oczekując na realizację zamówienia, rozłożyliśmy mapę miasta, którą studiowaliśmy z zainteresowaniem. Po ponad godzinnej przerwie, posileni i w dobrym humorze, ruszyliśmy dalej. Prawdę mówiąc, co chwila przystawaliśmy, by przyjrzeć się pięknym budynkom i uwiecznić je na zdjęciach. Tak było w przypadku Czerwonego Domu (Rotes Haus) i XIII-wiecznego Domu Trzech Króli (Dreikönigenhaus), który turyści namiętnie fotografowali. Wyciągając swój aparat, usłyszałam jak stojący niedaleko przewodnik tłumaczył, iż w przeszłości wejście mieściło się na obecnym pierwszym piętrze, a do wewnątrz można się było dostać tylko po drabinie. Takie rozwiązanie wynikało z przeznaczenia domu, który pełnił funkcję warownej wieży mieszkalnej dla bogatych i wpływowych rodzin trewirskich.

Porta Nigra – symbol miasta Trewir

niemcy atrakcje

Trewir – Porta Nigra (Czarna Brama); © Pixabay

I wreszcie dotarliśmy do Porta Nigra, budowli, która jest na każdej pocztówce ukazującej Trewir. Ta brama północna pochodzi z czasów rzymskich i – zgodnie z wiedzą historyczną – została zbudowana w latach 180 – 200 r. n.e. Budulec, jakim był piaskowiec, ściemniał i w obecnej chwili ma czarny kolor, co wyjaśnia nazwę, która w tłumaczeniu brzmi: Czarna Brama. Ciekawostką jest to, że bramę zbudowano bez użycia zaprawy murarskiej, a bloki piaskowca połączono za pomocą żelaznych klamr. W XI w. górne piętra przebudowano na kościół, dzięki czemu budowla uniknęła zniszczenia w epoce średniowiecza.

Po zwiedzeniu Porta Nigra postanowiliśmy skorzystać z atrakcji turystycznej, jaką był stojący przed bramą pociąg. Było warto nie tylko ze względu na interesujące komentarze, ale także dlatego, aby wiedzieć, gdzie znajdują się kolejne godne obejrzenia miejsca.

Trewir Dom St. Peter i Liebfrauenkirche

niemcy co warto zobaczyc

Katedra św. Piotra (Dom St. Peter) w Trewirze; © Pixabay

Z pociągu wysiedliśmy przed wejściem do katedry św. Piotra zwanej tu po niemiecku Dom St. Peter. Ta ogromna budowla wzniesiona w XI w. powstała na ruinach wczesnochrześcijańskiego kompleksu kościelnego, którego początki sięgają IV w. n.e. Katedra słynie z relikwii, wśród których są m.in. ząb św. Piotra, sandały św. Andrzeja i oczywiście najważniejsza – szata Chrystusa, w której – według tradycji – Jezus przeszedł Drogę Krzyżową. Ta ostatnia relikwia, zwana Suknią z Terwiru, znalazła się tu dzięki cesarzowej rzymskiej, Helenie, matce Konstantyna Wielkiego, o którym słów kilka będzie poniżej.

Tuż obok katedry znajduje się kolejny zabytek – Liebfrauenkirche, czyli kościół Najświętszej Marii Panny. Ten XIII-wieczny monument również powstał na antycznych ruinach i jest najstarszym gotyckim kościołem w całych Niemczech. Zbudowany na planie krzyża greckiego ma częściowo odkopane fragmenty pokazujące starożytne pozostałości. Warto dodać, iż zarówno Dom St. Peter, jak i Liebfrauenkirche wpisane na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO znajdują się zaledwie kilka kroków od Rynku Głównego.

Jako że i głód, i zmęczenie zaczęły nam powoli doskwierać, ruszyliśmy w stronę hotelu. Po drodze natknęliśmy się na kolejne urocze miejsce – plac Kornmarkt z rokokową fontanną, z budynkiem poczty i telegrafu z XIX w. oraz z kasynem w klasycystycznym stylu.

Bazylika Konstantyna Wielkiego, Pałac Książąt Elektorów i cesarskie łaźnie

trewir zabytki

Na pierwszym planie: Pałac Książąt Elektorów, w tle z lewej strony – Bazylika Konstantyna; © Pixabay

Drugi dzień postanowiliśmy zacząć od zwiedzenia bazyliki Konstantyna Wielkiego, cesarza, który na krótko przed śmiercią przeszedł na chrześcijaństwo. To z jego rozkazu zaczęto budowę bazyliki św. Piotra w Rzymie i to za jego panowania, w IV w.  zbudowano w Trewirze tę imponującą salę tronową, największą salę rzymską, która przetrwała do dziś. Niestety, nie było nam dane zwiedzić bazyliki zamienionej obecnie w kościół ewangelicki, ponieważ była zamknięta. Nie pozostało nic innego, jak zrobić kilka zdjęć i udać się dalej, a ściślej mówiąc – kilka kroków dalej, bowiem rokokowy Pałac Książąt Elektorów (Palais der Kurfürsten) jest dosłownie połączony z bazyliką Konstantyna. I tu nasuwa się pytanie, jak to w ogóle możliwe. Odpowiedź jest zaskakująca: oto w 1615 r. rozpoczęto budowę pałacu, a ponieważ uznano, że część ścian bazyliki przeszkadza, po prostu je rozebrano. Dziś piękny budynek jest siedzibą lokalnej administracji.

Po nacieszeniu oczu rokokową fasadą i po spacerze po ogrodzie udaliśmy się wprost do cesarskich term, które również zostały zbudowane z rozkazu cesarza Konstantyna. Łaźnie cesarskie (Kaiserthermen) mają imponujące wymiary 140 m x 260 m. W dalekiej przeszłości ten rozległy kompleks oferował gorące i zimne kąpiele, masaże i pomieszczenia rekreacyjne. Spacerując po dziś znajdujących się pod ziemią pozostałościach term, rozmyślałam o władcy, który zapisał się na kartach historii jako cieszący się szacunkiem poddanych, jako dający swobodę wyznania chrześcijanom, a przede wszystkim jako ten, który zjednoczył chylące się ku upadkowi cesarstwo.

Trewir Chleba i igrzysk!

Wprost z cesarskich łaźni skierowaliśmy nasze kroki do antycznego amfiteatru. Gdy wreszcie tam dotarliśmy, naszym oczom ukazały się starożytne ruiny z I w. Ta dawna arena rzymska – w przeciwieństwie do wielu innych znanych budowli tego typu – nie była zbudowana z kamieni, tylko skonstruowana na naturalnym zboczu. Trewirski amfiteatr mógł pomieścić 19 tysięcy widzów, którzy przychodzili tu oglądać walki gladiatorów i zwierząt. Spróbowałam w wyobraźni przenieść się w czasie: na myśl przyszedł mi film „Gladiator” z Russell Crowe, który wcielił się z rolę generała Maximusa schwytanego przez łowcę niewolników i zmuszonego na arenie do walki na śmierć i życie jako gladiator.

Bez wątpienia wszyscy ci, którzy chcieliby zobaczyć rekonstrukcję takich walk, powinni odwiedzić Trewir w sierpniu, bo właśnie wtedy jest organizowany festiwal pod hasłem „Brot und Spiele” („Chleba i igrzysk”).

Na ostatni dzień naszego pobytu zaplanowaliśmy spacer w kierunku rzymskiego mostu na rzece Mozeli. Idąc w jego kierunku, mieliśmy okazję zobaczyć po drodze dwa żurawie, czyli urządzenia przeładunkowe: ten stary, średniowieczny (Alter Krahnen) oraz barokowy, zwany Młodszym Żurawiem (Jüngerer Krahnen). Wracając powoli do hotelu, wdychaliśmy atmosferę tego niezwykłego miasta, do którego planujemy jeszcze wrócić. Trewir to miejsce, które trzeba odwiedzić choć raz w życiu podobnie jak Rzym. Jest tu jeszcze wiele innych zabytków. Wystarczy wspomnieć o termach Barbary z II w., kościele św. Paulina, o synagodze czy o muzeum żydowskim…

**

Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

 

Anna Siwek, pisarka i podróżniczka

Anna Siwek

Witam serdecznie. Zanim na dobre zacznę zadawać pytania, powiedz na początek coś o sobie.

W telegraficznym skrócie mówiąc, można to ująć tak: po maturze, którą zdałam w 1982 r., w trakcie stanu wojennego, wyjechałam do Kanady, gdzie zaczęłam studiować. Pomimo że czasy były „niesprzyjające”, po dwóch latach wróciłam do Polski i tu dokończyłam studia na wydziale handlu zagranicznego SGPiS (dziś SGH). Po uzyskaniu dyplomu poszłam do pracy i niedługo później wyszłam za mąż za kolegę z mojego roku. Kiedy urodziły się dzieci, zostałam przysłowiową „panią domu”. Dzięki pracy męża w korporacji wyjechaliśmy na rok do Hamburga. Po powrocie i paru latach spędzonych w kraju znów nas wysłano, tym razem do Londynu, gdzie byliśmy przez prawie cztery lata, a stamtąd przyjechaliśmy tutaj, do Brukseli, gdzie już jesteśmy od ponad jedenastu lat. Tu też zaczęłam pisać książki.

Zaczęłaś pisać dopiero po czterdziestce. Dlaczego tak późno? 

Od dziecka marzyłam o pisaniu. To było takie moje ukryte pragnienie, którego jednakże nie traktowałam poważnie. Pisanie w czasach, kiedy dorastałam, nie było łatwe, ponieważ musiało być politycznie poprawne, aby mogło trafić do druku. A taka wersja zupełnie do mnie nie przemawiała…  Przez pewien czas myślałam, że wrócę do „normalnej pracy”, ale kiedy zdałam sobie sprawę, że jestem za stara na robienie kariery, zrozumiałam, że może to znak, że muszę wreszcie realizować swoje marzenia, czyli pisać. W końcu miałam do tego idealne warunki. Zresztą, dziś myślę, że do pisania musiałam po prostu „dojrzeć”.

Poszłaś w końcu śladem własnych marzeń. Czy zgadzasz się więc z powiedzeniem, że „marzenia to pojazd unoszący do gwiazd”?

Ta sentencja jest mi bardzo bliska. Satysfakcja, jaką mam po napisaniu kolejnego utworu i ta świadomość, że ludzie czytają moje książki, jest ogromna. To tak jakby unosić się w srebrzystej poświacie.

Jak wyglądały początki Twojej kariery pisarskiej?

Jako nastolatka pisałam pamiętnik, potem krótkie opowiadania, ale to wszystko było do przysłowiowej „szuflady”. Potem zaczęłam tworzyć artykuły podróżnicze, które zostały opublikowane w czasopiśmie „Traveler”. Kolejne odbyte podróże były do tego świetną okazją. Tak właśnie zrodziły się teksty o Dubaju, Kubie, Brugii, Gandawie i Nowym Yorku. W końcu przyszedł czas na powieść. Od wielu lat miałam w głowie pomysł na moją pierwszą książkę „Znów mnie pokochaj”. Kiedyś opowiedziałam przyjaciółce w czasie lunchu tę wymyśloną przeze mnie historię. Gdy zobaczyłam w jej oczach prawdziwe zainteresowanie, przyszłam do domu i wzięłam się za pisanie na poważnie. Parę miesięcy później powieść była gotowa.

Anna Siwek, „Powiedz, że mnie kochasz”

Anna Siwek, „Powiedz, że mnie kochasz”

Jesteś autorką kilku książek: „Znów mnie pokochaj”, „Powiedz, że mnie kochasz”, „Zakochani w Brukseli”, a także „Moja przygoda z Kilimandżaro” i „Moja przygoda z Peru”. Jak znalazłaś wydawcę? To chyba niełatwe w dobie, kiedy zabiegani ludzie czytają mniej…

To rzeczywiście wyzwanie! Początki nie były łatwe. Maszynopis mojej pierwszej powieści wysłałam do sześciu wydawnictw i … nic. Nie tracąc nadziei, wysłałam do kilku kolejnych i w końcu otrzymałam pozytywną wiadomość z wydawnictwa „Replika” z Poznania.

Porozmawiajmy chwilę o warsztacie pisarskim. Co jest najtrudniejszą stroną pisania, a co najprzyjemniejszą?

Najprzyjemniejsze jest to beztroskie bujanie w obłokach, czyli wymyślanie fabuły i kreowanie bohaterów. A potem trzeba usiąść i przelać te huczące w głowie emocje i obrazy na papier, i to tak, aby było to ciekawe i oddawało jaskrawość uczuć, jaką ja sama czułam w chwili wymyślania tych historii. A to wcale nie jest takie łatwe… Pomimo że moi bohaterowie są całkowicie fikcyjni, staram się, aby ich problemy były prawdziwe, takie, z jakimi borykają się ludzie na co dzień. Trudnym aspektem jest dla mnie również dyscyplina, czyli to, aby usiąść i pisać.

Wygląda na to, że przyznajesz rację Słowackiemu, który już w XIX w. powiedział: „Chodzi mi o to, aby język giętki, powiedział wszystko, co pomyśli głowa…”

Tak, ten romantyczny poeta miał niewątpliwie rację.

Anna Siwek, "Zakochani w Brukseli"

Anna Siwek, “Zakochani w Brukseli”

W 2013 r. ukazała się na rynku Twoja powieść obyczajowa „Zakochani w Brukseli”. Akcja rozgrywa się w dużej części właśnie w stolicy Belgii. Tytuł powieści jest dwuznaczny. Które rozumienie miałaś na myśli: ludzi kochających Brukselę czy zakochanych, którzy są w Brukseli? A może oba?

Oba znaczenia znajdują odzwierciedlenie na kartach książki: główni bohaterowie zakochali się w sobie właśnie w Brukseli, ale zakochali się też w tym niezwykłym mieście. Widać to m.in. w szczegółach opisów restauracji na Grand Placu i innych zabytków. Zresztą, ja sama chodziłam z przewodnikiem po stolicy Belgii, odkrywałam sekrety tej metropolii, która mnie również oczarowała.

Książka opowiada nie tylko o miłości, ale ma też w tle wątek medyczny. To przypomina mi po trosze thrillery medyczne Robina Cooka, np. „Oznaki życia”. Pokazujesz również potęgę koncernów farmaceutycznych, które dla zysku gotowe są posunąć się daleko, a nawet za daleko, tak że ofiarami stają się niczemu niewinne osoby.  W tym kontekście, kto jest Twoim ulubionym autorem/autorką?

Bardzo lubię prozę Johna Grishama, amerykańskiego pisarza, autora thrillerów prawniczych i kryminałów. Polskim czytelnikom jest on zapewne znany dzięki adaptacjom filmowym jego książek: „Raport Pelikana”, „Firma” czy „Klient”.

„Zakochanych w Brukseli” warto przeczytać, ponieważ …

… to wciągająca lektura, w której przeplata się intryga i miłość, a wszystko to dzieje się w miejscach bliskich i znanych wielu Polakom mieszkającym w Belgii.

Porozmawiajmy teraz o twoich książkach podróżniczych. Twoja proza reportażowa przypomina mi utwory Ryszarda Kapuścińskiego. Skąd ta chęć robienia rzeczy nietuzinkowych, jak wspinaczka na Kilimandżaro?

Anna Siwek, "Moja przygoda z Kilimandżaro"

Anna Siwek, “Moja przygoda z Kilimandżaro”

Przede wszystkim chcę powiedzieć, że sprawiłaś mi wielką radość tym porównaniem do Kapuścińskiego, który jest dla mnie mistrzem. Odpowiadając jednak na pytanie, ujmę to tak: chcieliśmy spędzić rodzinne wakacje z dwoma nastoletnimi synami, wakacje, które dla nas wszystkich byłyby frajdą, a jako że mój mąż lubi chodzić po górach i był już wcześniej na Kilimandżaro, wybór padł właśnie na to miejsce. Niebagatelną rolę odegrał również fakt, iż wejście na tę najwyższą górę Afryki nie wymaga wielomiesięcznych treningów. Wystarczy być w dobrej kondycji fizycznej i… zdecydować się. Wybraliśmy najdłuższy, dziewięciodniowy szlak, za to dający największą gwarancję zdobycia szczytu. Po powrocie opisałam moje nowe doświadczenie i za namową znajomych poszukałam wydawcy, którym okazał się „Poligraf”.

Czy utrzymujesz kontakt z Czytelnikami?

Tak, mam stronę internetową (www.annasiwek.info) i odpisuję wszystkim tym, którzy zwracają się do mnie z zapytaniami. Poza tym staram się organizować spotkania z tymi, którzy znajdują przyjemność w czytaniu.

A gdzie można znaleźć Twoje powieści?

Oczywiście w polskiej księgarni na Rue d’Anglettere 45 w dzielnicy Saint-Gilles oraz w wielu polskich sklepach na terenie Brukseli i Antwerpii.

Fabuła Twoich książek opiera się na dwóch motywach przewodnich: wędrówce i poszukiwaniu miłości. Czy tak też będzie w kolejnej?

Można powiedzieć, że miłość i wędrówka stały się znakami rozpoznawczymi moich powieści. Życie jest podróżą, wędrówką i poszukiwaniem miłości, która nadaje sens naszej egzystencji. Te motywy pojawią się na pewno w kolejnym utworze, nad którym już pracuję.

Dziękuję za rozmowę. Życzę dalszych sukcesów i wiernego, coraz szerszego grona Czytelników.

Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „wywiady”.

Brugia. Powodów, dla których warto się tam wybrać, jest wiele. W 2012 r. doszedł jeszcze jeden – Historium. To muzeum mieszczące się w samym sercu Brugii od razu stało się atrakcją dla dzieci, nawet tych mniejszych, i dorosłych (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu).

Historium – niezwykłe muzeum

brugia co warto zobaczyć

Brugia – muzeum Historium (z lewej strony)

W tym miejscu pojawia się pytanie, czym to muzeum różni się od innych i dlaczego podoba się nawet tym, którzy nie są fanami takiego spędzania czasu. Nadrzędną ideą pomysłodawców było ukazanie życia w średniowiecznej Brugii z użyciem efektów specjalnych tak, aby każdy odwiedzający to miejsce mógł „zobaczyć, usłyszeć, powąchać, poczuć i spróbować” i tym samym wyobrazić sobie realia tamtej odległej epoki. A jako że mieszkańcy Brugii są dumni z tego, iż w ich mieście mieszkał słynny malarz Jan Van Eyck, to właśnie jego uczyniono bohaterem filmowej opowieści.

W ciągu 35 minut zwiedzający odbywają swoistą podróż w czasie i przenoszą się do roku 1435. Nie siedzą, tak jak w kinie, lecz przechodzą przez kolejne pomieszczenia 3-piętrowego muzeum, oglądając, jak słynny XV-wieczny malarz tworzył obraz “Madonna kanonika van der Paele”. Historium zaskakuje: najpierw zwiedzający wchodzą w półmroku krętymi schodami do pierwszej z sal ich, gdzie ich oczom ukazuje się średniowieczna Brugia. Tam, przy jednym z kanałów, stoi 18-letni uczeń malarza, Jacob, czekając na modelkę, która ma pozować artyście. Muzyka i efekty świetlne robią wrażnie, spotęgowane jeszcze w każdej z sal przez dodatkowe doznania. I tak można poczuć na twarzy płatki spadającego śniegu czy powiew wiatru wywołany trzepotem skrzydeł ulubionej papugi Van Eycka. Innym znów razem ma się okazję dostrzec otaczającą rzeczywistość dzięki zmysłowi powonienia. Najpierw czuć delikatny zapach perfum kąpiącej się modelki, by po chwili nos doznał szoku, w związku z typowymi, nieprzyjemnymi wyziewami średniowiecznego miasta.

Wizja, w jaki sposób powstał jeden z najsłynniejszych obrazów Jana Van Eycka, zachęca do dokładniejszego przyjrzenia się płótnu. Dzieło przedstawia Maryję na tronie w otoczeniu św. Donacjana (patrona kościoła Sint Donaas w Brugii), kanonika Van der Paele i św. Jerzego. Scena rozrywa się w kościele.

Mistrz w filmie przedstawiony jest jako mężczyzna w pomarańczowym turbanie, co jest wyraźną aluzją do słynnego autoportretu Van Eycka. Po obejrzeniu dzieła filmowego można zwiedzić kolejne sale, w których znajdują się różne eksponaty związane z epoką średniowiecza, i wyjść na rozległy taras, by nacieszyć oczy rozciągającym się urzekającym widokiem. Wreszcie na dole czeka  ostatnia niespodzianka: degustacja czekolady.

brugia co warto zobaczyć

Brugia – widok na jeden z kanałów

Po zwiedzeniu Historium i średniowiecznego centrum Brugii, które znajduje się od na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO od 2000 r., warto pospacerować brukowanymi uliczkami i małymi mostami,

brugia co warto zobaczyć

Brugia – Jezioro Miłości

popatrzeć na urocze domy mieszczańskie i wybrać się w rejs łódką, aby pływając po kanałach, poczuć magię tego niesamowitego miasta. Niezmordowani powinni się udać w stronę Jeziora Miłości, gdzie koniecznie trzeba się pocałować i pomyśleć marzenie.

Brugia – Muzeum Czekolady i Muzeum Diamentów

brugia co warto zobaczyć

Słynne belgijskie pralinki

Brugii nie da się poznać w ciągu jednego dnia, dlatego warto wcześniej zaplanować, co chce się zobaczyć. Wśród wielu atrakcji znajdują się m.in. Choco-Story, czyli Muzeum Czekolady  oraz Muzeum Diamentów. W pierwszym z nich odwiedzający mają okazję zapoznać się z procesem wyrobu tego smakołyku i porównać sposoby jego produkcji od czasów Majów aż po współczesność. Po takiej wizycie nie można się oprzeć degustacji pysznych belgijskich pralinek, które kuszą w wielu witrynach sklepowych i licznych kawiarenkach.

Tak posileni możemy rozpocząć dalszy spacer, by tym razem zatrzymać się w Muzeum Diamentów przy Katelijnestraat 43. Wystawa obrazuje wydobycie tych kamieni szalchetnych, najpiękniejsze okazy i biżuterię zdobiącą najbogatszych tego świata. Ponadto codziennie o godz. 12:15 odbywa się pokaz obróbki diamentów.  Ci, którzy nabrali ochoty, aby obdarować ukochaną choćby maleńkim diamencikiem, mają do tego niepowtarzalną okazję, bo tuż obok mieści się sklep w wyrobami jubilerskimi.

Galeria Keramiek Kasper

brugia co warto zobaczyć

Brugia – Galeria Keramiek Kasper; © www.polacyzagranica.eu

Spacerując po uliczkach Brugii, warto się dobrze rozglądać, gdyż miasto pełne jest pięknych zaułków i niesamowitych miejsc. Jednym z nich jest bez wątpienia galeria porcelanowych figur Keramiek Kasper (Wijngaardstraat 22). Współczesny artysta wyrabia ceramiczne statuetki, które w zabawny sposób przedstawiają reprezentrantów różnych zawodów. Zobaczyć tam można m.in. lekarzy wielu specjalności, prawników czy marzynarzy. O tym, że warto tam wstąpić, zainteresowni mogą się przekonać, oglądając stronę www.keramiekkasper.be.

Brugia oczarowała niejednego i nawet jeśli było się tam już kilka razy, zapewne jest tam jeszcze wiele do odkrycia, choćby Bazylika Najświętszej Krwi (Heilige Bloed Basiliek), beginaż, ratusz miejski. No i koniecznie trzeba napić się kawy w najstarszym hotelu w Belgii, Relais Bourgondisch Cruyce

 

bruges-2767159_1920 bruges-2696548_1920 bruges-1288281_1920 bruges-1745363_1920 belfry-2611573_1920 brugge-486508_1920 canal-in-bruges-2724438_1920 bruges-2115481_1920 bruges-1508380_1920 bruges-1288270_1920 bruges-1566639_1920 basilica-of-the-holy-blood-1566649_1920 basilica-of-the-holy-blood-1566647_1920
<
>
Brugia - wnętrze Bazyliki Najświętszej Krwi

**

Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

 

 

Czarne, szare, beżowe, fioletowe, zielone, écru, białe, różowe … Szpilki, sandałki, czółenka, botki, kozaki, trampki, japonki… Buty! Od kiedy sięgam pamięcią, uwielbiam buty. Pamiętam buty mojej mamy, piękne, srebrno-brokatowe, sylwestrowe, na wysokim obcasie… Gdy mamy nie było w domu, wkładałam te buty i próbowałam w nich chodzić, choć miałam wtedy nie więcej niż pięć lat.

I ten mój bzik na punkcie butów został do dziś. Gdy widzę kogoś po raz pierwszy, albo gdy mam okazję obserwować ludzi, zawsze zwracam uwagę na buty i okulary, jeśli ktoś takowe nosi. Bo czyż nie jest tak, że „jak Cię widzą, tak Cię piszą”? A przecież diabeł tkwi w szczegółach…Sama przestałam już liczyć, ile mam par najróżniejszego typu obuwia. Największą pokusą jest oczywiście czas wyprzedaży. I wcale nie idę zazwyczaj specjalnie z nastawieniem kupna butów. Ot, przemierzam centrum handlowe i nie potrafię oprzeć się pokusie wejścia na chwilę do sklepów obuwniczych i rzucenia okiem na asortyment. Jeśli nie ma czegoś co mi się podoba, nie kupuję. Nie jestem zwolenniczką kupowania dla samej zasady. Co więcej, wiem z własnego doświadczenia, iż nie wszystkie piękne buty są wygodne. Mam w swojej kolekcji kilka takich par – przykuwają wzrok, są śliczne, ale nadają się tylko na oficjalne party na stojąco trwające nie dłużej niż trzy godziny i to tylko pod warunkiem, że wysiadam prawie przy drzwiach budynku, w którym organizowane jest przyjęcie.

Ale tak to już jest z kobietami – gotowe są cierpieć, żeby tylko dobrze wyglądać. Te jeżdżące samochodem mają zazwyczaj w bagażniku jedną czy dwie pary butów na zmianę. Tak się składa, że nie lubię topornych, płaskich butów, a zawsze mnie nęcą te cechujące się finezją. Gdy do tego dodać bogatą gamę kolorów, materiałów i fasonów, nawet najwięksi sceptycy powinni się zdobyć na wyrozumiałość wobec tej słabostki kobiet. Marilyn Monroe, ikona seksu, powiedziała kiedyś: ,,Nie wiem, kto wynalazł obcasy, ale wszystkie kobiety dużo mu zawdzięczają”. Wystarczy spojrzeć na jedno z najsłynniejszych zdjęć przedstawiających Marilyn z podwianą wiatrem sukienką ukazujące jej zgrabne nogi podkreślone dodatkowo obcasem delikatnych sandałków. Nie ma wątpliwości, że w butach na obcasach wygląda się bardziej sexy i z klasą, i wcale nie muszą być to kultowe szpilki od Christana Louboutina czy Jimmy Choo… Co ciekawe, szpilki stały się popularne stosunkowo niedawno, bo w latach 50-tych XX w. za sprawą Diora i okazały się fasonem ponadczasowym.

W miłości do butów nie jestem odosobniona – wszystkie moje przyjaciółki i znajome też kochają buty. Co więcej, w biurze, w którym pracuję z koleżankami z różnych zakątków świata, to właśnie buty są przedmiotem częstych rozmów w czasie przerw obiadowych. I szczerze mówiąc, najbardziej przypadła mi do gustu filozofia dziewczyny z Japonii, która na pytanie jej męża, którą parę butów kupiła, zawsze odpowiada: „Dziś tylko jedną. A dlaczego miałabym sobie odmawiać tej małej przyjemności, która czyni mnie szczęśliwą i wywołuje uśmiech na mojej twarzy?!”. I w stu procentach się z nią zgadzam! Bo o ile mężczyźni czasem narzekają, widząc kolejną parę butów ich partnerek, o tyle z przyjemnością patrzą na pełne sex-appealu nogi w butach na obcasach…

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „felietony“.

malta

Valetta, stolica Malty – widok od strony morza

Urlop i wakacje to zawsze wyczekiwany czas, kiedy można udać się na zasłużony odpoczynek. Ci, którzy mieszkają w Belgii i są zwolennikami wypoczynku zorganizowanego przez biuro podróży, powinni pomyśleć o tym z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem! Sama się o tym przekonałam, kiedy dwa czy trzy lata temu liczyłam na belgijskie oferty „last minute”. Przeliczyłam się – wybór kierunków był niezwykle ograniczony i w zasadzie dotyczył tylko krajów arabskich. Jak mnie poinformowano, rezerwacje na kolejny sezon zaczynają się już … w październiku. Nauczona doświadczeniem zadbałam o kolejne wakacje już w styczniu. Wybór padł na maleńki, wyspiarski kraj w Europie. Malta – bo to ją mam na myśli – zachwyciła mnie od pierwszej chwili. Dlaczego? Oto moich 10 powodów.

Malta - megalityczne ruiny

Malta – megalityczne ruiny

Po pierwsze – Malta to muzeum na świeżym powietrzu. Państwo ma bardzo burzliwą przeszłość ze względu na swe strategiczne położenie na Morzu Śródziemnym. Nie dziwi więc fakt, że ta wyspa należała m.in. do Fenicjan, Rzymian, Arabów, do Francji i do Anglii. To właśnie przechodzenie Malty z rąk do rąk ukształtowało jej niezwykły charakter z mnóstwem zabytków w różnych stylach architektonicznych. Najlepszym tego przykładem jest stolica – Valletta wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO ze względu na niezwykłe wprost nagromadzenie zabytków. Warto się też wybrać do Mdiny, najstarszego miasta maltańskiego i dawnej stolicy, z jej typowymi wąskimi i krętymi uliczkami. Wytrwałym polecam również  Mgarr,  gdzie znajdują się ruiny megalitycznych świątyń.

Po drugie – cudowny klimat. Na Maltę warto przylecieć o każdej porze roku – średnia roczna temperatura w dzień wynosi 23 °C, a w nocy 16 °C. W czasie wakacji jest zwykle ok. 33°C, co w połączeniu z wyspiarskim wiatrem daje odczuwalne wrażenie niższej temperatury. Do tego cudownie świecące słońce, na którego brak często narzekamy w Belgii. To wszystko sprawia, że wielu emerytów (zwłaszcza z Wielkiej Brytanii) wybiera to miejsce na życie w spokojnej starości.

Po trzecie – język. Na Malcie istnieją oficjalnie dwa języki: maltański (spokrewniony z językiem arabskim) i angielski. Każdy mieszkaniec wyspy mówi biegle po angielsku, gdyż jest to język wykładowy w szkołach. To także wyraźny wpływ angielski, bowiem w latach 1800 – 1964 Malta była kolonią brytyjską. I właśnie znajomość angielskiego jest tu niezwykle przydatna.

Po czwarte – położenie geograficzne. Malta leży w Europie Południowej, na Morzu Śródziemnym, około 80 km na południe od Sycylii. Łatwo się tu dostać samolotem: liniami Raynair z Brukseli bądź Wizzairem z Gdańska czy Warszawy. Wystarczy ok. 2,5 godziny, by znaleźć się w Republice Malty obejmującej archipelag wysp, w tym główną – Maltę, maleńkie Comino z cudnymi plażami i większe Gozo. Na Malcie można znaleźć zarówno piaszczyste plaże (głównie w zatokach Mellieha Bay i  Golden Bay), jak i kamieniste.

Marsaxlokk - najsłynniejsza wioska rybacka

Marsaxlokk – najsłynniejsza wioska rybacka

Po piąte – niezwykle bogata oferta turystyczna w połączeniu ze świetną komunikacją. Ci, którzy lubią nie tylko wypoczywać na plaży czy w basenie, ale też zobaczyć niezwykłe miejsca, mają do tego niepowtarzalną okazję. Malta to maleńki kraj o powierzchni zaledwie 316 km². Dla wyobrażenia sobie tego, wystarczy powiedzieć, że cała Republika Malty jest wielkości Krakowa, przez co wszędzie jest blisko. Gdy do tego dodać rozwiniętą sieć statków i autobusów, nie sposób oprzeć się pokusie poznania Malty z innej strony. Nie zobaczyć Valetty od strony morza, to tak jak nie być na Malcie. Otoczona murami obronnymi stolica wygląda zjawiskowo. W maltańskich wspomnieniach z wakacji nie może też zabraknąć kąpieli w Błękitnej Lagunie (The Blue Lagoon) na Comino, nurkowania na Gozo czy degustacji ryb bądź owoców morza w najsłynniejszej wiosce rybackiej Marsaxlokk. Zwiedzać Maltę można na różne sposoby: z przewodnikiem lub indywidualnie. W tym drugim przypadku niezwykle pomocny jest audiowizualny przewodnik turystyczny, który można wypożyczyć w wielu punktach turystycznych. Koszt wypożyczenia urządzenia na cały dzień wynosi 15 €, ale do tego trzeba doliczyć depozyt w wysokości 50 €.

Figurka Maryi na maltańskim domu

Figurka Maryi na maltańskim domu

Po szóste – to wyspiarskie państwo w Europie w 97 % zamieszkałe przez chrześcijan, dzięki czemu nie boryka się z problemami religijnymi destabilizującymi życie codzienne. Mieszkańcy Malty są w ogromnej części katolikami kultywującymi w niezwykły sposób Maryję i wielu świętych. Ale nie jest to kult dewocyjny. Bardzo często organizowane są liczne procesje polegające na wyprowadzeniu z kościoła posągu Matki Chrystusa, przemarszu przy dźwiękach orkiestry i powrotu do kościoła, by potem uczestnicy, przechodnie i turyści mogli bezpłatnie wziąć udział w ulicznych koncertach w wykonaniu profesjonalnych muzyków i na koniec nacieszyć oczy cudownym, 30-minutowym pokazem sztucznych ogni ku czci Maryi. Specjalnie z tej okazji zamykane są wieczorem ulice i ustawiane krzesła. Ulice są pięknie przystrojone proporcami, a mnóstwo budynków i placów zdobią postacie świętych. Maltańczycy kochają fajerwerki, toteż rozbłyskują one niezwykle często na niebie, wzbudzając zachwyt oglądających.

Po siódme – Zakon Maltański określany również mianem joannitów, kawalerów maltańskich i Suwerennego Rycerskiego Zakonu Szpitalników Świętego Jana. Ten zakon rycerski odegrał znaczącą rolę w historii Europy, walcząc z Turkami w obronie chrześcijaństwa. Malta stała się własnością joannitów w 1530 r., kiedy to zastała im podarowana przez hiszpańskiego króla Karola V, i była zarządzana przez kawalerów maltańskich do 1798 r. Jednym z najsłynniejszych wydarzeń było zwycięskie odparcie Turków w czasie 4-miesięcznego Wielkiego Oblężenia w 1565 r. Bracia zakonni pod wodzą wielkiego mistrza zakonu – Jeana de la Valette stawili opór nieprzyjaciołom i zahamowali rozwój terytorialny Imperium Osmańskiego. Trzeba wiedzieć, iż stolica, Valetta, została zbudowana od zera przez rycerzy zakonu według projektu włoskich artystów.

 

Będąc na Malcie, należy więc koniecznie zobaczyć Pałac Wielkich Mistrzów i imponujące fortyfikacje, pamiętając jednocześnie, iż joannici nie tylko walczyli, ale też prowadzili bardzo nowoczesne jak na tamtą epokę szpitale.

Po ósme – kuchnia maltańska. I smakosze, i wybredne niejadki poczują się na Malcie jak w raju. Dlaczego? Bo kuchnia tego kraju pełna jest wpływów włoskich, arabskich, francuskich i angielskich. W menu można znaleźć zarówno potrawy z makaronu, ryżu, owoce morza, jak i całe bogactwo warzyw. Szczególnie znane i warte polecenia są: kawlata (zupa jarzynowa z maltańskimi kiełbaskami), fenek biz-zalza (królik z dodatkiem cebuli, ziół i wina), torta tal-fenek (pasztet z królika), qarnita – ośmiornica (smażona w czosnku lub duszona w sosie z czerwonego wina). A do tego maltańskie wino…

Po dziewiąte – mili i serdeczni mieszkańcy, ciekawe połączenie temperamentu południowców i Anglików. To wyjaśnia ich zdyscyplinowanie i punktualność, więc udając się na wycieczkę, warto być w umówionym miejscu zawsze na czas, żeby nie być zaskoczonym, że statek odpłynął lub autobus wycieczkowy odjechał. Maltańczycy są na ogół uśmiechnięci i łatwo nawiązują kontakt również z turystami. Ich zadowolenie z życia znajduje odzwierciedlenie w światowym rankingu, gdzie zajmują 14 miejsce.

Po dziesiąte – koszty pobytu oraz cena rozrywek. Ceny wyjazdu zależą od kategorii miejsca noclegowego i od tego, czy ofertę kupuje się przez biuro podroży, czy też znajduje się ją samemu. Malta oferuje mnóstwo apartamentów do wynajęcia już od ok. 500 € tygodniowo. Wystarczy wybrać miejsce w pobliżu plaży, sklepów spożywczych, bo bary, tawerny i restauracje znajdują się prawie wszędzie. Ceny produktów żywnościowych zarówno tych w sklepie, jak i dań zamawianych w restauracji mile zaskakują w porównaniu z drogą Belgią. Jak to możliwe? Malta to raj podatkowy nie tylko dla przedsiębiorców, ale rownież dla mieszkańców, którzy cieszą się licznymi przywilejami podatkowymi, co znajduje natychmiast odzwierciedlenie w cenach.

Nie ma więc na co czekać, tylko już dziś zacząć przeczesywać Internet, by zaplanować cudowne wakacje na Malcie. Wierzcie mi, nie będziecie rozczarowani! Wystarczy spojrzeć na zdjęcia zdobiące mój artykuł…

 

Malta.jpg IMG_20150722_104317002 DSCN2846 IMG_20150725_153152237 malta 1 malta bay-window-604266_1920 malta-hilly city IMG_20150725_161112965 Mdina IMG_20150722_131102998 IMG_20150722_162235911 DSCN3148 DSCN2863
<
>

Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w Królestwie Belgii, Artur Orzechowski

Panie Ambasadorze, przede wszystkim dziękuję za znalezienie czasu na udzielenie tego wywiadu. Cieszę się, że mam okazję przybliżyć czytelnikom Pańską sylwetkę. Funkcję Ambasadora RP w Królestwie Belgii objął Pan w sierpniu 2016 r. Jak wyglądała Pana wcześniejsza kariera? 

Po ukończeniu studiów na wydziale romanistyki na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie i Krajowej Szkoły Administracji Publicznej w Warszawie rozpocząłem pracę w dyplomacji. Od 1994 r. pracowałem kolejno w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Warszawie, a później na placówkach dyplomatycznych w Montrealu, Waszyngtonie i Brukseli. Funkcję Ambasadora Rzeczypospolitej Polskiej w Brukseli objąłem pod koniec sierpnia 2016 r., ale stolica Belgii nie była mi obca, gdyż w latach 2007 – 2008 byłem zastępcą Ambasadora przy NATO.

Jak ocenia Pan stosunki polsko-belgijskie i czy miał Pan już okazję spotkać się z królem Philippem i królową Matyldą, która – nawiasem mówiąc – ma polskie korzenie?

Stosunki polsko – belgijskie są dobre. Łączy nas historia i relacje w ramach UE i NATO. Wszystko zaczęło się w 1830 r., w roku powstania państwowości belgijskiej, kiedy to do Belgii zawitała pierwsza fala polskich emigrantów popowstaniowych. Wiek XX z kolei przyniósł emigrację związaną najpierw z polskimi górnikami w belgijskich kopalniach, a następnie z żołnierzami generała Maczka wyzwalającymi Belgię spod okupacji niemieckiej, potem emigrację polityczną w czasach PRL-u i w końcu tę najnowszą, już po wstąpieniu Polski do struktur Unii Europejskiej. Już jako Ambasador RP miałem okazję spotkać się zarówno z królem Philippem, w październiku ubiegłego roku, w czasie spotkania uwierzytelniającego mój pobyt w Belgii, jak również z królową Matyldą w czasie przyjęcia noworocznego w Pałacu Królewskim. To spotkanie utkwiło mi szczególnie w pamięci ze względu na zaskakujące spostrzeżenie: królowa Matylda powiedziała kilka słów po polsku i – co szczególnie miłe dla ucha – bez obcego akcentu.

Jakie są Pana główne priorytety podczas misjii dyplomatycznej w Belgii?

Mam w tym zakresie trzy priorytety. po pierwsze – rozwijanie przyjaznych stosunków polsko-belgijskich przez dwustronne wizyty. W 2018 r. będziemy obchodzić 100-lecie polskiej niepodległości, a w 2019 r. – 100-lecie relacji polsko-belgijskich, co bez wątpienia będzie okazją do licznych spotkań. Po drugie – planuję rozszczerzyć współpracę z Polonią i Polakami mieszkającymi w Belgii. I wreszcie po trzecie – chcę zająć się promocją Polski wśród Belgów poprzez przybliżenie walorów turystycznych, kultury i historii naszego kraju. Temu właśnie będą służyły wizyty w belgijskich instytuacjach na szczeblu federalnym, regionalnym, jak i prowincjonalnym. Oczywiście planuję też czynnie uczestniczyć w wydarzeniach organizowanych przez biura polskich przedstawicielstw regionalnych.

Jakie są Pańskie plany w zakresie współpracy z Polonią mieszkającą na terenie Belgii?

Jak już częściowo wspomniałem, chcę dobrze poznać środowiska Polonii zamieszkującej Belgię, zarówno przedstawicieli starszej, jak i młodszej generacji. Dlatego właśnie dość często wyjeżdżam poza Brukselę, do Charleroi, Antwerpii i Gandawy. Ale moim celem jest też poznanie polskich placówek oświatowych działających w Belgii oraz środowiska artystycznego. Chcę, aby budynek polskiej Ambasady przy Av. Gaulois był otwarty dla wszystkich Polaków i temu właśnie służą często organizowane tam spotkania.

Jak Pan ocenia, czy w obecnej sytuacji, gdy Unia Europejska przeżywa swoisty kryzys, Polska powinna myśleć o wstąpieniu do strefy euro?

Pytanie jest przedwczesne. Unia Europejska przeżywa w tej chwili zawirowania polityczne związane z Brexitem, sytuacją na wschodzie Ukrainy, z terroryzmem, migracją, polityką Rosji, czy też z objęciem prezydentury przez Donalda Trumpa. To wszystko skłania do głębszego zastanowienia nad przyszłym kształtem Europy. Wprowadzenie euro w Polsce będzie wymagało poważnej dyskusji i będzie decyzją Rządu RP opartą o przesłanki polityczne i ekonomiczne.

Co mógłby Pan poradzić młodym ludziom myślącym o karierze w dyplomacji?

Młodzi Polacy, którzy chcą spróbować przygody w dyplomacji, muszą być absolwentami wyższej uczelni, muszą posiadać tytuł magistra i znać języki obce, przy czym znajomość tych mniej popularnych jest atutem. Kandydatów powinna też cechować otwartość umysłu na to, co się dzieje w Polsce i za granicą. Mając takie zaplecze edukacyjne, mogą złożyć aplikację do Akademii Dyplomatycznej przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Trzeba przyznać, że dostać jest się niełatwo, a kandydaci przechodzą kilka poziomów selekcji mającej wyłonić najlepszych. Ci, którzy zostaną zakwalifikowani, uczęszczają przez półtora roku na intensywne szkolenie w zakresie dyplomacji i stosunków międzynarodowych. Zwieńczeniem tego procesu jest zdanie trudnego egzaminu końcowego, który otwiera drogę do pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Warto wspomnieć, że MSZ jest otwarte na absolwentów wszystkich uczelni wyższych, gdyż potrzebuje specjalistów z różnym bagażem przygotowania zawodowego.

A co z Pańskim hobby? Czy przy tak napiętym harmonogramie dnia codziennego znajduje Pan jeszcze czas na realizację własnych zainteresowań?

Moim hobby są podróże. Przyznam szczerze, że z przyjemnością wykorzystuję każdą wolną chwilę, aby zobaczyć to, czego jeszcze nie widziałem. Belgia w tym zakresie jest niezwykła: ze względu na to, że to mały kraj, łatwiej go poznać dogłębnie. Niedawno byłem w Knokke, De Haan i Lier.

Wydmy w Knokke

To ostatnie wymienione miasteczko zauroczyło mnie bez reszty. Mało kto o nim słyszał, a ma wiele do zaoferowania, jak chociażby: beginaż wpisany na listę światowego dziedzictwa UNSECO, rokokowy ratusz i niezwykłą wieżę zegarową. Zdjęcia z moich podróży, tych bliższych i nieco dalszych, zamieszczam na twiterze Ambasady zatytułowanym „Belgia oczami turysty”.

Życie Ambasadora można by porównać do życia podróżnika. Co jest tak pociągającego w tym zawodzie?

Ministerstwo Spraw Zagranicznych jest niezwykłym miejscem pracy. Daje możliwość służenia Polsce, a jednocześnie poznania wielu ludzi, miejsc i różnych kultur. Ze wszystkich miejsc, w których służbowo mieszkałem, najbardziej cenię Waszyngton ze względu na niezwykłą atmosferę i warunki życia.

Mówiąc o podróżach, nie mogę się oprzeć pokusie zadania pytania o wymarzoną, prywatną wyprawę.

Miami

Nie ukrywam, że zauroczyły mnie Stany Zjednoczone. Chciałbym móc wybrać się w kilkutygodniową wyprawę i zwiedzić USA od Bostonu po Miami i od Seattle aż do Los Angeles. Na to potrzeba by około sześć tygodni, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam wybrać.

Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów w pracy oraz realizacji wszelkich zamierzeń zawodowych i prywatnych.

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.

Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „wywiady”.