Marzy Wam się weekend sielski i anielski w Belgii, bo póki co dalej pojechać się nie da? Jest na to sposób! Na odkrycie czekają średniowieczny zamek Vêves oraz Celles, jedna z najbardziej malowniczych wiosek leżąca zaledwie 10 km od Dinant, o którym pisałam TUTAJ. Celles nie jest powszechnie znane. Dzięki temu można się tam cieszyć ciszą i spokojem oraz poczuć atmosferę minionych epok, spacerując wąskimi uliczkami wśród domów zbudowanych z wapienia. Co więcej, to nietuzinkowa propozycja na spontaniczny wyjazd we dwoje lub z rodziną, zwłaszcza że w obecnej chwili powinniśmy raczej unikać zatłoczonych miejsc…
Celles – malownicza wioska w Belgii
Urocza wioska Celles położona jest w dolinie otoczonej czterema wzgórzami i słynie z tradycyjnych, wapiennych domów. W części z nich mieszczą się małe, rodzinne hotele i restauracje oferujące lokalne specjały. Wiosną i latem prawie każde zabudowanie zdobią różnokolorowe kwiaty.
Początki Celles sięgają VII w. Wtedy właśnie przybył tu mnich Hadelin i zamieszkał w pustelni na wzgórzu. W obecnej chwili na terenie dawnego eremu mieści się ozdobiona półkolistymi arkadami dwukondygnacyjna, XIX-wieczna budowla w stylu neoromańskim zamieniona w przedszkole i szkołę. W skład kompleksu wchodzi również kaplica, a pośrodku na dziedzińcu stoi pomnik św. Hadelina.
Ci, którzy dotarli tutaj, powinni również poświęcić czas na spacer po Drodze Krzyżowej. Mieści się ona na zboczu wzgórza, z którego rozpościera się widok na kolegiatę zbudowaną z wapienia i piaskowca. To prawdziwe arcydzieło sztuki romańskiej zostało wzniesione w stylu mozańskim w XI w. przez uczniów św. Hadelina.
Podziwiając wnętrze, warto zwrócić uwagę na krypty, kamienne stacje drogi krzyżowej i stalle. I choć kolegiata była kilkukrotnie przebudowywana, zaskakuje swoją jednorodnością. W jej wnętrzu mieści się nagrobek syna i żony Louisa de Beaufort, jednego z właścicieli pobliskiego zamku Vêves, który uczestniczył w walkach o Dinant w XV w.
Celles to oaza ciszy i spokoju. Przechadzając wąskimi uliczkami wioski, zwrócić uwagę na detale architektoniczne zdobiące fasady domów. No i oczywiście trzeba udać się na spacer do feudalnego zamku Vêves oddalonego o zaledwie dwa kilometry.
Zamek Vêves – strażnik czasu i historii
Pierwszych właścicieli, ród Beaufort, przyciągnęły do tego miejsca działalność ewangelizacyjna św. Hadelina i jego uczniów oraz położenie na wzgórzu gwarantujące charakter obronny. Dlatego właśnie zdecydowali się na zbudowanie w tym miejscu zamku-twierdzy Vêves dominującego nad starą drogą wiodącą z Dinant do Rochefort. Ale z tego okresu zachowały się jedynie fundamenty, na których wzniesiono w XIII w. kolejny zamek obronny, który 200 lat później strawił ogień.
Prawdziwy rozkwit przyniosła dopiero epoka renesansu: po pożarze, budowli nadano dzisiejszą formę z wewnętrzną, drewnianą galerią. Członkowie rodu Beaufort, a potem ich potomków – hrabiów Liedekerke zapisali się na kartach historii: brali m.in. udział w krucjatach i walkach o Dinant oraz wybudowali sanktuarium, zastąpione obecnie przez kościół Notre-Dame de Foy, miejsce pielgrzymek. Stało się tak w XVII w. za sprawą ściętego dębu, wewnątrz którego drwal odkrył figurę Matki Boskiej, którą następnie przetransportowano do zamku w Vêves, gdzie wywołała cuda. W XX w. hrabia Christian de Liedekerke-Beaufort utworzył organizację non-profit, aby udostępnić zamek szerokiej publiczności.
Wtedy również przeprowadzono gruntowną renowację. Zwiedzający mogą oglądać w zamku głównie XVIII-wieczne meble, porcelanę, obrazy właścicieli i inne pamiątki rodzinne.
Wioska Celles i zamek Vêves leżą w prowincji Namur i czekają na odkrycie. Ale uwaga, zmotoryzowani powinni być uważni, wpisując adres do GPS, ponieważ w Belgii są dwie wioski o tej samej nazwie leżące zupełnie gdzie indziej! Opisane tu Celles (kod pocztowy 5561) jest częścią gminy Houyet. A ci, którzy zdecydują się zostać tam na weekend, też nie będą się nudzić – w odległości 10 km znajduje się urocze miasteczko Dinant i kolejny piękny zamek Freyer, o którym pisałam TUTAJ.
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”, a jeśli wybierasz się do Belgii, mogą zainteresować Cię artykuły poświęcone Brukseli, Brugii, parkowi Pairi Daiza, Buillon, Villers-la-Ville, Hallerbos, Tongeren, Kortrijk, Mariemont, Aalst, Gaasbeek, Groot-Bijgarden.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Witajcie w belgijskim uzdrowisku Spa, które powoli acz sukcesywnie odzyskuje swój dawny blask. To miasteczko, od którego nazwę wzięły popularne na całym świecie centra odnowy biologicznej, oferuje odpoczynek w sielskiej atmosferze pośród rozległych lasów.
Co więcej, w 2020 r. ubiega się o miano najpiękniejszego europejskiego uzdrowiska i wpisanie na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na tym polu rywalizuje z m.in. z Baden Baden, Vichy, Bath, Karlovymi Varami i Mariańskimi Łaźniami, o których pisałam TUTAJ. Ale po kolei!
Krótka historia Spa
Miasto nazywane „kawiarnią Europy” jest znane od sześciu wieków dzięki leczniczemu działaniu tutejszych wód. A wszystko zaczęło się w 1559 r., gdy lekarz Gilbert Lymborh napisał i opublikował pracę naukową o źródłach wybijających w Spa. Publikacja została przetłumaczona na kilka języków obcych i stała się swoistym bestsellerem.
Wkrótce zamożni mieszkańcy Europy zaczęli przyjeżdżać do Spa, aby odkryć zalety źródlanej wody. Ale drogi wiodące do wybijających źródeł były wówczas kamieniste i wyboiste, więc przedsiębiorczy mieszkańcy zaczęli produkować eleganckie drewniane laski, a potem inne przedmioty z drewna, które z czasem stały się luksusowymi prezentami rozpoznawalnymi w całej Europie. Miasto stopniowo bogaciło się również za sprawą eksportowanej od początku XVII w. butelkowanej wody mineralnej.
Epoka glorii i chwały uzdrowiska przypada na XVIII w., a to za sprawą cara Piotra Wielkiego, który w czasie pobytu tutaj doświadczył na sobie działania leczniczych wód. Wkrótce potem do Spa zaczęła licznie przybywać burżuazja z całej Europy. Kuracjusze chcieli tu zaznać „la dolce vita”, czyli szczęśliwego życia. Nie tylko więc leczyli się, ale i spędzali czas towarzysko, uczestnicząc w balach, wystawnych kolacjach, randkując w Parku Siedmiu Godzin (le Parc de Sept Heures) i grając w kasynie. Wizyty znamienitych gości, w tym króla Szwecji Gustawa III, cesarza Józefa II, francuskiego pisarza Victora Hugo i włoskiego uwodziciela Casanovy, przyczyniły się do powstania pięknych hoteli oraz rozwoju infrastruktury, zapewniając bogactwo mieszkańcom miasta.
Okres świetności zakończyła rewolucja francuska i potężny pożar miasta w 1807 r. Dawny blask próbował przywrócić Wilhelm Orański, król Niderlandów, który chciał uczynić ze Spa najważniejsze uzdrowisko z Europie. To z jego rozkazu powstał nowy budynek, mieszczący jedno ze źródeł. Do dziś dnia zachowały się po nim jedynie cztery kolumny w Parku Siedmiu Godzin, ale sentyment Holendrów do tego miasta pozostał.
W drugiej połowie XIX w. uzdrowisko odrodziło się za sprawą królowej Marie-Henriette, żony Leopolda II. Belgijska monarchini zamieszkała w willi Royale. W tym okresie zwanym „la Belle Epoque” powstały w mieście wspaniałe rezydencje i luksusowe sklepy. Niestety, intensywny rozwój Spa zakończył się wkrótce po śmierci królowej, wraz z wybuchem I wojny św.
Atuty belgijskiego uzdrowiska Spa
Spa cieszy się popularnością nie tylko wśród Belgów, ale i wśród mieszkańców sąsiednich krajów: Holandii, Niemiec i Luksemburga. Nic dziwnego, skoro położone jest tak blisko każdego z tych państw i ma tyle do zaoferowania.
1.Lecznicze wody termalne
Spa znane było już w czasach rzymskich i stało się kolebką nowoczesnego uzdrowiska za sprawą leczniczych właściwości wód wybijających w pobliskich źródłach. Przełomowym momentem była wizyta cara Rosji – Piotra I Wielkiego. To za jego sprawą w XVIII w. Spa stało się sławne w całej Europie, co zresztą upamiętnia pomnik cara przed wejściem do punktu informacji turystycznej. W tamtych czasach leczenie polegało na piciu wód leczniczych wybijających z kilku znanych tu źródeł: Piotra Wielkiego, Géronstère, Barisart, Tonnelet, a także najstarszego – Sauvenière i Groesbeek. Dopiero w XIX w. zmieniono formę leczenia na balneoterapię, czyli zabiegi rehabilitacyjne z wykorzystaniem wód leczniczych o różnych temperaturach, gazów i peloidów, w tym borowin i błota. Te zabiegi przeprowadzano w pięknym budynku łaźni termalnych, które zostały oddane do użytku w 1868 r. i działały aż do 2003 r. Pierwotne łaźnie przechodzą teraz gruntowną renowację, a na kuracjuszy czeka nowoczesne centrum termalne działające od 2004 r. Można się do niego z łatwością dostać, wjeżdżając kolejką na szczyt. To idealne miejsce dla pragnących relaksu i odpoczynku, w myśl zasady: „W zdrowym ciele, zdrowy duch”.
2. Atrakcje dla aktywnych
Położone w dolinie Spa otoczone jest lasami obejmującymi obszar 13 ha. Region z oznaczonymi szlakami cieszy się dużą popularnością wśród fanów nordic walking, czyli chodzenia z kijkami. Z myślą o nich przygotowano trasy o długości 5 km, 10 km, 20 km i 30 km.
Ale nie zapomniano również o rodzinach z dziećmi. I to właśnie dla nich przeznaczono dwie atrakcje: pociąg turystyczny pozwalający odkryć wszystkie źródła termalne wybijające w Spa oraz trasy spacerowe o różnym stopniu trudności. Zainteresowanym polecam zainstalować aplikację „Cirkwi”, która zawiera mapy, wskazuje odległości, zawiera zdjęcia i opisy. Ci, którzy lubią zwiedzanie z przewodnikiem, powinni skorzystać ze spaceru z pochodniami, aby w okresie Halloweenu i Bożego Narodzenia, w tajemniczej atmosferze, odkryć mniej znane zakątki Spa i okolic. Lubiący wyprawy rowerowe też poczują się tu jak w raju. A pragnący jeszcze więcej emocji, mogą zawitać do szkółki jeździeckiej, na pole golfowe lub do pobliskiego aeroklubu „Royal Aero Para Club de Spa”, żeby okiełznać swój strach i skoczyć ze spadochronem. Zimą też nie można się tu nudzić, gdyż dla lubiących szusować po stokach przygotowano trasy narciarskie.
3. Tor Grand-Prix Spa-Francorchamps
Ta atrakcja powstała w 1921 r. na potrzeby Grand Prix Belgii. W związku z tym, że tor okazał się zbyt niebezpieczny, w latach 70-tych poddano go modernizacji i od 1983 r. znów odbywają się tu wyścigi cieszące się niesłabnącą popularnością wśród fanów adrenaliny.
4. Jedno z najstarszych kasyn świata
Symbolem „la dolce vita” są również prawdziwie luksusowe samochody, które stanowią codzienny widok na ulicach Spa. Ich właścicieli przyciąga do tego miasta drugie najstarsze kasyno świata. „Casino de Spa” zostało zbudowane w 1763 r., ale na przestrzeni wieków przeszło gruntowną przebudowę. Stało się tak z powodu pożaru, jaki tu wybuchł w czasie I wojny św. W odbudowanych wnętrzach jaskini hazardu można zagrać w blackjacka, ruletkę i pokera.
5.Festiwal muzyki i sztuki
Odwiedzający Spa mogą sobie również osłodzić życie udziałem w „Les Francofolies de Spa”, czyli w największym wydarzeniu muzycznym w Belgii dla artystów francuskojęzycznych.
Jest ono organizowane od 25 lat w lipcu i w ciągu trzech dni gości wiele gwiazd. W tym roku w programie były przewidziane występy m.in. Vanessy Paradis, Mika i Christophe Maé, ale koncerty zostały przesunięte na 2021 r. z powodu pandemii.
W Spa pomyślano również o wielbicielach teatru. W sierpniu odbywa się tu 12-dniowy „Le Festival Royal de Spa”, w czasie którego widzom prezentowana jest cała gama przedstawień od klasycznych, przez satyryczne, sztuki dla dzieci, wystąpienia cyrkowe, musicale, koncerty aż po spektakle połączone z kolacją, po których można rozmawiać z artystami.
6.Park Siedmiu Godzin (le Parc de Sept Heures)
Znajdujący się w centrum miasta Park Siedmiu Godzin powstał w XVIII w. i zawdzięcza swą nieco śmieszną nazwę kuracjuszom. Dlaczego? Ponieważ w przeszłości leczyli się oni, pijąc wybijające ze źródeł wody, które należało strawić. A według ówczesnych lekarzy potrzeba było na to siedem godzin.
W parku znajdują się XIX-wieczne eklektyczne budynki, w tym żelazno-szklana Galeria Leopolda II i Pawilon Królowej Marii-Henrietty oraz liczne pomniki: kompozytora Giacomo Meyerbeera, który regularnie tu przyjeżdżał w latach 1829 – 1860, urodzonego w Spa pisarza i poety Jean d’Ardenne, czy Marszałka Ferdynanada Focha. Przybywający mogą zagrać w parku w mini-golfa, przekąsić coś w hotelowej restauracji „La Tonnellerie” lub wjechać kolejką do term, skąd rozciąga się imponujący widok.
7. Willa Królewska (la Villa Royale)
Ta willa kupiona przez królową Marie-Henriette w 1894 r. stanowiła jej wiejską rezydencję aż do śmierci w 1902 r. Potem budynek wykorzystywano jako sąd, komisariat policji i punkt pomocy dla Czerwonego Krzyża, aż w końcu zamieniono go w muzeum, w którym dziś można oglądać zdjęcia, przedmioty, plakaty, stare dokumenty i filmy ukazujące życie arystokracji w tzw. „la Belle Epoque”. Tym mianem określano okres ok. 1870-1914, gdy zamożna burżuazja przemysłowa uciekała z miast w poszukiwaniu natury, alternatywy dla nudy i przyjemności życia. Pobyt w Spa był równoznaczny ze spacerami, wyścigami konnymi i przejażdżkami samochodowymi, koncertami, wyjściami do teatru, kasyna i wszelkimi atrakcjami, które miały umilać pobyt.
Wyjazd do belgijskiego Spa to pomysł na osłodzenie sobie życia przez doznanie różnorodnych przyjemności, w tym rozkoszy dla podniebienia. Więc aby w pełni doświadczyć „la dolce vita”, warto spróbować lokalnych specjałów: piwa „Bobeline” w jego licznych odmianach, likierów „Extrait de Spa” i „La Rosée de Spa” oraz słynnych pralinek Jean-Loup Legranda. Bo jak powiedział Eugène Delacroix: „Tajemnica szczęścia nie leży w posiadaniu rzeczy, ale w rozkoszowaniu się nimi”…
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
„Nasze Wyjazdy” to biuro podróży i polonijna grupa turystyczna, która w październiku 2021 będzie obchodzić 30-lecie swojego istnienia. Jak zrodził się pomysł takiej działalności?
Może na początek małe wyjaśnienie. Nigdy na przełomie tych trzydziestu lat nie używaliśmy słowa „biuro”. Dość przekornie nazwaliśmy się polonijną grupą turystyczną „Nasze Wyjazdy”. Jedyną modyfikacją, jaką wprowadziliśmy w dobie Internetu, było dodanie domeny „eu” w nazwie strony, gdyż uznaliśmy to za istotną zmianę na miarę czasu i miejsca, w jakim nam przyszło nam żyć…
Sama idea organizacji wycieczek zrodziła się w Polskiej Misji Katolickiej za sprawą ówczesnego rektora, o. Leona Brzeziny. Były lata 90-te, czyli bardzo trudny okres w dziejach belgijskiej Polonii. Setki naszych rodaków gromadziło się wówczas w obrębie kaplicy przy rue Jourdan, oczekując na jakąkolwiek pomoc. We wspieraniu rodaków wyróżniali się szczególnie śp. Teresa Gałązka, dr Waldemar Fiałkowski i śp. Bolesław Mikołajczyk. W końcu przyszła kolej na mnie… W ostatnich dniach września 1991 zostałem wezwany do gabinetu Ojca Rektora, który powitał mnie słowami: „Będziesz jeździł z ludźmi na wycieczki. Przecież nie samym chlebem i pracą żyje człowiek. Musimy dać ludziom trochę wytchnienia od trudów dnia powszedniego”. I tak się zaczęła moja przygoda z turystyką zorganizowaną. Niezwykle pomocne okazały się moje zamiłowanie do historii i geografii oraz łatwość nawiązywania kontaktów.
Jak Pan wspomina pierwszy wyjazd?
Nigdy go nie zapomnę. Był 13 października 1991 r., a my jako cel obraliśmy Paryż. To była jednodniowa, niedzielna wycieczka, bo zaczynaliśmy od takich właśnie krótkich eskapad.
Od tego czasu odwiedziliśmy Paryż 355 razy! Dość powiedzieć, że blisko 18 tys. rodaków mogło podziwiać piękną stolicę Francji, która cieszyła się bardzo dużym zainteresowaniem. Zawsze starałem się przygotowywać ciekawostki i interesujące historie, gdyż jestem przeciwnikiem podawania suchych faktów i danych z encyklopedii, które i tak ulatują z pamięci.
30 lat to długi okres, na przestrzeni którego w turystyce zaszło wiele zmian. Co więcej, Thomas Cook, jedno z najstarszych biur podróży istniejące od 1841 r. ogłosiło upadłość, co zszokowało turystów. Na czym polega fenomen Pana działalności?
30 lat to jedno pokolenie, to przeskok do ery komputerów, Internetu i telefonów komórkowych, czyli do świata szeroko rozumianych mediów. … Wielkie biura, w tym Thomas Cook, to molochy nastawione finalnie na zarabianie ogromnych pieniędzy. Cóż, nie możemy się z nimi porównywać, choć wspólny mianownik stanowi zamiłowanie ludzi do podróży. Mówiąc o fenomenie działalności, chcę podkreślić, że nadrzędnym celem było i jest, aby nasze wyjazdy wnosiły jak najwięcej w życie każdego z uczestników. Dlatego oprócz profesjonalnych przewodników staramy się zapewniać dodatkowe atrakcje integrujące grupę i wspólną zabawę, słowem, aby każdy znalazł coś dla siebie.
Rok 2020 przewrócił do góry nogami świat podróży za sprawą pandemii. Branża turystyczna bardzo na tym ucierpiała. Jak Pan sobie radzi z prowadzeniem działalności w tych trudnych czasach?
Tak, rok 2020 nie ma odnośnika nie tylko w branży turystycznej. Nie było czasu na przygotowanie się, dlatego śmiem twierdzić, iż w turystyce jest najgorzej… Jak wygląda sytuacja w grupie „Nasze Wyjazdy.EU”? Cóż, zaplanowane na ten rok wyjazdy pod hasłem „Majówka w Emiratach Arabskich”, „Pielgrzymka do Ziemi Świętej i Egiptu” oraz „Włochy od Wenecji do Watykanu” zostały przeniesione na 2021 r.
W lipcu przyszłego roku planujemy również zorganizować pierwszy wyjazd promujący regiony Polski. Zaczniemy od gór, pod hasłem „Od Karkonoszy do Tatr”. Nowością jest możliwość zabrania na ten wyjazd członków rodziny lub znajomych mieszkających w Polsce. Wszyscy uczestnicy – i ci z Belgii, i ci z Polski – spotkają się na warszawskim lotnisku Okęcie i wspólnie wyruszą na wycieczkę. Co więcej, wycieczkowiczom z regionu Podlasia oferujemy dowóz na lotnisko F. Chopina.
Jaki jest profil Pana klienteli?
Przy tak postawionym pytaniu muszę powiedzieć całą prawdę bez owijania w bawełnę i upiększania. Może to jedyna okazja, aby niektóre sprawy ujrzały światło dzienne… Jak już wspominałem, nasza wyjazdowa działalność rozpoczęła się pod patronatem Polskiej Misji Katolickiej, więc siłą rzeczy pierwsi uczestnicy reprezentowali emigrację zarobkową kiedyś w większości pracującą na „czarno”. Dziś zdecydowana większość uczestników naszych wyjazdów to panie pracujące w titres-servisach, często zresztą poniżej możliwości związanych z wyuczonym zawodem. Tak więc nie jesteśmy partnerem do wspólnych wyjazdów dla sporej grupki naszych rodaków… No cóż, żyjemy dzięki Bogu w wolnym świecie. Nigdy nikogo nie pytam, skąd pochodzi. Jeżeli zainteresowanemu odpowiada program i potrafi zaakceptować warunki wyjazdu grupowego, witamy na pokładzie! Zależy mi na każdym, kogo interesuje poznawanie świata.
Jakie jest motto Pana działalności?
Za moje słowa przewodnie uznaję piękną maksymę widniejącą na gmachu Giełdy w Amsterdamie: „Wykorzystaj swój czas, to jest twoja godzina”. Naprawdę nie warto tracić ani chwili na błahe sprawy. Czas koronawirusa dokładnie uzmysłowił nam, co znaczy zamknięcie i reżim…
W Pańskiej aktualnej ofercie pojawiają się egzotyczne kierunki, takie jak Emiraty Arabskie, Ziemia Święta, Sri Lanka i Malediwy. Proszę uchylić rąbka tajemnicy, jak nawiązuje Pan kontakty z polskojęzycznymi przewodnikami, którzy mieszkają w tych odległych krajach.
W tym przypadku Emiratów Arabskich i Ziemi Świętej mówimy o wyjazdach przełożonych na 2021 r. Nowością jest 11-dniowy wyjazd na Sri Lankę i Malediwy zaplanowany na 15 lutego 2021. Do każdego z wyjazdów przygotowuję się bardzo starannie, a przy wyborze przyszłych przewodników i miejscowych kontrahentów współpracuję od wielu lat ze sprawdzonymi biurami podróży z Polski.
Jakie jest kryterium wyboru kolejnych przygotowywanych ofert podróży?
Bardzo często propozycje wyjazdów wysuwają wierni od lat uczestnicy. Bywa więc i tak, że lista zapisów na konkretną wycieczkę zapełnia się w ciągu tygodnia, co czasami powoduje posądzenie mnie o kolesiostwo. Prawie nigdy nie wyjeżdżamy w to samo miejsce dwukrotnie. Wyjątek stanowiły wyprawy do Andaluzji i Ziemi Świętej. Myślami już jestem w 2022 r. To właśnie na ten rok zaplanowałem dwa wyjazdy: pierwszy – „Japonia szlakiem samurajów, czyli od Tokio do Hiroszimy i Nagasaki” wraz z przejazdem najszybszą na świecie koleją Shinkanse, oraz drugi „Perły Azji” z przelotem do Singapuru i rejsem statkiem po kolejnych azjatyckich krajach. Program jest już gotowy, a wspaniały, sprawdzony pilot i przewodnik zarezerwowany.
Z jakimi wyzwaniami musi się Pan zmierzyć, planując wyprawy w tak odległe miejsca?
Planując dalekie wyjazdy, muszę brać pod uwagę uwarunkowania klimatyczne, wizy, szczepienia i ubezpieczenia (obowiązkowe i te dobrowolne jak chociażby od chorób przewlekłych i całkiem nowe – od Covid-19). Z tego powodu zapisy ruszają z dużym wyprzedzeniem, a my bardzo często rozkładamy opłaty za nasze wyjazdy na trzy wygodne raty, co jest dużym ułatwieniem dla uczestników.
Jakie wydarzenie związane z wyjazdem utkwiło Panu szczególnie w pamięci?
Bez wątpienia były to zaręczyny dwójki naszych uczestników w Szanghaju w 2019 r., w czasie wycieczki pod hasłem „Od Pekinu do Szanghaju”. Tego z pewnością nie da się zapomnieć!
Reklama to ważna część działalności mająca na celu pozyskanie nowych klientów i utrwalenie wizerunku firmy. Jak promuje Pan „Nasze Wyjazdy”?
Reklama kojarzy mi się z wielkimi firmami nastawionymi na maksymalny zysk. Gdy zaczynaliśmy naszą działalność, opieraliśmy się głównie na tzw. poczcie pantoflowej i ogłoszeniach Polskiej Misji Katolickiej. Z czasem, w miarę rozwoju telefonii komórkowej i Internetu, starałem się dopasować do tych wymogów. Założyłem pierwszą stronę internetową, która jest koniecznością w dzisiejszych czasach. Ale najlepszą formą reklamy jest rekomendacja zadowolonych uczestników, którzy zapisują się na kolejne wyjazdy.
Jaki jest poziom Pana motywacji do dalszej działalności w branży turystycznej, zważywszy, że obecna pandemia rozłożyła na łopatki rynek podróży?
Na pandemię Covid-19 nikt nie był odpowiednio przygotowany. Turystyka tym bardziej… Nasze długie przygotowania poszły na marne, gdyż zaplanowane wyjazdy trzeba było po prostu przesunąć na rok 2021. W tym kontekście jestem niezmiernie wdzięczny tym wszystkim, którzy rozumiejąc okoliczności, zgodzili się na nowe terminy. Obecną sytuację traktuję jako egzamin przed jubileuszem 30-lecia istnienia grupy „Nasze Wyjazdy”, który będziemy obchodzić w 2021 r. Motywacji mi nie brakuje, bo gdy ma się u boku wspaniałych ludzi, można ruszać na podbój świata. A nasza grupa jest zaprzeczeniem marazmu i wszelkiego zastoju. Czas więc ładować akumulatory i z nadzieją patrzeć w przyszłość, bo oferta wyjazdów jest naprawdę imponująca.
W jaki sposób mogą się z Panem skontaktować zainteresowani?
Są dwa najprostsze sposoby: albo przez formularz kontaktowy na stronie www.naszewyjazdy.eu, albo bezpośrednio dzwoniąc do mnie pod numer +32 495 48 19 76.
Angielski pisarz, Mark Twain, powiedział kiedyś: „Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś niż tego co zrobiłeś, więc (…) podróżuj, śnij odkrywaj”. Jaki jest top 3 miejsc do odkrycia figurujący na Pana liście?
Japonia, rejs po krajach azjatyckich i powrót na pirackie szlaki Karaibów…
Jakie są Pana kolejne plany?
Oprócz odległych wypraw, o których wspomniałem wcześniej, przygotowujemy również oferty wycieczek po Europie, w tym na Maltę i Sycylię oraz rejs statkiem po wyspach greckich. Jak widać, nasze plany są różnorodne, a czas pokaże co z tego uda się zrealizować…
W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć realizacji zamierzeń i wytrwałości w dążeniu do celu mimo pojawiających się niekiedy przeciwności losu.
Dziękuję bardzo.
**
Przeczytaj także moje inne teksty w kategorii „wywiady”.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Rajski park Pairi Daiza w Brugelette, w prowincji Hainaut oddalonej od Brukseli o 63 km, daje możliwość odwiedzenia pięciu kontynentów w ciągu zaledwie jednego dnia. Na terenie parku zajmującego 70 ha znajduje się zoo, ogród botaniczny i mnóstwo budowli – replik z najróżniejszych zakątków świata. Taka podróż o charakterze edukacyjnym z pewnością sprawi niemałą frajdę i dzieciom, i dorosłym. Obiekt, który rozrasta się z roku na rok, w chwili pisania tego tekstu podzielony jest na siedem stref. A więc ruszajmy w tę niezwykłą wędrówkę przez kontynenty!
W Państwie Środka
Państwo Środka, czyli Chiny, dzieli od Belgii niebagatelna odległość prawie 8 000 km. Aby poczuć się jak na żyznych równinach rzeki Jangcy, wystarczy wizyta w parku Pairi Paiza. Rozległy chiński ogród, zresztą największy w Europie, można podziwiać z dołu i z góry. Przestrzeń pełna pawilonów, świątyń, mostów, ścieżek, stawów i oczek wodnych wzbudza powszechny zachwyt.
Nic dziwnego, skoro całość została zaprojektowana i zbudowana przez chińskich mistrzów budownictwa i ogrodników z Szanghaju z poszanowaniem tradycyjnych technik, specjalistycznej wiedzy i z użyciem lokalnych materiałów, takich jak marmury czy rzeźbione panele. Chińscy ogrodnicy stworzyli te cuda, czerpiąc z filozofii, historii, legend, religii i symboli. Spacerując po tym rozległym zakątku, który emanuje ciszą i spokojem, odkrywamy wspaniały świat minerałów, rzeźb i roślin.
Ta część parku Pairi Daiza jest jak otwarta, bogato ilustrowana księga, która uczy o Państwie Środka, o jednej z najstarszych na świecie cywilizacji. Chińscy ogrodnicy, którzy stworzyli te cuda, niczego nie pozostawili przypadkowi, a fauna odzwierciedla ten różnorodny i wielki jak kontynent kraj. To tu zamieszkują m.in. żurawie, mundzaki, zwane szczekającymi jeleniami, azjatyckie czarne niedźwiedzie, gibony i lamparty. Ale bezapelacyjną chlubą są dwie gigantyczne pandy, które zamieszkały w parku w 2014 r.
Co więcej, z ich związku urodził się niedźwiadek Tian Bao, co jest ewenementem na skalę europejską, bowiem te zwierzęta rozmnażają się w niewoli bardzo rzadko.
Nie lada gratką jest również przechadzka wiszącymi, wąskimi mostami, z których rozciąga się widok zapierający dech w piersiach. Oczom ukazują się chińskie budowle na tle wodospadów, skał i jezior. Ale najciekawsze jest zejście z mostu: aby znów spacerować alejkami po ziemi, w ostatnim etapie trzeba przejść na kolanach przez spleciony ze sznurów tunel. Na dzieci czeka jednak nagroda w postaci rozległego placu zabaw.
W Królestwie Ganeszy
Aby odbyć podróż po archipelagu Indonezji w rzeczywistości składającym się z ponad trzynastu tysięcy wysp (!), trzeba zwiedzić Królestwo Ganeszy, czyli boga obfitości i dobrobytu, patrona kupców i bankierów, który uosabia także witalność i żywotność. Przedstawiany jest najczęściej jako czteroręki mężczyzna o głowie słonia i z jednym kłem. W jednej z rąk trzyma zazwyczaj naczynie ze słodyczami.
Na terenie parku Pairi Daiza pieczołowicie odtworzono Wielką Świątynię Bali, Pura Agung Santi Bawhana, Świątynię Kwiatów i Świątynię Angkor Wat. Te prawdziwe miejsca kultu, poświęcone przez hinduskich arcykapłanów i zbudowane z absolutnym szacunkiem dla tradycji architektonicznych indonezyjskiej wyspy, wykonano z bloków ciemnej lawy.
Efekt zapiera dech w piersiach! Gdy do tego dodać widok słoni na tle hinduskiego pałacu można poczuć się jak w Indonezji, bowiem na Jawie, Sumatrze, Borneo, Bali i Sulawesi zwierzę to jest ściśle związane z ludzkim życiem i służy jako główne źródło inspiracji dla posągów stworzonych przez artystów. Ale w Krainie Ganesha zachwycają też białe tygrysy bengalskie i lamparty, które nawet z daleka wzbudzają respekt.
Spacer przy dźwiękach orkiestry gamelan (składającej się z instrumentów perkusyjnych, gongów, brązowych ksylofonów i miedzianych dzwonków), oglądanie bogato zdobionych indonezyjskich świątyń oraz charakterystycznych miniaturowych poletek ryżowych z pewnością pozostaną niezapomnianym doznaniem.
Opactwo Cambron
Historia dzisiejszego parku Pairi Daiza sięga XII w. Wówczas na te tereny, na zaproszenie barona Anzelma z Trazegnies, przybyło dwunastu mnichów, którzy założyli tu opactwo cystersów. Jego kres położyła rewolucja francuska, której echa dotarły i tutaj. W XVIII w. pozostałości dawnego klasztoru sprzedano nowemu właścicielowi, który wybudował tu neoklasycystyczny pałac.
W tej części parku znajduje się andaluzyjski ogród wzorowany na tych, które otaczały hiszpańskie pałace za czasów panowania Maurów. Spacerując wśród fontann dających przyjemną ochłodę w upalne dni, można podziwiać drzewa figowe, paprocie i albicje jedwabiste, na których tle pięknie prezentują się egzotyczne ptaki.
Kilka kroków dalej przed zwiedzającymi pojawia się średniowieczna, gotycka budowla, a w niej wielka niespodzianka … nietoperze. Sprawia to niezwykłe wrażenie z dwóch powodów. Po pierwsze w półmroku można dostrzec kilka zwisających głową w dół nietoperzy i po drugie – poczuć powiew wywołany trzepotem skrzydeł tych niewielkich ssaków, które dzięki zmysłowi echolokacji omijają turystów, choć fruwają tuż nad ich głowami.
Jeszcze zapewne nie zdążyliśmy ochłonąć po wrażeniach związanych z bliskim kontaktem z nietoperzami, a tu już kolejna atrakcja – pokaz ptaków, w tym orłów, sokołów, kondorów, rybołowów i sępów. Aby tego nie przegapić, trzeba od razu po przybyciu do parku sprawdzić godziny seansów. I jeszcze mała podpowiedź: w amfiteatrze najlepiej zajmować miejsca narożne, blisko oznakowanych żerdzi, na których siadają ptaki. W ten sposób mamy szansę na unikatowe zdjęcia.
W świecie oceanów
Pairi Daiza zaskakuje pomysłowością jej twórców. Neoklasycystyczny zamek został przekształcony … w ogromne akwarium.
To tam żyją różne stworzenia morskie i rośliny, które podkreślają bioróżnorodność naszej planety. Spacer po tym niezwykłym miejscu nasuwa bezsprzecznie skojarzenie z powieścią Juliusza Verne’a „Dwadzieścia tysięcy mil podwodnej żeglugi”, a odwiedzający mogą podziwiać m.in. rekiny, mureny, żółwie i rozgwiazdy. A po wyjściu przenosimy się do zatoki Algoa, gdzie mieszkają pingwiny oraz foki.
Australijski Przylądek Południowy
Wizyta w tej części parku pozwoli poznać stany Queensland, Victoria i Tasmania, podziwiać pracę rzemieślników z Nowej Zelandii i zapoznać się z kulturą aborygenów, a wszystko to przy dźwiękach najstarszego na świecie instrumentu dętego zwanego didgeridoo.
Można tu zobaczyć florę i faunę typową dla tej części świata (m.in. niedźwiadki koala, diabły tasmańskie, kangury, papużki faliste i australijskie pelikany), w której różnice temperatur są ogromne: od 50℃ w dzień do -5℃ w nocy! Na uwagę zasługują również: gigantyczny opal ważący 253 kg i chaty, które przywołują na myśl gorączkę złota wśród górników masowo emigrujących do Australii pod koniec XIX w.
Tradycyjna Afryka
Aby bliżej poznać mniej znaną część Afryki, w parku Pairi Daiza odtworzono dwie wioski: Tamberma leżącą w północnym Togo i wioskę nad jeziorem Ganvié w Beninie.
Celem jest pokazanie różnorodności afrykańskiej architektury ściśle związanej z wymiarem duchowym i rytuałami voodoo. Odwiedzający mogą też odkryć afrykańskie przedmioty użytkowe, ozdoby, grafiki, klejnoty, maski, fetysze i inne artefakty pochodzące z różnych regionów kontynentu. Spacer po wiosce na palach przy dźwiękach afrykańskiej muzyki, pozwala także obserwować typowe dla tego kontynentu zwierzęta, w tym: lwy, hieny, gepardy, słonie, białe nosorożce, hipopotamy, żyrafy, marabuty i pelikany.
W Królestwie Zimna
Ta część parku Pairi Daiza z pewnością przypadnie do gustu lubiącym zimę, odwzorowuje bowiem rozległe regiony słynące z niskich temperatur, wśród których są m.in.: Skandynawia, Laponia, Rosja, Ameryka Północna, Syberia, Arktyka i Antarktyda. Wizyta tutaj skłania do zastanowienia nad niezwykłą pomysłowością mieszkańców żyjących w wyjątkowo trudnych warunkach. Uwagę przykuje Izba, czyli tradycyjny budynek w rosyjskim stylu, który symbolizuje styl życia na ekstremalnych szerokościach geograficznych.
Izba to tradycyjny rustykalny dom wykonany w całości z drewna, zwykle sosny, zapewniający zarówno ochronę przed zimnem i dzikimi zwierzętami, jak również podstawowy komfort.
W tej części parku wyeksponowano dwie formy transportu, które znacząco zmieniły sposoby podróżowania. Podniebne wojaże symbolizuje hydroplan, który przyleciał z Vancouver, zaś rozwój kolei podkreśla pociąg, którym można odbyć 20-minutową podróż po parku.
Ostatnia granica
No i przenosimy się na tereny zamieszkałe przez Indian od zachodniej Kanady po Alaskę. Rdzenni mieszkańcy tych obszarów musieli przystosować się do wrogiego klimatu i żyć w dzikim oraz niebezpiecznym środowisku naturalnym pełnym niedźwiedzi (brunatnych i czarnych), wilków, łosi, jeleni, pum i bobrów.
Ten pierwotnie koczowniczy lud stopniowo osiedlał się wzdłuż wybrzeża Północnego Pacyfiku i rozwijał sztukę reprezentowaną przez duże rzeźbione totemy.
Noclegi w Pairi Daiza
Chcący pozostać dłużej w parku Pairi Daiza mają niepowtarzalną okazję zarezerwowania noclegów dostępnych w części „Ostatnia Granica” lub „W Królestwie Zimna”. Na przybywających czekają różne obiekty:
- „Full Moon Lodge” to domki o powierzchni 126 m² składające się z dwóch sypialni, salonu z kominkiem, łazienki z wanną z hydromasażem, sauny, kuchni i toalety. Te wykonane w całości z drewna i kamienia budynki oferują wspaniały widok na las, w którym żyją niedźwiedzie i wilki.
- „Polar Bear House” – pobyt tutaj daje możliwość spędzenia nocy w towarzystwie niedźwiedzi polarnych, które można obserwować … przez szybę pokoju z podwodnym widokiem.
- „Native Village” to drewniane domki o powierzchni 101 m² zbudowane z ogromnych pni czerwonego cedru oddające charakter Kanady Zachodniej zamieszkałej w przeszłości przez Indian. Z salonu i rozległego tarasu rozciąga się widok na siedlisko niedźwiedzi.
- „Tiger House” to opcja dla marzących o podziwianiu syberyjskich tygrysów z bliska.
- „Paddling Bear Hotel” oferuje 18 pokojów rodzinnych (max 4 osoby i 1 dziecko) oraz 8 pokojów dwuosobowych (max 3 osoby i jedno dziecko), z których roztacza się widok na strefę, w której żyją lwy morskie z rodziny fok.
- „Walrus House” – to propozycja dla tych, którzy chcą obserwować podwodny świat morsów. Wystrój daje wrażenie pobytu w jaskini śnieżnej, choć w rzeczywistości w domku jest ciepło i przytulnie.
- „Paddling Bear Lodge” – każdy z tych domków zapewnia komfortową przestrzeń (65 m²), prywatną saunę i przestronny taras, z którego roztacza się piękny widok na największe na świecie gatunki lwów morskich.
A teraz nie pozostaje nic innego, jak zaplanowanie wycieczki do tego niezwykłego miejsca, bo podróże to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze, a mimo to stajemy się bogatsi. Wejściówki i bilet parkingowy warto kupić wcześniej, korzystając ze strony internetowej www.pairidaiza.be A ci, którzy marzą o noclegu w tym niezwykłym miejscu, powinni wcześniej nie tylko sprawdzić dostępność, ale też pamiętać, że w cenę pobytu wliczone są już bilety wstępu, parking, wyżywienie (śniadanie i obiado-kolacja lub opcja All inclusive) i prezent powitalny. A więc niezapomnianych wrażeń!
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Un voyage à Ediger-Eller, un village allemand jumelé de la vallée de la Moselle, garantit une expérience inoubliable, en particulier pour les amateurs de vin blanc. La viticulture dans cette région a une longue tradition remontant à l’époque romaine, comme en témoignent les anciennes installations de vinification. Les 85 km de la route des vins de Rhénanie-Palatinat longent la Moselle et ses affluents, la Sarre et le Ruwer. Ediger-Eller est à seulement 319 km de Bruxelles.
7 raisons de visiter Ediger-Eller en Moselle
- Vin
Ediger et Eller sont deux villages contigus d’un millier d’habitants qui vivent une passion pour ce breuvage. Les connaisseurs pourront goûter les Elbling, Kerner, Müller-Thurgau, Riesling ou Weißburgunder, parler aux producteurs et apprendre les secrets de la vinification. Pour cette raison, ils devraient suivre les signes «Weingut». Cette inscription en allemand signifie la présence d’une ferme viticole. Et les visiteurs peuvent explorer les saveurs de différents vins en combinaison avec des collations locales et des délices culinaires pour tous les budgets. Les œnologues devraient également visiter Ediger-Eller vers la mi-septembre, lorsque les vendanges auront commencé.
- Beau paysage
Les villes charmantes aux maisons à colombages des XVIe-XVIIIe siècles se situent au cœur de la région de Calmont, qui séduit par son paysage: la Moselle sinueuse avec ses collines boisées d’un côté et ses nombreuses vignes de l’autre est l’endroit idéal pour des vacances ou pour un long week-end.
3. Attractions
Chacun trouvera en principe ici quelque chose pour lui-même: ceux qui aiment l’art peuvent découvrir les vestiges de l’ancienne forteresse de la ville avec ses tours, visiter l’église gothique tardive de St. Martin et la chapelle Kreuzkapelle sur la colline Ediger Berg.
Les rues étroites et pavées et quelques chemins asphaltés parmi les vignobles attendent ceux qui aiment les promenades. Ceux qui souhaitent des loisirs actifs apprécieront sûrement le kayak, les escapades en bateau à moteur, le parachutisme, le golf et les excursions à vélo. Et ceux qui préfèrent le calme, peuvent se détendre sur les rives de la Moselle ou faire une promenade en bateau, au cours de laquelle ils ont possibilité de déguster des vins locaux à bord.
4. Pas de foule
Ediger-Eller ne subit pas encore le tourisme de masse, ce qui permet de trouver plus facilement une place dans un bar, un restaurant ou une taverne, et ainsi profiter pleinement des charmes du lieu.
5. Itinéraires à moto
La Rhénanie-Palatinat est l’une des destinations préférées des motocyclistes. Pas étonnant, de nombreux serpentins mènent directement des collines aux villes ou villages pittoresques. Ces trajets garantissent non seulement un apport d’adrénaline, mais aussi des vues spectaculaires.
6. Accès facile
Ediger-Eller est facilement accessible en train et en voiture, ce qui est un vrai régal pour les yeux. Il y a également deux aéroports à proximité: Cologne-Bonn (126 km) et Francfort (146 km).
7. Base d’hébergement diversifiée
Chacun y trouvera son compte grâce à la large gamme d’hébergements: des campings, des parkings pour camping-cars, des Bed & Breakfasts ou des appartements luxueux, et même la possibilité de loger au château.

Ediger-Eller – l’hôtel et le domain vinocole “Weingut Freiherr von Landenberg”; © www.polacyzagranica.eu
Tout cela sur fond de paysage idyllique rendra votre séjour inoubliable.
Cochem – un voyage dans la région
Ediger-Eller se trouve à seulement 20 km de Cochem, une ville renommée grâce au château de Reichsburg, situé dans un cadre pittoresque. L’édifice original date du Moyen Âge, mais il a été plusieurs fois détruit et reconstruit au 19ème siècle dans un style néo-gothique. Le plus grand défi est de gravir la colline vers le château offrant une belle vue sur les alentours. Mais ça vaut la peine! De plus, les intérieurs du château – y compris la salle des chevaliers, la salle à manger, la salle des trophées et la tour des sorcières – peuvent être visités sous la houlette d’un guide.
Après avoir visité le château, je vous conseille de descendre les rues étroites jusqu’au centre-ville et d’entreprendre ensuite une croisière fluviale dans les courbes de la Moselle. Mais soyez conscient que Cochem est plus touristique qu’Ediger-Eller. Les maisons à colombages situées sur Marktplatz, la mairie et l’ancien moulin valent toutefois le détour.
Chaque année, la première semaine d’août, un festival a lieu dans la cour de Reichsburg. Des troubadours jouent alors sur des instruments anciens et les artisans modernes présentent leurs produits du terroir, notamment l’hydromel, le vin et les grillades. Mais Cochem a aussi son charme unique les deuxièmes et troisièmes week-ends de l’Avent quand l’hégémonie traditionnelle de Noël commence les festivités dans le château.
La région vinicole autour d’Ediger-Eller doit son caractère unique aux vignobles en terrasses. Celui d’Ediger Osterlämmchen, juste derrière le pont ferroviaire, est le vignoble le plus escarpé du monde. Son inclinaison atteint 65 degrés et la colline culmine à 378 m, ce qui offre des conditions idéales pour la viticulture: les collines abruptes entourant la rivière accumulent la chaleur le jour et la restitue pendant la nuit. Les adeptes de Dionysos apprécieront son breuvage mythique, n’hésitez donc pas et planifiez votre voyage dès aujourd’hui! Alors rendez-vous sur la route des vins de Moselle!
***
Avez-vous des questions ou des remarques? Laissez alors un commentaire sous le texte ou écrivez-moi en utilisant l’onglet “kontakt“. D’avance merci à vous.
Êtes-vous interessé.e par mes autres textes en français ? Cliquez alors ICI.
Wyprawa do Ediger-Eller, niemieckiej wioski położonej w dolinie Mozeli, z pewnością będzie niezapomnianym doświadczeniem, zwłaszcza dla fanów białego wina. Uprawa winorośli tym rejonie ma długą tradycję sięgającą czasów rzymskich, o czym świadczą znalezione wiekowe urządzenia do produkcji wina. Winiarska trasa w Nadrenii-Palatynacie przebiega wzdłuż Mozeli i jej dopływów Sary oraz Ruwery i ma długość 85 km. Od Brukseli dzieli ją zaledwie 319 km, podczas gdy od Warszawy – 1203 km.
7 powodów, aby odwiedzić Ediger-Eller
- Wino
Ediger-Eller to dwie sąsiadujące wioski zamieszkałe przez zaledwie około tysiąc osób, które żyją pasją do tego trunku. Koneserzy mają tu okazję skosztować win Elbling, Kerner, Müller-Thurgau, Riesling czy Weißburgunder, porozmawiać z producentami i poznać tajemnice wyrobu wina. Z tego powodu powinni szukać lokali opatrzonych tabliczkami „Weingut”. Ten napis w języku niemieckim oznacza gospodarstwo winiarskie. A smaki różnych win można poznać w połączeniu z lokalnymi przekąskami i kulinarnymi przysmakami na każdą kieszeń. Prawdziwi znawcy winiarskiego tematu powinni z pewnością zawitać do Ediger-Eller również w połowie września, gdy zaczyna sie winobranie.
- Piękny krajobraz
Urocze miejscowości z domami z muru pruskiego z okresu XVI-XVIII w. leżą w sercu regionu Calmont, który urzeka swym krajobrazem: wijąca się Mozela ze wzgórzami porośniętymi lasami z jednej strony i licznymi winoroślami z drugiej strony jest idealnym miejscem na wakacje lub długi weekend.
- Atrakcje
Tu w zasadzie każdy znajdzie coś dla siebie: lubiący sztukę mogą odkryć pozostałości dawnej twierdzy miejskiej z wieżami, zajrzeć do późnogotyckiego kościoła św. Marcina i do kaplicy Kreuzkapelle na wzgórzu Ediger Berg.
Na ceniących spacery czekają wąskie, brukowane uliczki i asfaltowe dróżki wśród winnic. Ceniących aktywny wypoczynek uszczęśliwią zapewne spływy kajakowe, eskapady motorówką, skoki ze spadochronem, gra w golfa czy wycieczki rowerowe. Z kolei preferujący spokój i relaks mogą odpoczywać na brzegu Mozeli lub udać się w spokojny rejs łodzią, w czasie którego mogą degustować lokalne wina na pokładzie.
- Brak tłumów
Ediger-Eller nie jest jeszcze zdominowane przez masowa turystykę, przez co łatwo tu znaleźć miejsce w barze, restauracji czy tawernie i dzięki temu w pełni korzystać z uroków miejsca.
- Trasy motocyklowe
Nadrenia-Palatynat jest jednym z ulubionych miejsc motocyklistów. Nic dziwnego, jest tu pełno serpentyn, które prowadzą ze wzgórz wprost do malowniczych miasteczek. Takie przejażdżki zapewniają nie tylko adrenalinę, ale i spektakularne, sielskie widoki.
- Łatwy dojazd
Do Ediger-Eller można bez trudu dojechać pociągiem i samochodem, co gwarantuje prawdziwą ucztę dla oczu. W pobliżu znajdują się też dwa lotniska: w Kolonii-Bonn (126 km) i we Frankfurcie (146 km).
- Zróżnicowana baza noclegowa
Bogata oferta zakwaterowania sprawi, że każdy znajdzie tu coś dla siebie: czekają pola biwakowe, parkingi dla kamperów, B§B i luksusowe apartamenty, a nawet możliwość pobytu w zamku.
To wszystko na tle idyllicznego krajobrazu sprawi, że pobyt okaże się niezapomnianym doświadczeniem.
Cochem – wycieczka po okolicy
Zaledwie 20 km dzieli Ediger-Eller od miasteczka Cochem, które zawdzięcza swą sławę malowniczo położonemu zamkowi Reichsburg. Pierwotna budowla pochodziła z epoki średniowiecza, ale na przestrzeni wieków uległa zniszczeniu i została odbudowana w XIX w. w stylu neogotyckim. Największym wyzwaniem jest wspinaczka na zamkowe wzgórze, z którego rozpościera się piękny widok na okolice. Ale warto! Co więcej, zamkowe wnętrza – a wśród nich Salę Rycerską, Jadalnię, Salę Trofeów i Wieżę Czarownic – można zwiedzać z przewodnikiem.
Po wizycie na zamku polecam zejście wąskimi uliczkami do centrum miasta i rejs statkiem wycieczkowym po zakolach Mozeli. Trzeba być jednak przygotowanym, że w Cochem będzie zdecydowanie więcej turystów niż w Ediger-Eller. Ale szachulcowe domy, przynajmniej te przy Marktplatz, ratusz i dawny młyn są warte zobaczenia.
Każdego roku w pierwszym tygodniu sierpnia na dziedzińcu Reichsburg odbywa się festiwal. Wtedy właśnie współcześni rzemieślnicy prezentują swoje towary, wśród których prym wiodą miód pitny, wino i wędliny prosto z grilla, a czas umilają trubadurzy grający na zabytkowych instrumentach. Z kolei w drugi i trzeci weekend Adwentu na zamku prezentowana jest tradycyjna historia Bożego Narodzenia, wprowadzająca w świąteczny nastrój.
Winiarski region w okolicach Ediger-Eller zawdzięcza swój niepowtarzalny charakter tarasowym winnicom. Ta w Ediger Osterlämmchen, tuż za mostem kolejowym, jest najbardziej stromą winnicą świata. Jej nachylenie sięga 65 stopni, a wzgórze ma wysokość 378 m. To zapewnia idealne warunki dla uprawy winorośli, gdyż strome zbocza ponad Mozelą w ciągu dnia kumulują ciepło, a w nocy je oddają. Koneserzy Dionizosowego, mitycznego trunku poczują się tu w pełni usatysfakcjonowani, więc nie ma co zwlekać tylko już dziś planować podróż! A więc do zobaczenia na winiarskim szlaku nad Mozelą!
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Gdy za oknem jeszcze szaro, buro i ponuro, gdy na wakacje czy urlop trzeba jeszcze poczekać kilka miesięcy, a Wam już marzy się odpoczynek na egzotycznych wyspach bez wydawania naprawdę pokaźnych kwot, można znaleźć rozwiązanie. Jakie? Wystarczy udać się do miejscowości Krausnick k. Berlina, a konkretnie do Tropical Islands, czyli największego tropikalnego parku rozrywki i wypoczynku w Europie (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby zobaczyć je w powiększeniu). Prezentowany tekst napisałam na bazie własnych doświadczeń ze spędzonego tam weekendu oraz na podstawie gazetki reklamowej „Tropikalne momenty”. Tropical Islands to niesamowite miejsce znajdujące się ok. 60 km na południe od Berlina. Ktoś może zapyta, dlaczego niesamowite… Niesamowite jest z wielu powodów, o których piszę poniżej.
Po pierwsze, dlatego że nie opuszczając Europy, można poczuć klimat i atmosferę Morza Południowego i zobaczyć lagunę Bali wraz w wodospadem. Baseny otoczone są plażami pokrytymi białym piaskiem. Wokół znajdują się bezpłatne leżaki, na których można się zrelaksować po wodnych szaleństwach. Woda w basenie Morza Południowego ma 28°C, a w romantycznej lagunie Bali aż 32°C. Temperatura powietrza czy to zimą, czy to latem wynosi 26° C. Kompleks podzielony jest na dwie zasadnicze strefy: Strefę Tropikalną i Strefę Saun, a aktualne ceny można sprawdzić tutaj. Warto pamiętać, iż do parku może wejść bezpłatnie nawet troje dzieci, pod warunkiem jednak, że dwoje dorosłych i jedno dziecko zapłaci za wstęp. Bilety można kupić będąc już na miejscu lub w Online Shopie na stronie www.tropical-islands.de, a darmowe odebrać w kasie Tropical Islands, podając hasło „Witajcie dzieciaki”/„KinderWillkommen”.
Po drugie, Tropical Islands ma imponujące rozmiary. Otóż hala o długości 360 m, szerokości 210 m i wysokości 107 m jest tak wielka, że nowojorska Statua Wolności mogłaby się w niej zmieścić na stojąco. A to ni mniej ni więcej oznacza, iż powierzchnia Tropical Islands odpowiada ośmiu boiskom do piłki nożnej.
Po trzecie, będac tam, można zobaczyć prawdziwy las tropikalny, w którym rośnie ok. 50 tys. roślin reprezentujących aż 600 różnych gatunków. Ponadto w wodach stawów pluskają się egzotyczne ryby, wśród których można dostrzec sumy czerwonopłetwe, sumy rekinie, czarne paku z dorzecza Amazonki czy żółwie czerwonolice. Mieszkańcami tego unikatowego miejsca są także papużki, kanarki, chińskie przepiórki czy złote i srebrne bażanty oraz pawie. Stworzony tutaj las tropikalny zawdzięcza swoje istnienie zaawansowanej technice klimatyzacyjnej. Na zainteresowanych czeka kolejna atrakcja – zwiedzanie lasu tropikalnego wzdłuż 12 stacji tematycznych. Można spacerować i podziwiać przyrodę indywidualnie bądź też wypożyczyć audiowizualny przewodnik.
Po czwarte, zwolennicy mocnych wrażeń znajdą dla siebie również niepowtarzalne możliwości. Oto pod kopułą można odbyć lot balonem, który unosi się – w zależności od wybranej opcji – na wysokość 22 m lub 55 m. Dzięki temu można z góry podziwiać cały tropikalny kompleks i zrobić unikatowe zdjęcia. Komu to nie wystarcza, może skorzystać z „African Jungle Lift”, czyli rodzaju windy, która zapewni pasażerom niezpomniane wrażenia. Chętni siadają na ławce, która przypomina wydrążony pień drzewa. Pień podjeżdża do góry na wysokość 20 m, zatrzymuje się na chwilę, po czym gwałtownie spada na dół. Jeśli nadal dysponujemy wystarczającą energią, możemy się udać na najwyższą w Niemczech wodną zjeżdżalnię. Tam mamy do wyboru cztery ślizgawki o różnym stopniu trudności. Na najszybszej z nich można rozwinąć prędkość nawet 70 km na godzinę. Na innej można zjeżdżać na specjalnych oponach.
Po piąte, jest tu największa w Europie egzotyczna Strefa Saun i zespół łaźni parowych inspirowanych kulturami całego świata. Wybór spośród mnóstwa najróżniejszych masaży jest rzeczą niełatwą. Do tego można skorzystać z różnorodnych zabiegów pielęgnacyjnych, a nawet udać się do Świątyni Elefanty wzorowanej na indyjskiej budowli sakralnej. Wewnątrz jest łaźnia parowa podzielona na trzy ekskluzywne obszary: w jednej mienią się ametysty, w drugiej – górskie kryształy, a w trzeciej – różowy kwarc.
Po szóste, można poczuć atmosferę tropików, spacerując po Wiosce Tropikalnej, czyli po bulwarze pełnym sklepików, gdzie królują budowle rodem z Bali, Tajlandii, Borneo czy Samoa. Wielką popularnością wśród wielbicieli zdjęć cieszą się m.in. brama Bali, tajski dom z drewna i bambusa, typowa polinezyjska chata czy tzw. długi dom z Borneo.
Po siódme, udziałem odwiedzających mogą stać się rozmaite atrakcje gastronomiczne w trzynastu restauracjach i barach, gdyż goście mogą skosztować najrozmaitszych egzotycznych smakołykow i orzeźwiających koklajli. I tak można zjeść naleśniki „Latiki” podawane na przykład z mango, kombinacją mozarelli, ananasa czy gotowanej szynki. W innym miejscu jest możliwość degustowania wykwintnych zup, dań rybnych w sosie szafranowym z curry czy indyjskich specjalności doprawionych kurkumą, kardamonem czy kuminem. Pomyślano też o najmłodszych, dla których otworzono podwoje restauracji „Tropino”, gdzie można znaleźć bardziej tradycyjne jedzenie, takie jak nuggetsy, placki ziemniaczane, frytki.
Po ósme, bogata oferta noclegowa dla tych, którzy chcą spędzić tam noc. Dla gości z zasobniejszym portfelem wybudowano bungalowy, które znajdują się w różnych częściach lasu tropikalnego lub w pobliżu bajecznej laguny. Bungalowy mają stylowy wystrój i są urządzone w stylu afrykańskim, safari lub azjatyckim. Na ogół są wyposażone w klimatyzację, telewizor plazmowy i posiadają własną łazienkę. Ci, którzy dysponują skromniejszym budżetem, mogą się skusić na nocleg w obozowisku z namiotami. Namioty mieszczące 2-4 osób posiadają materace, prześcieradla, poduszki oraz kołdry. Znacznie tańszą opcją jest nocleg poza Tropical Islands, na pobliskim kempingu, gdzie goście mogą spać w namiotach tipi z drewna lub w tradycyjnych, z materiału.
Po dziewiąte, gdy nadejdzie już wieczór, całość oświetlonego kompleksu wygląda bardzo romantycznie. I wtedy właśnie na gości czeka kolejna atrakcja, wieczorne variete, w czasie którego podziwać można akrobatów, tancerzy czy żonglerów z całego świata.
A teraz już nie pozostaje nic innego, jak wybór terminu przyjazdu do tego niesamowitego miejsca. Można też kupić kartę podarunkową jako niecodzienny prezent dla bliskiej osoby. Warto jednak pamiętać o tym, że wszystkie transakcje przeprowadzane są na terenie obiektu bezgotówkowo, z użyciem specjalnej opaski chipowej, a każda atrakcja (np. lot balonem, zjeżdżalnie wodne, etc.) jest dodatkowo płatna. To pomocna informacja, aby przy końcowym rozliczeniu, już przy wyjściu, nie przeżyć szoku.
A więc udanej zabawy w Tropical Islands!!!
| **
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków. Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”. |
L’été 2020 était certainement différent par rapport au passé. Beaucoup ne sont tout simplement pas partis en vacances par peur d’être coincés à l’étranger et d’avoir des difficultés à rentrer chez eux. Il n’est alors pas étonnant que nous soyons nombreux à rêver d’un espoir de décompression et de détente. Heureusement, il existe une possibilité. Laquelle? Une visite à Courtrai (Kortijk en néerlandais) au spa “Wu Wei”. Que se cache-t-il derrière ce nom mystérieux? Une philosophie de vivre taoïste chinoise en harmonie avec la nature et ses préceptes, ce qui signifie également maintenir un équilibre entre le travail et le repos.
La localisation du complexe “Wu Wei”
L’hôtel et le complexe de détente “Wu Wei” est situé dans le centre de Courtrai, à seulement 200 mètres de la gare. Il est facilement accessible en train et en voiture, et un grand parking privé est disponible pour les clients. L’hôtel se trouve à seulement 10 minutes à pied de la vieille ville, qui peut également être rejointe en louant des vélos “Wu Wei” mis à disposition.
Le spa “Wu Wei“
Le vaste complexe est lié à la philosophie Zen. Un nombre limité d’invités est accueilli à la fois pour assurer leur intimité, une paix ininterrompue et une échappatoire aux devoirs et aux soucis de la vie quotidienne. Pour cette raison, une réservation préalable est requise. Une piscine extérieure chauffée à une température de 32 degrés, située dans une végétation luxuriante offre une aire de rafraîchissement agréable pendant les journées chaudes.
De plus, les clients peuvent profiter de plusieurs saunas, y compris des saunas finlandais et canadiens, et des salles de massage offrant divers types de soins de détente et de beauté. Sur le toit, en revanche, un jacuzzi stimule la circulation sanguine, aide à combattre la cellulite et la sensation de jambes lourdes.
Ce massage à l’eau libère des endorphines, communément appelées hormones du bonheur. Un bain moussant avec une coupe de champagne à la main et en compagnie de proches garantit aussi leur bien-être.
Et puis, lors des jours plus frais, vous pourrez vous prélasser au coin du feu ou profiter également de l’aromathérapie.
Ceux qui aiment le hammam peuvent envisager sur place un rituel typiquement marocain, ou alors acquérir des produits cosmétiques à utiliser chez eux. En raison des exigences sanitaires plus strictes liées à la pandémie actuelle, une réservation préalable du jacuzzi, des massages et du hammam est obligatoire, par téléphone (+32 56 29 01 00) ou par email (info@wuwei.be).
Lorsque vous aurez faim, vous pourrez vous sustenter selon le principe: “Un esprit sain dans un corps sain”. Le menu comprend aussi des plats végétariens et sans gluten, et les déguster sur la terrasse au bord de la piscine ou au bar donnant sur le jardin complètera votre bien-être.
L’hôtel “Wu Wei“
Ceux qui souhaitent prolonger leur séjour au spa, pourront réserver une des 14 chambres de l’hôtel au caractère minimaliste et industriel. Le site hébergeait en effet une imprimerie dans le passé. Grâce à ce contexte historique, les chambres sont exceptionnellement spacieuses – elles se composent d’un salon attenant à la pièce à coucher et d’une salle de bains avec baignoire et douche sur deux niveaux. L’hôtel propose également un espace pour des réunions et ateliers d’entreprise, des formations et des fêtes du personnel.
Si vous n’avez pas encore d’idée concrète pour surprendre vos êtres chers, pour passer du temps entre ami(e)s ou pour un enterrement de vie de jeune fille, pensez sans hésiter à séjourner au centre de bien-être “Wu Wei”. Ceux qui recherchent la relaxation et souhaitent profiter pleinement de la vie apprécieront sans aucun doute cet endroit où le temps passe doucement. Une balade à Courtrai et la découverte des secrets de la ville historique prolongera le séjour des hôtes ainsi détendus, reposés et à nouveau pleins d’énergie.
***
Avez-vous des questions ou des remarques? Laissez alors un commentaire sous le texte ou écrivez-moi en utilisant l’onglet “kontakt“. D’avance merci à vous.
Êtes-vous interessé.e par mes autres textes en français ? Cliquez alors ICI.
Wakacje 2020 z pewnością były inne niż dotychczas. Wiele osób po prostu nie wyjechało na urlop z obawy przed utknięciem za granicą i kłopotami związanymi z powrotem. Nic więc dziwnego, że wielu z nas marzy o odetchnięciu z ulgą i relaksie. Na szczęście jest na to sposób. Jaki? Wizyta w Kortijk (po francusku Courtrai) w spa „Wu Wei”. Co kryje się za tą tajemniczą nazwą? Chińska filozofia taoizmu polegająca na harmonijnym życiu w zgodzie z naturą i jej prawami, co oznacza również zachowanie równowagi między pracą i odpoczynkiem.
Położenie kompleksu „Wu Wei”
Kompleks hotelowo-relaksacyjny „Wu Wei” mieści się w centrum Kortrijk, zaledwie 200 m od dworca kolejowego. Z łatwością można do niego dojechać zarówno pociągiem, jak i samochodem, a na zmotoryzowanych czeka duży parking. Obiekt dzieli zaledwie 10-minutowy spacer od Starego Miasta, do którego można się również dostać rowerem wypożyczonym w „Wu Wei”.
Spa „Wu Wei”
Rozległy obiekt podporządkował swoje istnienie filozofii zen. Jednorazowo przyjmuje ograniczoną liczbę gości, aby zapewnić im intymność, niczym niezmącony spokój oraz oderwanie się od obowiązków i trosk dnia codziennego. Z tego powodu wymagana jest wcześniejsza rezerwacja. Na przybywających czeka basen zewnętrzny z podgrzewaną wodą o temperaturze 32 stopni usytuowany wśród bujnej zieleni dającej przyjemną ochłodę w gorące dni.
Dodatkowo do dyspozycji gości jest kilka rodzajów saun, w tym fińska i kanadyjska, oraz gabinety masażu oferujące różne rodzaje zabiegów relaksująco-upiększających. Na dachu z kolei znajduje się jacuzzi, które pobudza krążenie, pomaga w walce z cellulitem i uczuciem ciężkich nóg.
Ten masaż wodny uwalnia endorfiny potocznie zwane hormonami szczęścia. Bąbelkowa kąpiel z kieliszkiem szampana w ręku i w towarzystwie bliskich osób gwarantuje dobre samopoczucie. A potem, w chłodniejsze dni, można wygrzewać się przy kominku lub skorzystać z aromaterapii.
Ci z kolei, którzy lubią hammam, mogą skorzystać z typowo marokańskiego rytuału na miejscu, lub zakupić kosmetyki do jego wykonania w domu. Ze względu na zaostrzone wymogi sanitarne związane z pandemią korona wirusa wymagana jest wcześniejsza rezerwacja jacuzzi, masaży i hammamu. Można tego dokonać telefonicznie (+32 56 29 01 00) lub emailowo (info@wuwei.be)
Gdy zacznie doskwierać uczucie głodu, można zamówić zdrowe przekąski w myśl zasady: „W zdrowym ciele, zdrowy duch”. W menu znajdują się również potrawy wegetariańskie i niezawierające glutenu, a ich degustacja na tarasie przy basenie lub w barze z widokiem na ogród będzie dopełnieniem przyjemności.
Hotel „Wu Wei”
Pragnący przedłużyć swój pobyt w spa, mogą zarezerwować pobyt w hotelu, który cechuje minimalizm i industrialny charakter. Wynika to z faktu, że obiekt w przeszłości był drukarnią. Dzięki temu pokoje są wyjątkowo duże – składają się z sypialni, salonu i łazienki oferującej zarówno kąpiel w wannie, jak i prysznic. Hotel ma również przestrzeń na warsztaty firmowe, szkolenia i przyjęcia.
Jeśli nie macie więc jeszcze pomysłu na niespodziankę dla ukochanej osoby, na wspólnie spędzony czas w gronie przyjaciół, na wieczór panieński lub na prezent, warto rozważyć pobyt w centrum odnowy biologicznej „Wu Wei”. To ciekawa opcja dla szukających wyciszenia w miejscu, gdzie czas płynie leniwie i gdzie można smakować życie pełnymi garściami. A zrelaksowanym, wypoczętym i pełnym energii polecam spacer po Kortrijk i odkrycie zakątków miasta, o czym w szczegółach pisałam TUTAJ.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Riquewihr i Ribeauvillé zostały okrzyknięte mianem jednych z najbardziej malowniczych wiosek Alzacji nie bez powodu! Ta leżąca nad Renem francuska kraina historyczna graniczy z Niemcami i Szwajcarią, a w przeszłości była przedmiotem wojny prusko-francuskiej, co wyjaśnia jej specyficzny charakter stanowiący połączenie obu tych kultur.
Riquewihr – romantyczna wioska pośród winnic
Riquewihr to wioska zamieszkała przez około 1200 mieszkańców, oddalona zaledwie o 13 km od Colmaru. Wygląda jak malowana pędzlem artysty za sprawą kolorowych i ukwieconych domów z muru pruskiego, które powstały dzięki dochodom uzyskanym z produkcji doskonałych win. Co więcej, zabudowa nie zmieniła się od czasów średniowiecza, a dzięki wspaniale zachowanym elementom architektonicznym Riquewihr znajduje się na trzecim miejscu pod względem liczby zachowanych domów uznanych za dziedzictwo narodowe Alzacji. Życie mieszkańców wioski w zasadzie niewiele zmieniło się od czasów średniowiecza, gdyż ich egzystencja obraca się wokół przemysłu winiarskiego.
Ci, którzy zastanawiają się, czy jako miejsce noclegowe wybrać Ribeauvillé, czy Riquewihr, powinni wziąć pod uwagę fakt, że w obrębie wąskich i malowniczych uliczek Riquewihr ruch samochodowy jest całkowicie zamknięty. Poza tym do Riquewihr większość turystów przyjeżdża tylko na jeden dzień. W rezultacie oznacza to, że od godziny 18:00 do późnego rana następnego dnia ta piękna wioska jest prawie pusta, co zapewnia spokój, ciszę, niczym niezakłócone napawanie się urokiem tego miejsca i możliwość degustowania win w jednym z winstub, czyli typowo alzackich barów-restauracji. Wino jest tu wszakże trunkiem narodowym i nieodłącznym elementem głównych posiłków.
Spacerując po Riquewihr, warto zwrócić uwagę na Le Dolder, czyli wysoką na 25 m wieżę miejską z zegarem, która jest symbolem wioski od 1291 r., na fontannę de la Sinne używaną w przeszłości do płukania beczek i oczywiście na kolorowe jak z bajki domy świadczące o XVI-wiecznym okresie świetności tego miejsca.
Ribeauvillé – czyli w duchu średniowiecznego festiwalu
Ribeauvillé to znacznie większa niż Riquewihr wioska, która leży pośrodku winnic w departamencie Górny Ren. Swoją sławę zawdzięcza kolorowym, szachulcowym domom, trzem zamkom, świętu minstrali (La Fete des Ménétriers), winu Riesling, Pinot-Noir, Pinot-Gris, Sylvaner oraz bożonarodzeniowemu jarmarkowi. Ale po kolei!
Pierwsze zapiski potwierdzające osiedlenie się na tym terenie pochodzą z VIII w., ale dopiero gdy w XI w. zamieszkała tu rodzina Ribeaupierre ten rejon zyskał na znaczeniu. Stało się to za sprawą kolejno wznoszonych zamków: św. Ulricha, le Haut-Ribeaupierre i le Giersberg, które ukazywały potęgę feudalną ich właścicieli. Co ciekawe, w XIII w. Ribeauvillé było prawdziwym miastem, w skład którego wchodziły dwie górne i dwie dolne dzielnice otoczone murem obronnym z czterema bramami wjazdowymi.
Ribeavillé można zwiedzać pieszo, spacerując główną ulicą Grand Rue bądź szlakiem „Zamki Ribeauvillé”. Można też wybrać przejażdżkę mini-pociągiem, który jest dobrą opcją dla mających mniej czasu. Jedno jest pewne, niezależnie od wybranego sposobu odkrywania uroków wioski, warto zwrócić uwagę na Wieżę Rzeźników (Tour des Bouchers) oddzielającą górne i dolne miasto, na kościół św. Grzegorza, na dawną halę pszeniczną, na Place du Bouc, no i oczywiście na dom Pfifferhüs, gdzie w przeszłości mieściła się siedziba bractwa minstreli (średniowiecznych wędrownych śpiewaków).
A z domem Pfifferhüs związana jest ponad 600-letnia tradycja święta wiejskich artystów. Co roku w pierwszą niedzielę września w Ribeauvillé odbywa się festiwal zwany „La Fete des Ménétriers” lub „Pfifferdaj”. Dwudniowe święto z udziałem akrobatów, połykaczy ognia, żonglerzy i licznych muzyków w strojach XIV-wiecznych trubadurów zapewnia niezapomniane wrażenia i jest swoistym hołdem dla średniowiecznych artystów, którzy byli otoczeni opieką przez feudalną rodzinę Ribeaupierre. Festiwal, w czasie którego odbywa się uroczysty pochód artystów w epokowych strojach i bal pod gołym niebem, przyciąga co roku ponad 20 tysięcy uczestników.

Ribeauvillé – alzacki festiwal „La Fete des Ménétriers”; © Quentin Gachon-OT Pays de Ribeauvillé-Riquewihr
Francja urzeka pejzażami, architekturą, bogatą historią, pysznym jedzeniem, no i winem oczywiście! Tego przykładami są właśnie Riquewihr i Ribeavillé, które zachwycają od pierwszej chwili. A tym, którzy poczuli pewien niedosyt i chcą odkryć jeszcze inne zakątki Alzacji, polecam wycieczkę do Colmaru, o którym pisałam TUTAJ …
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Leżący w Alzacji Colmar już od jakiegoś czasu widniał na mojej liście miejsc wartych odwiedzenia. I wreszcie udało mi się zrealizować ten plan! Gdy po prawie pięciu godzinach jazdy wjechaliśmy do dzielnicy zwanej Małą Wenecją szeroki uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Jakże mogłoby być inaczej? Wokół mnie pojawiły się słynne kolorowe, szachulcowe domy, mosteczki pełne kolorowych, zwisających z donic kwiatów, co w promieniach lipcowego słońca wyglądało niczym z ilustrowanych bajek dla dzieci.
Romantyczny„Hôtel Le Maréchal” stylem i wystrojem świetnie wpisywał się w ten bajkowy pejzaż. Położony bezpośrednio nad kanałem z oknami wychodzącymi wprost na przepływające prawie bezszelestnie łódki stanowił dopełnienie krajobrazu.
Po szybkim rozpakowaniu bagażu i ożywczej kąpieli udaliśmy się na spacer. Kolorowe fasady skojarzyły mi się z domami z weneckiej wyspy Burano, choć tak naprawdę ich cel był zupełnie inny: oto za pomocą kolorowych murów informowano w przeszłości niepiśmiennych obywateli o funkcji poszczególnych domów. I tak w czerwonych budynkach mieszkali rzeźnicy, w białych – kamieniarze, w szarych – kaletnicy, w niebieskich – kowale, a różowe stanowiły tradycyjny przybytek uciech cielesnych. Dziś w tych kolorowych i słynnych na cały świat domach mieszczą się sklepy z pamiątkami, hotele, bary, kawiarenki i restauracje.
W ciepłym, popołudniowym powietrzu unosiły się intrygujące zapachy, których tajemnice postanowiliśmy niebawem zgłębić. I oto po kilku minutach pojawiły się na naszych talerzach tarte flambée (alzacki rodzaj pizzy na cienkim niczym opłatek cieście chlebowym z krążkami cebulki i boczkiem) w towarzystwie wina pinot gris oraz choucroute (przypominający nasz bigos) w asyście piwa Kronenbourg. W zasadzie nic zaskakującego – przecież w Alzacji bardzo wyraźnie przenikają się wpływy francuskie i niemieckie…
No i w końcu wieczorny, romantyczny spacer, obowiązkowy punkt podczas podróży do Colmaru. Cudownie oświetlone miasto uwydatniało detale architektoniczne, a wśród nich ozdobny wykusz z aniołami i bogato malowaną freskami galerię domu Pfisterów z XVI w. czy piękną fasadę XVII-wiecznego Domu Głów ozdobionego 105 groteskowymi maskami…
Następnego dnia zbudziło nas słońce zaglądające do okien pokoju hotelowego i zachęciło do odkrycia kolejnych zakątków Colmaru. Spacerując uliczkami Starego Miasta, co i rusz natrafialiśmy na architektoniczne perełki: w jednej chwili naszym oczom ukazał się Koifhus – najstarszy budynek publiczny w mieście, to znów kościół dominikanów znany dzięki arcydziełu „Madonna w różanym ogrodzie” i wreszcie, kilka minut później, muzeum Auguste Bartholdiego, twórcy nowojorskiej Statuy Wolności, o czym wie niewielu…
I jeszcze kopia brukselskiego Manneken-Pisa podarowana miastu w 1922 r. i w końcu odpoczynek na tonącym w kwiatach Place de l’Ancienne Douane, i lampka wina musującego Crémant d’Alzace wraz z kawałkiem gugelhupf, czyli alzackiej babki drożdżowej.
Czas biegł nieubłaganie, a my chcieliśmy utrwalić w pamięci i na licznych zdjęciach pobyt w tym bajkowym mieście pełnym kolorowych domów i rzeźb Bartholdiego. Ostatnie spojrzenie na Colmar i odjazd do dwóch malowniczych, alzackich wiosek Riquewihr i Ribeavillé, o czym pisałam TUTAJ…
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Wibrująca i tętniąca życiem Gandawa powinna znaleźć się zarówno na liście tych, którzy zamierzają odwiedzić Belgię, jak i tych, którzy mieszkają w tym kraju. Letnie miesiące to idealny moment na taka wyprawę, ponieważ miasto jest mniej zatłoczone, wszak na wakacje wyjechało ponad 70 tysięcy uczących się tu studentów. Podróż do tego miasta pozwoli też z bliska przyjrzeć się niepokornym z natury mieszkańcom, którzy w przeszłości zostali okrzyknięci mianem buntowników.
Gandawa – spacerem po centrum
Proponowana trasa: Most św. Michała – bulwary Korenlei i Graslei – zamek Gravensteen – działo „Dulle Griet” – Vrijdagmarkt – ulica Graffitti – ratusz miejski – katedra św. Bawona – opera – wieża beffroi
Spacer po mieście najlepiej zacząć od mostu św. Michała. To świetne miejsce z dwóch powodów: po pierwsze – tuż obok, przy Sint-Michielsplein 8, mieści się parking podziemny, co ułatwia życie zmotoryzowanym, i po drugie – to stąd rozciąga się piękna panorama miasta.
Oczom przybywających ukazują się: leżące wzdłuż kanału Leie bulwary Korenlei and Graslei z widoczną w tle wieżą zamku Gravensteen, dawny budynek poczty, wieża miejska beffroi zwieńczona figurą smoka, kościół św. Mikołaja i katedra św. Bawona. To idealne miejsce na pocztówkowe wręcz zdjęcia, które dzięki promieniom słońca, przepływającym łodziom i kajakom oraz dzięki kwiatom zdobiącym nabrzeże wyglądają wręcz bajkowo.
Po nacieszeniu oczu widokiem z mostu, warto zejść w dół bulwaru Korenlei (po lewej stronie) i rozpocząć marszrutę. Kamienice po obu stronach kanału w przeszłości należały do gildii handlarzy zbożem, którzy pobierali opłaty za spław oraz wprowadzili obowiązek sprzedaży 25 % przewożonych towarów w mieście. Dzięki temu mieszkańcy nie musieli obawiać się głodu.

Gandawa – fasada obecnego hotelu Mariott
Pod numerem 10 na Korenlei mieści się obecnie hotel Marriott. Warto zwrócić uwagę na fasadę tego budynku ozdobionego dwoma złotymi łabędziami. W minionych epokach mieścił się tu przybytek uciech cielesnych. Polecam wejście do środka, aby zobaczyć niezwykłość tej kamienicy z oryginalnie zachowaną fasadą i supernowoczesnym wnętrzem. Co więcej, drugie wyjście od strony ulicy Drabstraat doprowadzi do sklepu „Van Hoorebeke” z lokalnymi cudami sztuki czekoladowej.
Kolejnym ważnym punktem na mapie Gandawy jest XI-wieczny zamek Gravensteen. Ci, którzy mają więcej czasu, mogą go zwiedzić, tym bardziej że na szczycie mieści się punkt widokowy.
W tym zamku dawnych hrabiów mieści się obecnie wystawa broni i narzędzi tortur, która przypomina mroczne czasy dla niepokornych mieszkańców miasta, niechętnych uiszczaniu podatków na rzecz hrabiów.
Idąc w kierunku słynnego placu Vrijdagmarkt, z pewnością natkniecie się na czerwone działo z XV w., zwane powszechnie „Dulle Griet” („Szalona Gocha”). To dzieło sztuki obronnej wykonane z prętów z kutego żelaza ma 5 m długości i waży 16 ton, a w przeszłości skutecznie odpierało ataki wroga dzięki pociskom o wadze ok. 295 kg.
No i wreszcie słynny Vrijdagmarkt (Piątkowy Targ). Ten plac będący dawniej sercem gildii handlarzy suknem i browarników istnieje od XII w. i zapisał się na kartach historii miasta. Mieszkańcy pod wodzą Jacoba van Artevelde zbuntowali się przeciwko hrabiemu Flandrii i w czasie wojny stuletniej między Francją i Anglią opowiedzieli się po stronie tych drugich, mimo że formalnie byli pod panowaniem Francji. Dlaczego? Ponieważ Gandawa importowała wełnę na sukno z Anglii, a gdy rozpoczęły się działania wojenne, Anglicy wstrzymali dostawy wełny do Gandawy, co spowodowało biedę i głód mieszkańców. Jacob van Artevelde, którego pomnik znajduje się na środku Vrijdagmarkt, stanął na czele powstania i z powodzeniem odblokował dostawy surowca, przywracając mieszkańcom dobrobyt. Ale plac Vridagmarkt, na którym co piątkowe targi odbywają się po dziś dzień, zasłynął także dzięki ruchowi socjalistów. To tu w pięknym budynku Art. Nouveau utworzono na początku XX w. Socjalistyczny Związek Zawodowy walczący o prawa pracowników.
Gandawa to miasto młodych ludzi, co widać szczególnie na ulicy Graffittistraatje. Odrapane tylne ściany domów zostały pomalowane na biało ze środków urzędu miasta i oddane młodym, ulicznym artystom, którzy mogą popisać się swoim talentem.
No i wreszcie ratusz miejski. Ten w Gandawie jest nazywany przez mieszkańców schizofrenicznym i ekstrawaganckim. Nic dziwnego, fasada dzieli się wyraźnie na dwie części: pierwsza ma charakter późnogotycki i jest ozdobiona rzeźbami książąt Flandrii, podczas gdy druga jest wyrazem uwielbienia dla kolumn typowych dla włoskiej architektury pałacowej.
Skąd taki pomysł? To czysty przypadek: król Karol V nałożył na mieszkańców bardzo wysokie podatki, więc ci w odwecie zbuntowali się. Niestety, kara dla niepokornych była bardzo sroga – buntownicy na czele z najzacniejszymi mieszkańcami Gandawy musieli boso i ze stryczkami na szyi uklęknąć przed władcą i błagać o przebaczenie. Gdy w końcu zapłacili horrendalne podatki na rzecz prowadzonych przez króla wojen, na dokończenie budowy ratusza po prostu zabrakło pieniędzy. Fundusze na ten cel znalazły się 80 lat później, ale wówczas nastała już nowa moda – na budowle renesansowe.
Niewątpliwym powodem do dumy dla mieszkańców Gandawy jest katedra św. Bawona, w której mieszczą się dwa wyjątkowe dzieła sztuki: „Ołtarz Gandawski” braci van Eycków i obraz Rubensa pod znamiennym tytułem „Św. Bawon przybywa do klasztoru w Gandawie”. A sprzed katedry św. Bawona rozpościera się uroczy widok na operę i 91-metrową wieżę beffroi zwieńczoną figurą smoka.
I tym sposobem zatoczyliśmy koło i wróciliśmy na most św. Michała. Przed dalszym spacerem warto spojrzeć na budynek z wielkim graffiti na bocznej ścianie. To ogromnych rozmiarów malowidło zostało wykonane specjalnie na potrzeby kręconego w Gandawie filmu „The Monuments men” (w Polsce znanego pod tytułem „Obrońcy skarbów”) w reżyserii George’a Clooney.
Gdzie skosztować gandawskich przysmaków
Lubiący kulinarne nowości powinni pokusić się o degustację lokalnych specjałów. Waterzooi (gęsta zupa z ryb lub kurczaka) i stoverij (gulasz piwny) doskonale smakują w towarzystwie gandawskich piw takich jak Delirium Tremens, Gentse Tripel, Troubadour czy Artevelde. A gdy przyjdzie czas na deser, warto skosztować ciastek mokken, kletskoppen i amandelbrood.
Wśród miejsc godnych polecenia znajdują się m.in.:
– bar „De Dulle Griet” na Vrijdagmarkt oferujący 500 rodzajów piw
– „Groot Vleeshuis” – brasserie w historycznym miejscu, gdzie w średniowieczu mieścił się targ mięsny. Polecam nie tylko delektowanie się smakołykami na tarasie, ale i zajrzenie do wnętrza, w którym u sufitu wiszą suszące się ogromne szynki
– „Barrazza” – komu szczęście dopisze, ten może w spokoju popijać kawę w kawiarence w wąskiej uliczce z bezpośrednim widokiem na kanał
– „Maison Elza” – miejsce na romantyczne spotkanie, zwłaszcza przy sprzyjającej pogodzie, gdyż taras jest zlokalizowany bezpośrednio na kanale

Gandawa – panorama z widokiem w tle na średniowieczny targ mięsny (obecnie brasserie „Groot Vleeshuis”); © www.polacyzagranica.eu
Gandawę można odkrywać na różne sposoby: pieszo, rowerem, łodzią, motorem, tramwajem wodnym, a nawet bryczką. Jedno jest pewne, nawet całodniowa wycieczka nie wystarczy na poznanie wszystkich sekretów miasta, ale z pewnością pozwoli się zorientować, co warto zwiedzić kolejnym razem…
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Le château d’Ooidonk, majestueux de l’extérieur mais à la fois très élégant à l’intérieur n’est pas entouré de hautes montagnes ou lové au cœur d’une forêt inextricable comme dans les contes de Grimm, mais se situe à seulement 15 kms de la ville de Gand (Gent en néerlandais), dans le coude pittoresque de la Lys. Le vaste édifice couronné de quatre tours et entouré de jardins et de bois environnants évoque au premier coup d’œil les châteaux français de la Loire. Il n’y a alors rien d’étonnant à ce qu’Ooidonk ait aussi été surnommé «Le Chambord des Flandres». Et maintenant, il est plus que temps de découvrir les secrets de ce lieu surprenant qui a désormais réouvert ses portes aux visiteurs après la rénovation en profondeur de ces dernières années.
Château d’Ooidonk – un peu d’histoire
Le château est mentionné pour la première fois au Moyen-Âge. Son emplacement sur une colline dans un endroit entouré d’eau difficile à atteindre témoigne de sa fonction défensive de l’époque. À la fin du XIVe siècle, Ooidonk devint la résidence des seigneurs Nevele – un château carré avec quatre tours et des passages souterrains – n’était pas seulement une maison, mais aussi une forteresse en cas d’attaque. L’édifice est détruit, une première fois, en 1491 par les Gantois en révolte contre Maximilien d’Autriche. En 1579, durant les guerres de religion, il est à nouveau détruit par les calvinistes gantois. En 1592, le château est acheté par Martin della Faille qui le reconstruit en château de plaisance de style renaissance hispano-flamande, avec des tours d’oignons couronnées et agrémentées de sirènes stylisées.
En 1864, la propriété a été achetée par le Sénateur Henri t’Kint de Roodenbeke, issu d’une famille bruxelloise des plus renommées, et son épouse Zoé de Naeyer. Fidèles à la tradition, les nouveaux propriétaires l’ont ensuite transformé et y ont ajouté une touche de style néo-gothique à la mode à l’époque. Deux tours ont ainsi été ajoutées, les petites pièces ayant été élargies au profit d’espaces de vie plus dans l’air du temps et mieux adaptés aux réceptions, les fenêtres ont été agrandies, et tous les salons furent orientés côté sud pour plus de luminosité. Fait marquant, Monsieur le Comte t’Kint de Roodenbeke, Madame la Comtesse et leurs trois enfants ont choisi d’habiter les quelque 95 pièces du château d’Ooidonk afin de perpétuer leurs traditions familiales. L’ensemble n’est pas un musée au sens classique du terme mais reste toutefois accessible à un public privilégié le dimanche après-midi.
Visite du château d’Ooidonk
La visite des intérieurs du château débute par les escaliers imposants qui mènent à la salle à manger aux meubles d’époque Louis XVI, puis à la rotonde décorée de lustres en cristal, de miroirs vénitiens, de souvenirs de famille et de portraits de personnages illustres.
La Galerie des Tapisseries décorées de tapisseries murales du XVIIème siècle reproduisant l’entrée triomphale d’Alexandre le Grand à Babylone est selon moi l’une des pièces les plus remarquables, notamment par les porcelaines de Delft ornant la grande cheminée et les portraits des Comtes d’Egmont et de Hornes.
Cette galerie offre un panorama du jardin qui réjouit l’œil et les sens. Les passionnés de l’époque Napoléonienne seront certainement ravis par un des derniers ensembles mobiliers d’époque de la chambre ‘Empire’. La chapelle néo-gothique, où sont encore célébrés les baptêmes, les communions et les funérailles familiales constitue le point d’orgue de la visite.
Le château d’Ooidonk a subi d’importantes rénovations ces dernières années grâce à Madame la Comtesse qui a souhaité le rendre plus chaleureux et confortable, sans en compromettre le caractère historique. Depuis 2015, un large public peut désormais apprécier les effets de cette modernisation pour plus de convivialité en ses murs.
Les visiteurs devraient aussi prendre le temps de se promener dans le jardin orné de palmiers, d’une roseraie et de haies. Contempler le reflet apaisant du château dans les douves et la grande variété d’herbes aromatiques et médicinales de la serre vaut vraiment le détour. Les observateurs attentifs y remarqueront certainement plusieurs sculptures d’artistes belges: “L’Homme au chapeau” de Jean-Michel Folon et “L’Homme de demain” de Catherine François entre autres.
Informations pratiques
Le château est ouvert le dimanche après-midi et les jours fériés de 14h00 à 17h30 du 1er avril au 15 septembre. Il est préférable de réserver sa visite par e-mail. Un guide raconte son histoire en français, en néerlandais, en anglais ou en allemand. S’il est présent, Monsieur le Comte se fera un plaisir de saluer les visiteurs et de répondre à leurs questions.
Les jardins sont ouverts le mardi de 13h00 à 18h00 et du mercredi au dimanche de 9h30 à 18h00. Des événements publics sont également organisés dans le parc. Une foire de jardin aura lieu du 6 au 8 septembre 2020.
Un dimanche après-midi, les amateurs d’histoire et de demeures historiques apprécieront certainement une visite au château d’Ooidonk et une promenade dans le vaste jardin attenant. Parcourir les chambres élégamment décorées et pleines de vie aujourd’hui leur assurera un voyage unique dans le temps. Et pour les connaisseurs qui veulent prolonger un peu leur séjour dans cet endroit éclectique, deux brasseries les accueilleront à proximité: “Het koetshuis Ooidonk” et “De Sterre”. Donc, une journée inoubliable en perspective!
Avez-vous des questions ou des remarques? Laissez alors un commentaire sous le texte ou écrivez-moi en utilisant l’onglet “kontakt“. D’avance merci à vous.
Majestatyczny i elegancki zamek Ooidonk leży nie za górami, i nie za lasami, ale zaledwie 15 km od Gandawy, w malowniczym zakolu rzeki Leie. Rozległa budowla zwieńczona czterema wieżami i otoczona ogrodami oraz lasami zachwyca od pierwszej chwili i od razu przywodzi na myśl skojarzenie z francuskimi zamkami nad Loarą. Nic więc dziwnego, że Ooidonk nazywany jest Chambordem Flandrii. I właśnie teraz jest idealny moment na odkrycie sekretów tego niezwykłego miejsca, które w ostatnich latach przeszło gruntowną renowację i znów otworzyło podwoje dla zwiedzających (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby oglądać je w powiększeniu).
Zamek Ooidonk – trochę historii
Pierwsze wzmianki dotyczące zamku sięgają średniowiecza. Pełnił on wówczas funkcję obronną, o czym świadczy jego usytuowanie na wzniesieniu w trudno dostępnym miejscu otoczonym wodą. Pod koniec XIV w. Ooidonk stał się rezydencją Lordów Nevele – zamek na planie kwadratu z czterema wieżami i podziemnymi przejściami był nie tylko domem, ale i fortecą w razie ataku. Posiadłość została jednak dwukrotnie zniszczona: w 1491 r. przez mieszkańców Gandawy w buncie przeciwko Maksymilianowi Austriackiemu i w 1579 r., podczas wojen religijnych przez gandawskich kalwinistów. Gdy w końcu w 1592 r. właścicielem zamku stał się Martin della Faille, polecił on odbudować Ooidonk w stylu hiszpańsko-flamandzkiego renesansu, nadając mu charakter rezydencji pałacowej ze zwieńczonymi, cebulowymi wieżami ozdobionymi postaciami syrenek.
W 1864 r. posiadłość kupił senator Henri t’Kint de Roodenbeke, pochodzący z jednej z najważniejszych brukselskich rodzin, i jego małżonka Zoé de Naeyer. I jak to zwykle bywa, małżonkowie zajęli się przebudową, tym razem w modnym wówczas stylu neogotyckim. To wtedy właśnie dobudowano dwie wieże, zlikwidowano wszystkie małe pomieszczenia na rzecz dużych, przestronnych, idealnych do przyjmowania znamienitych gości, powiększono okna, a wszystkie salony usytuowano po stronie południowej, aby jak najbardziej cieszyć się słońcem. Co ciekawe, zamek Ooidonk nie jest typowym obiektem muzealnym, to dom hrabiostwa t’Kint de Roodenbeke i ich trojga dzieci. Zdecydowali się oni zamieszkać w posiadłości liczącej 95 pomieszczeń i tym samym kontynuować tradycje rodzinne, a w niedzielne popołudnia udostępniać obiekt zwiedzającym.
Zwiedzanie zamku Ooidonk
Wizyta we wnętrzach zamku rozpoczyna się od wejścia reprezentacyjnymi schodami, które prowadzą do jadalni z meblami z okresu Ludwika XVI. Następnym udostępnionym pomieszczeniem jest rotunda ozdobiona kryształowymi żyrandolami, weneckimi lustrami, portretami i różnymi pamiątkami rodzinnymi.
Zachwycająca jest również Galeria Gobelinów ozdobiona tkaninami z XVII w. ilustrującymi triumfalne wejście Aleksandra Wielkiego do Babilonu.
Na dużym kominku znajduje się porcelana z Delft, a tuż obok portrety hrabiego de Hornes i hrabiego d’Egmont, o którym pisałam tutaj, w tekście poświęconym zamkowi Gaasbeek. Z Galerii Gobelinów rozciąga się piękny widok na zamkowy ogród. Pasjonatów epoki napoleońskiej z pewnością zachwyci pokój w stylu empire, a wisienką na torcie będzie neogotycka kaplica, w której odbywają się chrzty, komunie i pogrzeby członków rodziny.
Zamek Ooidonk przeszedł w ostatnich latach gruntowną renowację za sprawą hrabiny Coralie, która postanowiła go uczynić bardziej przytulnym i komfortowym, ale bez naruszania jego unikalnego charakteru. Efekty tej modernizacji może oglądać również szeroka publiczność, dla której zamek ponownie otworzył swoje podwoje w 2015 r.
A po zwiedzeniu zamkowych wnętrz na przybywających czekają ogrody ozdobione palmami, krzewami różanymi i rzędami żywopłotów. Właściwie można przystawać co chwilę, aby przyjrzeć się w spokoju odbiciu zamku w wodach fosy i zajrzeć do zamkowej szklarni pełnej różnych ziół. Uważni obserwatorzy dostrzegą z pewnością rzeźby belgijskich artystów: „Człowiek w kapeluszu” Jean-Michela Folona i „Człowiek jutra” Catheriny François.
Informacje praktyczne
Zamek jest czynny od 1 kwietnia do 15 września w niedzielne popołudnia i dni świąteczne w godzinach 14:00-17:30. Warto dokonać wcześniejszej rezerwacji mailowej, gdyż obiekt zwiedza się z przewodnikiem, który opowiada historię w języku francuskim, flamandzkim, angielskim lub niemieckim. Jeśli książę t’Kint jest obecny, na ogół wita zwiedzających i z przyjemnością odpowiada na pytania.
Ogrody są otwarte we wtorki w godzinach 13:00-18:00 i od środy do niedzieli w godzinach 9:30-18:00. W parku organizowane są tez imprezy publiczne. W dniach 6-8 września 2020 przewidziany jest targ ogrodniczy.
Wyprawa do zamku Ooidonk i spacer po rozległym ogrodzie jest świetnym pomysłem na niedzielne popołudnie nie tylko dla miłośników historii. Wycieczka do tego unikalnego miejsca zapewni wyjątkową podróż po stylowych komnatach, które tętnią życiem po dziś dzień. A na pragnących nieco przedłużyć pobyt w tym pięknym miejscu czekają dwie pobliskie brasserie: „Het koetshuis Ooidonk” i „De Sterre”. A więc miłego dnia!
**
UWAGA! KONKURS! Do wygrania 10 biletów wstępu do zamku Ooidonk.
Pytanie konkursowe: Jakie rzeźby belgijskich artystów zdobią ogród zamku Ooidonk?
Spośród osób, które nadeślą poprawne odpowiedzi na adres: polacyzagranica@onet.pl , zostaną wylosowani zwycięzcy.
Rozstrzygnięcie konkursu w dniu 7 sierpnia 2020.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Wakacje 2020 z pewnością będą inne niż dotychczas, a to z powodu koronawirusa. Statystyki w Belgii mówią, że osiem na dziesięć osób zostanie w kraju. A jeśli tak, to trzeba znaleźć sposób na miłe spędzenie czasu i odkrycie tego, co być może jest na wyciagnięcie ręki, a o czym dotychczas nie mieliśmy pojęcia. Dziś proponuję wycieczkę do Lier w prowincji Antwerpia. Dotarcie tam z pewnością nie sprawi żadnego kłopotu. Z Brukseli wystarczy pojechać E19 w kierunku Mechelen.
Zegary Louisa Zimmera w Lier
Lier zawdzięcza swą unikatowość najznamienitszemu mieszkańcowi miasta, Louisowi Zimmerowi (1888-1970). Ten astronom zainteresował się zegarami dzięki ojcu, który zajmował się tym fachem. Ale jak często bywa, uczeń przerósł mistrza – młody Louis, który poszerzał swą wiedzę jako samouk, skonstruował ogromny zegar astronomiczny, który umieszczono z przodu wieży miejskiej nazwanej na jego cześć wieżą Zimmera. Środkowy zegar jest otoczony dwunastoma innymi pokazującymi czas na wszystkich kontynentach, znaki zodiaku, fazy księżyca, czasy pływów i wiele innych zjawisk okresowych. Pracę nad tym zegarem Louis Zimmer rozpoczął w 1927 r. i ukończył trzy lata później z okazji setnej rocznicy istnienia Belgii (kliknij w zamieszczone tu zdjęcia, aby je oglądać w powiększeniu).
Zegar, który jest największą atrakcją Lier, można podziwiać w całej okazałości z Placu Zimmera (Zimmerplein), ale warto też wejść do środka wieży, by zobaczyć z bliska ten niezwykły mechanizm. Louis Zimmer, który z biegiem czasu został zegarmistrzem belgijskiej rodziny królewskiej i którego z okazji 75.urodzin odwiedził sam król Baudoin, został uwieczniony na pomniku obok wieży.
Zaledwie kilka kroków dalej znajduje się pawilon (zwany powszechnie Muzeum Zegarów) eksponujący dokonania Luisa Zimmera, w tym kolejne cudo zegarmistrzowskie – ogromnych rozmiarów zegar (prawie 5 m wysokości i ponad 2 tony wagi) kształtem przypominający szafę, stworzony specjalnie na wystawę „World Fair Brussels” w 1935 r. Ale jego twórca był bardzo rozczarowany, że hall, w którym miało stanąć zegarmistrzowskie cudo, okazał się za niski. Co więcej, w trakcie transportu uszkodzono obudowę tego niezwykłego zegara. Po tym wydarzeniu dzieło Zimmera wróciło do Lier, choć nie na długo – niebawem bowiem zostało wypożyczone na światową wystawę w Nowym Yorku. Wybuch II wojny św. uniemożliwił powrót zegara do Belgii. Co więcej, dzieło Zimmera zaginęło na jakiś czas. Na szczęście odnalazło się w 1953 r. w Waszyngtonie, po czym wróciło do Belgii. Tym razem rada miejska Lier zdecydowała się wybudować pawilon, aby umieścić w nim niezwykły zegar Zimmera i zorganizować wystawę poświęconą różnym sposobom mierzenia czasu, począwszy od klepsydry, przez zegar Foucaulta aż po kolejne, coraz nowocześniejsze rozwiązania zegarmistrzowskie.
Rejs łodzią
Po zwiedzeniu wnętrza wieży Zimmera i Muzeum Zegarów, warto odbyć rejs po zamkniętym kanale Kleine Nete. Po drodze do małej przystani polecam jednak zwrócić uwagę na nietypowy pomnik przedstawiający pasterza ze stadem owiec. Jest to bezpośrednie nawiązanie do wydarzenia z XIV w., kiedy książę Jan II chciał wynagrodzić mieszkańców Lier za waleczność. Zaproponował miastu do wyboru utworzenie uniwersytetu lub targu zwierząt. Jak się łatwo domyśleć, mieszkańcy wybrali rynek żywego inwentarza…
No i wreszcie rejs łodzią. Ta atrakcja gwarantuje poznanie miasta z innej perspektywy. Półgodzinna przejażdżka pozwala zobaczyć wiele budynków, które w przeszłości odgrywały ważną rolę. Znajdują się wśród nich m.in. XVIII-wieczna gildia robotników portowych (Buyldragerhuisje), spichlerz (De Fortuin) czy Spui, czyli jedyna pozostałość dawnych murów obronnych.
Średniowieczny beginaż w Lier
Po zakończeniu wodnej eskapady, warto udać się do znajdującego się tuż obok beginażu zamieszkałego w przeszłości przez beginki, czyli wspólnotę kobiet, które nie wybrały ani życia małżeńskiego, ani zakonnego i musiały utrzymać się same. Beginaże – tak popularne w średniowieczu na terenie Belgii, Holandii i Francji – stanowiły zespół niewielkich domów z kościołem i szpitalem. Spacerując wąskimi uliczkami tej części Lier, warto zajrzeć do XVII-wiecznego kościoła św. Małgorzaty poświęconego męczennicy, która przedstawiana jest często jako stojąca na smoku i uderzajaca w jego paszczę wydłużonym krzyżem.
Rynek w Lier
Nieodłącznym punktem wycieczki po Lier powinien być również Rynek, do którego można dojść przez XIV-wieczną bramę Gevangenpoort. Serce miasta zajmują ratusz i średniowieczna, gotycka wieża z 1369 r. wpisana na listę dziedzictwa UNESCO.
Dzwonnica ozdobiona widocznym z daleka zegarem, wewnątrz którego znajdują się 23 karyliony, przylega do XVIII-wiecznego ratusza miejskiego. W jego bogato zdobionych malowidłami wnętrzach mieści się m.in. punkt informacji turystycznej.
Rynek otoczony urokliwymi kamieniczkami, w większości zrekonstruowanymi po I wojnie św., jest miejscem spotkań mieszkańców chętnych do degustowania lokalnych przysmaków, w tym piwa „Caves”, „t. Gummarus” i ciastek „Lierse vlaaikes”.
Kościół św. Gummariusa
Spacerując po rynku, łatwo dostrzec jeszcze jedną wieżę ozdobioną zegarem. To część kościoła św. Gummariusa, założyciela miasta. Budowa tego zabytku sakralnego trwała ponad 200 lat, co wyjaśnia wpływy różnych stylów architektonicznych: gotyku, baroku i rokoko. I to tu odbył się w XV w. ślub króla Filipa I Pięknego z Joanną Szaloną.
W chwili pisania tego tekstu, kościół jest zamknięty dla zwiedzających, ale na pewno warto zobaczyć z bliska jego fasadę i oczywiście kolejny zegar stworzony przez Louisa Zimmera. A ci, którzy chcieliby wziąć udział w procesji św. Gummariusa, powinni dodać do swojego kalendarza datę 18 października 2020, co może okazać się niezapomnianym doświadczeniem…
Urokliwe, małe Lier, którego początki sięgają VIII w., nasuwa pewne skojarzenia z Brugią. W mieście życie toczy się spokojnie, bez tłumów wszędobylskich turystów. W jednej z licznych kawiarenek czy restauracji można napić się lokalnego piwa lub coś zjeść, zwłaszcza że zalecany między stolikami dystans jest wyraźnie przestrzegany. A tym, którzy podczas wizyty w Lier zainteresowali się zegarami i czują pewien niedosyt, polecam wycieczkę do Mons do Muzeum Duesberg, o czym pisałam tutaj.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.








































































































































































































































