Piza. Z czym się kojarzy? No oczywiście nierozłącznie z Krzywą Wieżą. Ale to toskańskie miasto ma znacznie więcej do zaoferowania! Jego początki sięgają czasów Etrusków, którzy zostali z czasem podbici przez Rzymian. Ten dawny port morski stał się potężną republiką między X a XII w., ale 300 lat później został podporządkowany rodowi Medyceuszy władających we Florencji. Z czasem Piza straciła na znaczeniu z powodu zamulenia rzeki Arno przecinającej miasto na pół. Ale po dziś dzień stanowi metaforyczne drzwi do Toskanii, które warto otworzyć, tym bardziej, że łatwo się tam dostać dzięki lotom oferowanym przez tanie linie lotnicze.
Pole Cudów (Campo dei Miracoli) i Krzywa Wieża
Bezapelacyjnym numerem jeden (w czym z pewnością nie będę odkrywcza) jest Krzywa Wieża znajdująca się na placu Campo dei Miracoli (Pole Cudów). Ta 8-kondygnacyjna budowla, która jest w rzeczywistości dzwonnicą katedralną, stanowi jedną z czterech części kompleksu w stylu romańskim na Polu Cudów.
Jak podają źródła historyczne, jej budowę rozpoczęto w 1173 r. i ukończono po 199 latach. Dlaczego trwało to tak długo? Ponieważ wieża wzniesiona na miękkim podłożu od początku nastręczała problemów, przechylając się. To jednak nie powstrzymało budowniczych, którzy ukończyli swoje dzieło w 1350 r., zwieńczając je dziewięcioma dzwonami. W 2011 r. zakończono konserwację wieży, która mimo ok. 5-metrowego odchylenia od pionu została ponownie otwarta dla zwiedzających. Ten symbol Pizy jest najczęściej fotografowany przez ok. 10 milionów turystów odwiedzających co roku to miasto. A więc i Wy nie możecie zapomnieć o serii zdjęć 😊.
Tuż obok Krzywej Wieży znajduje się Katedra Santa Maria Assunta (Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny), do której wstęp jest darmowy, jakkolwiek trzeba pobrać bezpłatny bilet i okazać paszport covidowy.

Piza – Katedra Santa Maria Assunta (Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny); © www.polacyzagranica.eu
Budowla łącząca w sobie różne style architektoniczne została wzniesiona dla podkreślenia wielkości i zamożności Pizy, która była wówczas potężną republiką morską. Fasada przypomina świątynie greckie, a na jej zwieńczeniu znajduje się posąg Madonny z Dzieciątkiem. Wnętrze katedry zachwyca swoją różnorodnością. Nawę główną zdobią rzędy kolumn zdobione pasami białego i ciemnego kamienia, a nawy boczne – liczne obrazy.
Na sklepieniu absydy znajduje się Chrystus Pantokrator. Uwagę przykuwają również ambona Giovanniego Pisano i kasetonowe sklepienie.
Z lewej strony od wejścia do katedry znajduje się Camposanto, czyli prostokątna budowla z marmurowymi krużgankami pełniąca w średniowieczu rolę cmentarza.
To tam znajdują się liczne nagrobki, płaskorzeźby, tablice pamiątkowe i rzymskie rzeźby. Wśród nagrobków można dostrzec te poświęcone członkom rodziny Medyceuszy i zasłużonych profesorów Uniwersytetu w Pizie. Ale najbardziej zachwycają freski poświęcone tematyce życia i śmierci oraz ukazujące budzące dreszcz przerażenia wizje znane z „Boskiej komedii” Dantego.
Spacerując krużgankami, można dostrzec pracujących nad pieczołowitym odrestaurowaniem średniowiecznych malowideł i przyjrzeć się ich iście benedyktyńskiemu zajęciu.
Baptysterium św. Jana (Battistero di San Giovanni) nie było dane mi zwiedzić, ponieważ w chwili pisania tego tekstu trwały prace renowacyjne, których zakończenie jest przewidziane na styczeń 2022. Tę budowlę o średnicy 34 m można więc póki co oglądać jedynie z zewnątrz.
Galileusz – najsłynniejszy mieszkaniec Pizy
Idąc dalej w kierunku rzeki Arno, przy Lungarno Ranieri Simonelli 16, można się natknąć na pomnik Galileo Galileusza. Ten urodzony w Pizie astronom, astrolog, matematyk, fizyk i wykładowca nauniwersytetach w Pizie oraz Padwie bronił teorii Kopernika. To doprowadziło go do konfliktu z Kościołem, w wyniku którego Święta Inkwizycja wytoczyła mu dwa procesy. Na jego szczęście oskarżono go o złamanie zakazu nauczania heliocentryzmu, a nie o herezję. Jak mówi legenda, słynny astronom wychodząc z sali przesłuchań, mruczał: „Eppur si muove” („A jednak się kręci…”), nawiązując tym samym do faktu, że to Ziemia kręci się wokół Słońca.
Za swoje poglądy skazano Galileusza na dożywotni areszt domowy, zamieniony na trzy lata więzienia. Dzięki poparciu księcia Kosmy Medyceusza, który był uczniem Galileusza, astronom spędził zasądzone więzienie najpierw w willi Medyceuszów, potem w pałacu arcybiskupim w Siennie i w końcu we florenckiej willi zwanej „Il Gioiello” („Perła”). I choć ostatecznie uchylono mu zakaz opuszczania miejsca zamieszkania, to do końca swych dni Inkwizycja miała na niego przysłowiowe oko.
W głębi placu, za pomnikiem, znajduje się kawiarenka „Camarillo Café” (adres: Largo Ciro Menotti 10/11), w której warto usiąść. Ceny jak dla mieszkańców, a nie dla turystów, a w menu proste przekąski typu focaccia czy pizza.
A skoro o Galileuszu mowa, to warto dodać, że słynna Krzywa Wieża zawdzięcza również po części swą sławę temu uczonemu. Dlaczego? Ponieważ pracując na uniwersytecie w Pizie, odkrył on prawo swobodnego spadania ciał, przeprowadzając swoje doświadczenie właśnie na szczycie wieży. Przyjęło się powszechnie uważać, że dokonał tego, upuszczając różne przedmioty ze szczytu krzywej wieży w Pizie. Kolejny ślad działalności Galileusza można dostrzec w nekropolii Composante znajdującej się na Polu Cudów. To tam wisi żyrandol używany przez uczonego do obserwacji ruchów Ziemi, choć wiele osób błędnie uważa, iż ta tzw. „lampa Galileusza” zdobi katedrę Santa Maria Assunta.
Piza poza utartym szlakiem
Po zwiedzeniu największych atrakcji Pizy czas na spacer i odkrywanie innych, często niedocenianych, atrakcji miasta. Z pewnością warty zobaczenia jest Piazza dei Cavallieri (Plac Rycerzy,) drugi główny plac miasta i polityczne centrum średniowiecznej Pizy, gdzie mieszkańcy dyskutowali o swoich problemach i świętowali swoje zwycięstwa.
To na tym placu ogłoszono również koniec niepodległości Pizy na rzecz Florencji w 1406 r. W poł. XVI w. Giorgio Vasari, słynny architekt Wielkiego Księcia Kosmy I Medyceusza, przebudował plac w stylu renesansowym i zaprojektował stojący obok kościół rycerski Zakonu św. Stefana. Głównymi budynkami na placu są: Palazzo della Carovana (Pałac Rycerzy św. Stefana), którego fasada ozdobiona jest popiersiami książąt Toskanii i przed którym stoi posąg Kosmy Medyceusza, a także Pałac Zegarowy (Palazzo dell’Orologio).
Z Piazza dei Cavallieri warto udać się spacerem nad rzekę Arno. Po przekroczeniu mostu Solferino (Ponte Solferino) polecam skręcić w lewo. Tam na nabrzeżu stoi uroczy kościołek Santa Maria della Spina, który stanowi idealne tło do pamiątkowych zdjęć.
Kolejnym celem powinien być Palazzo Blu (Niebieski Pałac) przy Lungarno Gambacorti 9. Czym wyróżnia się na tle reszty budynków przeglądających się w wodzie? No oczywiście kolorem fasady. Tego niebieskiego odcienia nie można przeoczyć.
Budynek istniał już w średniowieczu, ale na przestrzeni wieków uległ wielu przebudowom dokonywanym przez kolejnych właścicieli reprezentujących najznamienitsze rody miasta. Pałac pomalowano na niebiesko w II poł. XVIII w., a wybór koloru nie był przypadkowy. Jak napisano na stronie internetowej Palazzo Blu, był to ulubiony odcień gości z Petersburga, którzy przebywali tam od 1773 r.
We wnętrzach pałacu przygotowano dla zwiedzających wystawy stałe i czasowe. Można więc oglądać znaleziska archeologiczne z czasów Etrusków odkryte podczas renowacji budynku oraz przyległych terenów, w średniowieczu bowiem droga leżała znacznie niżej. Na parterze – w chwili gdy zwiedzałam to muzeum – odbywała się wystawa czasowa poświęcona Dantemu. Ale czy ktoś jeszcze pamięta, kto to był? Gwoli przypomnienia, ten włoski poeta żyjący na przełomie XIII i XIV w. zasłynął dzięki swojemu poematowi pt. „Komedia”, któremu później dodano przydomek „Boska”. Dzieło napisane w dialekcie toskańskim i opisujące podróż przez Piekło, Czyściec i Raj zainspirowało wielu twórców, w tym współczesnego pisarza, Dana Browna, autora powieści „Inferno” spopularyzowanej dodatkowo przez film pod tym samym tytułem z Tomem Hanksem w roli głównej.
Na pierwszym piętrze z kolei można oglądać XIX-wieczną rezydencję pałacową bogato zdobioną oryginalnymi meblami i licznymi dziełami sztuki.
Zwiedzający spacerują więc kolejno m.in. przez salę bankietową, pokój muzyczny i salę bilardową, by w końcu dotrzeć na drugie piętro, gdzie prezentowana jest chronologicznie ułożona kolekcja malarstwa z XIV-XVIII w.
Po zwiedzeniu Palazzo Blu polecam spacer po drugiej stronie rzeki, gdzie znajduje się istniejący od 1343 r. Uniwersytet w Pizie. To tam najpierw kształcił się Galileusz, a potem wykładał matematykę. Do uniwersytetu należy też leżący w innej części miasta (przy Via Luca Ghini 13) najstarszy w Europie akademicki ogród botaniczny.
I tym sposobem spacer po mieście dobiega końca. Na zwiedzenie Pizy wystarczy jeden cały dzień, bo zazwyczaj Piza stanowi punkt wyjścia do zwiedzania innych pereł Toskanii, w tym Florencji, o której napiszę w kolejnym poście. Ale pobyt w tym rejonie Włoch nie może obyć się bez degustacji lokalnego przysmaku – trufli. Te najdroższe na świecie grzyby o niezwykłym aromacie stanowią dodatek do takich dań jak tatar czy makaron. A skoro o tym rarytasie mowa, to polecam restaurację „La Corte di San Leonardo”, gdzie jadłam najlepszy tatar z truflami. A więc smacznego! No i oczywiście czekam na komentarze z Waszego pobytu w tym słynnym mieście.
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Jeśli poszukujecie w Belgii miejsc nietypowych, ukrytych, prawie nieznanych, a przy tym niezwykłych i tajemniczych, powinniście wybrać się na wycieczkę do wiosek Bassenge i Eben-Emael leżących przy granicy z Holandią. W pierwszej z nich czeka na Was wieża Eben-Ezer. Tajemniczo brzmiąca nazwa pochodzi z Biblii. W Księdze Samuela tym mianem określono miejsce, w którym w 1038 r. p.n.e. Samuel wzniósł kamień symbolizujący pokój. Twórca wieży dogłębnie studiował Pismo Św. i przy budowie zastosował biblijną symbolikę.
I tak intrygująca budowla ma 33 m wysokości (tyle lat żył Jezus), siedem pięter (jak siedem dni tygodnia), a na tarasie widokowym figurują cztery uskrzydlone cherubiny w postaci sfinksa, byka, lwa i orła nawiązujące wyraźnie do czterech ewangelii i czterech jeźdźców Apokalipsy.
Zbudowana z krzemienia wieża powstała jako symbol pokoju. Pomysł zrodził się w głowie Roberta Garceta w 1947 r., tuż po II wojnie św., która pochłonęła miliony ofiar. Jednak opracowanie szczegółów zajęło jej twórcy kilka kolejnych lat. Garcet – belgijski górnik, geolog-amator, biblijny badacz i autor kilku książek – rozpoczął swą tytaniczną pracę w 1953 r. Z okazjonalną pomocą przyjaciół zakończył budowę po 15 latach.
Wnętrze wieży zawiera ekspozycję rzeźb i malowideł ściennych, a także znalezionych w podziemiach skamieniałości i artefaktów, w tym szczątki mozazaura, gigantycznego potwora morskiego. Uwagę przykuwa również dwumetrowa drewniana Ewangelia według św. Mateusza.
Na wyższych piętrach znajduje się muzeum krzemienia, w którym przedstawiono użytkowanie tego kamienia na przestrzeni wieków. Uważni obserwatorzy dostrzegą również książki Garceta oraz liczne zdjęcia dokumentujące budowę wieży.
Dwa piętra znajdują się pod ziemią nieprzypadkowo – Garcet, który pracował w pobliskim kamieniołomie, znał liczne podziemne korytarze i przejścia, w których zresztą znalazł liczne skamienieliny. Niestety, z czasem tunele uległy zawaleniu i dziś nie można ich już eksplorować.
Po zwiedzeniu wieży i zrobieniu serii zdjęć z jej szczytu, warto udać się na spacer do przyległego lasu. To tam można znaleźć rzeźby różnych artystów-wizjonerów, którzy podzielali pacyfistyczne podglądy Garceta. Na uwagę zasługują także buddyjskie stupy, czyli konstrukcje przypominające kształtem dzwon z kopułą. Stupa to symbol oświeconego umysłu Buddy i rodzaj przewodnika pomocnego w medytacji prowadzącego do indywidualnego rozwoju duchowego.
Dalej można jeszcze dostrzec m.in. rzeźbę Josa Beurskensa ukazującą artystę i jego domowe zwierzaki, pracę Jefa Bloma i Maurica Bastingsa i wiele innych.
Fort Eben-Emael
Leżąca tuż obok wioska Eben-Emael jest również warta odwiedzenia – to tu znajduje się podziemny fort wzniesiony w latach 1932 – 1935, który jest jedną z największych tego typu konstrukcji w Europie.
Obiekt rozciągający się na trzech poziomach stanowił koszary dla 1200 żołnierzy i zawierał 17 schronów. Ten podziemny kompleks korytarzy stał się obiektem spektakularnego ataku dokonanego przez niemieckich spadochroniarzy 10 maja 1940 r. Fort zamieniony obecnie w muzeum można zwiedzać indywidualnie lub z przewodnikiem. W obu przypadkach można zobaczyć koszary, muzeum, podziemne korytarze, stanowiska dowodzenia i pomieszczenia z bronią w bunkrze artyleryjskim, a nawet poczuć symulowany wybuch. Obiekt otwarty w terminach:
- 1 marca – 15 czerwca: w godz. 10:00 – 16:00 (ostatnie wejście o 14:00)
- 16 czerwca – 30 września: w godz. 10:00 – 16:30 (ostatnie wejście o 14:30)
- 1 października – 30 listopada: w godz. 10:00 – 16:00 (ostatnie wejście o 14:00)
- w poniedziałki zamknięte z wyjątkiem ferii i wakacji szkolnych
- zwiedzanie z przewodnikiem od wtorku do niedzieli w terminie 1 lutego – 30 grudnia po dokonaniu wcześniejszej rezerwacji
Ale zawsze warto najpierw sprawdzić najnowsze informacje na oficjalnej stronie muzeum, by nic nas nie zaskoczyło.
A ponieważ spacer zazwyczaj zaostrza apetyt, warto by coś przekąsić. Polecam więc udać się do brasserie „Le Moulin du Broukay”.
Położona w lesie, tuż przy ścieżce rowerowej, swoim wyglądem nawiązuje do wieży Eben-Ezer. W lokalu zbudowanym z krzemienia serwowane są m.in. dania mięsne i rybne przygotowywane w znajdującej się tuż obok wędzarni. I tym oto sposobem wycieczka dobiega końca. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba! Czekam więc na Wasze komentarze!
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Crupet to niezwykłe miejsce na mapie Belgii. 4 września 2021r. ta niewielka miejscowość wygrała konkurs, zdobywając tytuł „Najpiękniejszej wioski w Walonii”. A skoro tak, to nie pozostaje nic innego jak odkryć uroki tego miejsca leżącego w prowincji Namur, ok. 80 km od Brukseli. Zjeżdżając w ostatnim etapie krętymi drogami oczom przybywających ukazuje się średniowieczny zamek na tle pięknej przyrody. Potem wystarczy już tylko zaparkować i ruszyć na spacer.
Zamek Crupet
Po raz pierwszy źródła historyczne wspominają o Crupet w 1278 r. Już wtedy istniał tu donżon (wieża łącząca w sobie funkcje mieszkalne i obronne) i otoczona fosą twierdza, która stopniowo powiększała się i w XIV w. stała się własnością księcia biskupa Liège.
W poł. XVI w. zamek przeszedł w ręce rodziny Carondelet, która dokonała modyfikacji budowli, czyniąc z niej rozległy dom ozdobiony herbem nad bramą wejściową. W kolejnych wiekach zamek zmieniał właścicieli, wśród których byli m.in. rodzina Merode, Thiennes i de La Boëssière. W 1925 r. obiekt został zakupiony przez brukselskiego architekta Adriena Blomme’a, który rozpoczął prace renowacyjne. Prawie 100 lat później, w 2009 r., posiadaczami unikalnego obiektu stała się rodzina de Bever, która wkrótce potem podjęła działania mające na celu odrestaurowanie donżona, folwarku i zabudowań gospodarczych, wprowadzając przy okazji nowoczesne udogodnienia. Zadbano też o ogród i zamkowy staw porośnięty liliami wodnymi.
Po spacerze wokół zamku warto udać się do punktu widokowego znajdującego się tuż za barem „Le Pachis”, skąd można podziwiać tę średniowieczną budowlę w pełnej okazałości.
Grota św. Antoniego
A naprzeciwko wspomnianego baru znajduje się druga atrakcja Crupet – grota św. Antoniego Padewskiego zaprojektowana przez miejscowego wikariusza Julesa Gérard i zainaugurowana w 1903 r.
Jej stworzenie zajęło trzy lata i wymagało nie lada wysiłku mieszkańców, którzy najpierw szukali odpowiednich skał w okolicznych lasach, by następnie z użyciem ciężkiego sprzętu przetransportować je na miejsce. W kolejnym etapie ukształtowano grotę z użyciem ok. 300 ton skał (!) i 30 ton cementu, a następnie zajęto się gipsowymi posagami, które wykonano we Francji. Efekty tej tytanicznej pracy można podziwiać po dziś dzień. Odwiedzjący mogą oglądać 22 figury przedstawiające sceny z życia św. Antoniego Padewskiego.
Gwoli przypomnienia, św. Antoni, znany jako patron rzeczy zagubionych, samotnych panien oraz biednych, urodził się w bogatej lizbońskiej rodzinie ok. 1195 r. Na chrzcie otrzymał imię Ferdynand, a gdy dorósł, porzucił swój majątek i wstąpił do zakonu franciszkanów, przybierając imię Antoni. Zasłynął jako wędrowny kaznodzieja głoszący kazania i nakłaniający grzeszników do nawrócenia. Pod koniec życia osiadł w klasztorze św. Marii w Padwie, gdzie zmarł.
Przed wejściem do groty znajduje się posąg klęczącego księdza Gérarda, a obok ławeczka, z której można podziwiać tę skalną budowlę o wysokości 15 m. W niszy na szczycie stoi figura św. Antoniego z Dzieciątkiem, a po bokach dwaj archaniołowie unicestwiający demona pod postacią węża. Po wejściu do groty oczom przybywających ukazuje się scena śmierci św. Antoniego oraz dwie dioramy przedstawiające najsłynniejsze cuda przypisywane temu świętemu, w tym kazanie do ryb i historię głodnego muła. Potem należy wejść wąskimi schodami na górę, aby odkryć tylną część groty. A tam można zobaczyć posąg starego żebraka proszącego o jałmużnę oraz najsłynniejszą 703-kilogramową postać rogatego i skrzydlatego diabła, którego ministrant pokonuje, wykonując znak krzyża.
Niedalekie podróże po niewielkiej Belgii mogą również okazać się satysfakcjonujące. Najlepszym tego przykładem jest Crupet, które nie bez powodu zdobyło zaszczytny tytuł najpiękniejszej belgijskiej wioski 2021r. Oprócz wymienionych atrakcji są jeszcze inne. Dość wspomnieć o kościele św. Marcina, w którym mieszczą się nagrobki dawnych właścicieli zamku, czy o kaplicy św. Rocha powstałej w podziękowaniu za zniknięcie zarazy, która dziesiątkowała okoliczną ludność. Gdy do tego dodać piękno natury ze strumieniami, lasami i licznymi ścieżkami spacerowo-rowerowymi nie pozostaje nic innego jak zaplanować wycieczkę do tego urokliwego miejsca.
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Schwerin to miasto w zachodniej Meklemburgii leżące 32 km od wybrzeża Morza Bałtyckiego i 110 km od Hamburga, w dawnych Niemczech Wschodnich. To prawie nieznane wśród zagranicznych turystów miejsce jest z pewnością warte odwiedzenia. Dlaczego? Bo oczarowuje zamkiem wzorowanym na tym w Chambord, który dumnie odbija się w wodach jeziora określanego tu mianem Schweriner See. Dlaczego jeszcze? Bo jest dowodem na to, że architekci od zawsze prześcigali się w coraz bardziej wymyślnych, wręcz bajkowych formach budowli, które zachwycają po dziś dzień, tworząc swoistą aurę tajemniczości. Dla lubiących podróże bądź dla jadących na trasie Belgia-Polska to okazja do odkrycia nieznanego oblicza Niemiec.
Schwerin – trochę historii
Jak podają źródła historyczne, Schwerin założyli w X w. Słowianie połabscy z plemienia Obodrzyców. Gród był następnie siedzibą biskupstwa i stolicą samodzielnego księstwa, następnie ważnym ośrodkiem reformacji i przez ponad 300 lat, aż do 1934 r., stolicą Wielkiego Księstwa Meklemburgii-Schwerin.
A ponieważ każda stolica stawia na prestiż, nic dziwnego, że powstał tu zamek jak z bajki wzorowany na słynnych francuskich budowlach znad Loary. Budowla pełniąca początkowo funkcje obronne została stopniowo, od XVI w. zamieniona w rezydencję książęcą. Najważniejszej przebudowy dokonano w XIX w. w stylu neorenesansowym.
Obecny kształt zamek zawdzięcza pracy czterech architektów. Dziś ta piękna konstrukcja jest siedzibą parlamentu landu Meklemburgia-Pomorze Przednie oraz miejscowego muzeum.
Zamek Schwerin i jego zbiory
Zamek prezentuje się wspaniale z każdej strony. Z tego powodu warto odbyć wycieczkę łodzią po rozległym jeziorze, które jest zresztą czwarte pod względem wielkości w Niemczech. Taka wyprawa pozwala zobaczyć nie tylko Wyspę Zamkową z innej perspektywy, ale też urokliwe wioski letniskowe i rybackie, w których królują domy kryte strzechą.
A komu wrażeń będzie mało, może z łatwością wypożyczyć jacht w przystani, która znajduje się tuż koło zamku.
A po wodnych atrakcjach wreszcie nadchodzi czas na odkrycie zamku w całej okazałości. Wystarczy tylko przejść przez most i skręcając w prawo, udać się wprost do kas biletowych. A taki spacer jest też idealną okazją do przyjrzenia się fasadzie z posągiem pogańskiego księcia Niklota oraz licznym wieżom i wieżyczkom nadającym budowli bajkowego charakteru.
Zamkowe wnętrza prezentują portrety dawnych władców Schwerinu i ich zbiory malarskie. Przechodząc przez kolejne komnaty, można podziwiać m.in. posągi rzymskich wojowników i medaliony z podobiznami książąt Meklemburgii i Schwerinu, portret feldmarszałka Blüchera, rotundę inspirowaną renesansowymi włoskimi kaplicami z rzeźbą „Paulina Bonaparte jako Venus Victrix” i Gabinet Kwiatowy.
Ale prawdziwą wisienką na torcie jest Sala Tronowa. Ta bogato zdobiona reprezentacyjna komnata zachwyca wyrafinowanymi zdobieniami, wśród których można dostrzec m.in. postacie mitologiczne oraz alegoryczne świeckie i religijne symbole cnót. Uwagę przykuwają też kolumny wykonane ze słynnego marmuru z Carrary.
Po obu stronach książęcego tronu zwieńczonego baldachimem znajdują się portrety Wielkiego Księcia Fryderyka Franciszka II i jego pierwszej żony Augusty. I jeszcze Galeria Przodków przedstawiająca podobizny książąt Meklemburgii i spacer po zamkowych wnętrzach dobiega końca.
Na szczęście na terenie zamku można bez ograniczeń robić zdjęcia, a przez okna podziwiać przepiękne widoki. Niestety, zagranicznych turystów nie wzięto zbytnio pod uwagę. Na zamku są wprawdzie krótkie opisy po angielsku, ale audio przewodniki w tym języku są niedostępne (podobno ze względów na pandemię).
Wycieczki po zamku nie można uznać za odbytą bez spaceru po zachwycających ogrodach obsadzonych mnóstwem kolorowych roślin.
Romantyczna grota, kolumnada, sadzawki, fontanny, pergole obrośnięte pnączami, rzeźby i geometryczne kompozycje przystrzyżonych roślin bezsprzecznie nasuwają skojarzenie z Włochami. No i oczywiście zachwycają przybywających, którzy uwieczniają piękno tego miejsca na niezliczonych zdjęciach.
Zamkowa legenda
Zamki mają zazwyczaj swoje tajemnice i związane z tym legendy. Nie inaczej jest w przypadku Schwerinu. Tę piękną budowlę zamieszkuje ponoć Petermännchen, czyli Mały Piotr, którego podobiznę można dostrzec na zamkowych obrazach. Ta mająca zaledwie kilka stóp wzrostu postać jest strażnikiem zamku. Z tego powodu – jak mówi legenda – od wieków odpędza złodziei i mających złe intencje, płatając im rozmaite figle. Ten karzełek budził również żołnierzy, którzy zasnęli na nocnej wachcie, hałasując pękiem kluczy. Zamkowy duch wrósł w historię Schwerinu i dlatego na każdej większej uroczystości w mieście pojawia się osoba przebrana za postać Petermännchena.
Czy warto odwiedzić Schwerin? Według mnie tak! Ci, którzy skuszą się na taką podróż, na pewno nie będą narzekać na nudę. Oprócz bajkowego zamku jest sporo innych miejsc wartych zwiedzenia. Dość wspomnieć o miejskim muzeum historycznym, Starówce ze średniowieczną katedrą, kościele św. Mikołaja, neoklasycystycznej hali targowej i o wieży telewizyjnej. No ale trzeba być również przygotowanym na pewną niedogodność związaną z możliwością porozumiewania się. Prawie nikt nie mówi tu po angielsku, bo jak się dowiedziałam w punkcie informacji turystycznej, mieszkańcy miasta nastawieni są na niemieckich turystów i z premedytacją nie promują miasta poza granicami kraju, aby nie znaleźć się w takiej sytuacji jak masowo oblegana Wenecja czy Barcelona. A więc ci, którzy nie mówią po niemiecku, zdani są na swoją pomysłowość, ale miejsce jest rzeczywiście warte tego poświęcenia.
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”, a jeśli wybierasz się do Niemiec, mogą zainteresować Cię artykuły dotyczące parku Tropical Islands k. Berlina, Poczdamu, Trewiru, Akwizgranu (Aachen), Ediger-Eller, Rothenburga i Miśni.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Rothenburg ob der Tauber. Co kryje się za tą tajemniczo brzmiącą nazwą? Odpowiedź nie jest oczywista – to niemieckie miasteczko w Bawarii na trasie tzw. Szlaku Romantycznego, które zachowało swój średniowieczny charakter po dziś dzień. Co więcej, w rankingu stu miejsc wartych odwiedzenia w Niemczech zajmuje wysoką, czwartą pozycję. I z tego właśnie powodu, jadąc do Polski, postanowiliśmy nadłożyć nieco drogi, aby zwiedzić tę architektoniczna perełkę. I było warto!
Zdjęcia, które obejrzałam w Internecie przed wyjazdem, zachwycały i nasunęły mi bezsprzecznie skojarzenie z alzackim miasteczkiem Riquewihr. Zresztą, wystarczy spojrzeć… Również fakt, iż kręcono tu sceny do licznych filmów, w tym do „Harrego Pottera i Insygniów Śmierci” utwierdził mnie w przekonaniu, że miejsce musi mieć prawdziwie średniowieczną atmosferę.
W średniowiecznym klimacie
Początki Rothenburga leżącego nad rzeką Tauber sięgają X w. Gród był wówczas otoczony murami obronnymi z basztami i bramami, które zachowały się do dziś. Poszczególne baszty były przydzielone do określonych cechów rzemieślniczych, wśród których byli m.in. cieśle, snycerze, tkacze i rzeźnicy. I to oni właśnie odpowiadali za obronę miasta przed wrogami. Do Rothenburga można było się dostać tylko przez bramy miejskie, które zamykano na noc.
Żeby w pełni poczuć tę wyjątkową atmosferę, trzeba koniecznie poświęcić czas na spacer po murach miejskich. Taką 1,5-kilometrową promenadę najlepiej odbyć o wschodzie lub zachodzie słońca, kiedy turystów jest niewielu i kiedy w pełni można kontemplować niezwykłość tego miejsca oświetlonego promieniami słońca! W czasie spaceru rzuci się w oczy ratusz z imponującą wieżą, na którą śmiałkowie mogą się wspiąć. A na tych, którym wrażeń wciąż będzie mało, czeka również druga wieża (Roedertor) o wysokości 61 m.
Z murów miejskich rozciąga się widok na dawne oberże i pokryte czerwonymi dachówkami zabudowania gospodarskie, które zostały zamienione w stylowe hotele z poszanowaniem średniowiecznego charakteru miasta. Nie ma więc nachalnych reklam, tylko urocze szyldy w starym stylu.
I właśnie taki spacer po wąskich murach miejskich daje wyobrażenie o funkcjonowaniu średniowiecznego miasta.
Rothenburgska legenda
W XVII w. (30 października 1631 r.), podczas tzw. wojny 30-letniej, miasto zostało zaatakowane przez wojska austriackiego generała Johana von Tilly. Religijny spór między protestantami i katolikami odbił się na mieszkańcach Rothenburga, których zebrano na rynku. Jak mówi legenda, pewny siebie generał obiecał ocalić miasto przez zniszczeniem pod warunkiem, że znajdzie się śmiałek gotowy wypić na raz dzban wina, i to nie byle jaki, tylko 3-litrowy! Z pozoru niewykonalnego zadania podjął się burmistrz miasta, opróżniając bez problemów pokaźnych rozmiarów naczynie. A dla upamiętnienia nietypowego sposobu uratowania miasta, corocznie, począwszy od 1881 r., mieszkańcy obchodzą święto Der Meistertrunk, w trakcie którego wystawiany jest spektakl teatralny, grany przez obywateli Rothenburga. To wydarzenie kulturalne stało się tak ważne, że od 2016 r. wpisano je na listę dziedzictwa kulturowego.
Rothenburg – chwila wytchnienia
Jak podróże w czasie, to do końca! Z tego właśnie względu zdecydowaliśmy się na nocleg w hotelu Wildbad Tagungsort Rothenburg, dawnym kościele ewangelickim i późniejszym XIX-wiecznym spa. Rozległy obiekt z malowniczym ogrodem i imponujących rozmiarów tarasem położony jest zaledwie kilka minut spacerem od ścisłego centrum. Ten 65-pokojowy hotel znajduje się 1,2 km od słynnego jarmarku bożonarodzeniowego i od Weihnachtsmuseum.
Wyprawa do Rothenburga ob der Tauber nie może się wprawdzie równać z podróżą dookoła świata, ale to średniowiecznego miasteczko powinno znaleźć się na liście odwiedzających Niemcy i tych wybierających się lub wracających z Polski. Bo przecież o Bawarii każdy słyszał za sprawą Oktoberfest i bajkowego zamku Neuschwanstein. Ale kto, no może oprócz Niemcow, słyszał o miasteczku Rothenburg ob der Tauber? I tę niewiedzę warto nadrobić przy nadarzającej się okazji…
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”, a jeśli wybierasz się do Niemiec, mogą zainteresować Cię artykuły dotyczące parku Tropical Islands k. Berlina, Poczdamu, Trewiru, Akwizgranu (Aachen), Ediger-Eller i Miśni.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Jedną z głównych atrakcji turystycznych Belgii jest bez wątpienia Brugia, o której pisałam tutaj. Dziś jednak zapraszam do odkrycia dwóch innych miejsc, leżących w pobliżu tego słynnego średniowiecznego miasta. Mam na myśli miasteczko Damme oddalone o 6 km od Brugii i zamek Wijnendale w Torhout.
Witajcie w Damme
Malownicze średniowieczne Damme leży na zielonych flamandzkich polderach Flandrii Zachodniej, przysłowiowy rzut kamieniem od historycznej Brugii i belgijskiego wybrzeża.
Damme (w tłumaczeniu: tama) powstało w XII w. jako poprzeczna grobla na końcu kanału Zwin i szybko rozwinęło się najpierw w wioskę rybacką, a następnie w tętniący życiem port, w którym przeładowywano towary na płaskodenne łodzie płynące do Brugii. Dobrobyt nie trwał jednak zbyt długo, gdyż niebawem zaczęły się problemy z zamuleniem kanału. Z czasem miasto uległo przebudowie: rozebrano średniowieczne mury, aby zrobić miejsce dla fortyfikacji w kształcie siedmiostronnej gwiazdy w stylu Vaubana. W epoce Napoleona z kolei rozpoczęto kopanie kanału między Brugią a Skaldą, niestety, bez szacunku dla układu urbanistycznego miasta. W wyniku tych działań Damme zostało niejako przecięte na pół.
Damme jest dziś znane jako centrum kulinarne: w licznych przytulnych restauracjach serwowane są najsmaczniejsze regionalne dania, a prawdziwą gratką dla smakoszy jest coroczny festiwal gastronomiczny. Do poularnych atrakcji należą również wycieczki łodzią i regularnie odbywające się targi książek.
Damme to także architektoniczna perełka z dużą ilością zabytków zgromadzonych na niewielkim obszarze. Wśród tych godnych zobaczenia znajdują się m.in. gotycki ratusz, młyn Schellemolen, XIII-wieczny Sint-Janshospital, częściowo odrestaurowane mury miejskie i stare folwarki.
Zamek Wijnendale – trochę historii
Zamek Wijnendale był niegdyś średniowieczną budowlą. Powstał w XI w. z rozkazu Roberta I, hrabiego Flandrii, który kazał wznieść ten obiekt jako bazę do operacji wojskowych. Począwszy od XII w. Wijnendale stało się domem rodzinnym hrabiów Flandrii, potem Namur i wreszcie Ravenstein.
Obiekt ma bogatą historię: to tutaj został podpisany traktat między księciem Flandrii, Guy de Dampierre i angielskim królem Edwardem I w XIII w. i to tutaj w maju 1940 r. odbyło się ostatnie spotkanie króla Belgii – Leopolda III z czterema ministrami jego gabinetu. Kapitulacja Belgii otoczonej wojskami niemieckimi była nieunikniona. Władca jednak odmówił udania się na emigrację do Wielkiej Brytanii, aby stamtąd kontynuować walkę. Jako głównodowodzący wybrał pozostanie ze swoimi żołnierzami i pójście z nimi do niewoli. Ta kontrowersyjna decyzja spowodowala abdykację Leopolda w 1951 r.
Zamek w obecnym kształcie pochodzi głównie z XIX w., gdyż w wyniku historycznych zawirowań był kilkakrotnie zniszczony i następnie odbudowywany. Przed popadnięciem w całkowitą ruinę uratował go brukselski bankier – Josse-Pierre Matthieu, który kupił tę posiadłość w 1833 r. i poddał ją gruntownej transformacji. Na szczęście część północnego skrzydła zachowała swój oryginalny XV-wieczny charakter. Dla zwiedzających otwarta jest tylko ta część, w której nie mieszkają obecni właściciele (rodzina Matthieu de Wynendaele). Otoczony rozległym parkiem romantycznie wyglądający zamek jest idealną scenerią do pięknych zdjęć. Posiadłość, której odbicie można oglądać w stawie, czeka na odkrycie, bo z pewnością nie należy do tych najbardziej znanych belgijskich zamków.
Miasteczko Damme i zamek Wijnendale w Torhout dzieli odległość 26 km. Na zwiedzenie obu atrakcji wystarczy w zupełności jeden dzień.
Krajobraz zachęca do przejażdżek rowerowych i spacerów. Zielone i żyzne poldery przeplatają się tam z pastwiskami i potokami, a bogata flora i fauna przynosi ukojenie i spokój. Gdy do tego dodać liczne urokliwe kafejki, bary i restauracje okaże się, że Damme to idealna baza wypadowa na rekreacyjny dzień z rodziną lub przyjaciółmi.
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Nie samą pracą człowiek żyje, więc gdy zbliża się weekend, a pogoda dopisuje, trzeba się zastanowić, co warto zwiedzić w Belgii. A jest w czym wybierać… Dziś polecam eskapadę do opactwa Aulne w miasteczku Thuin oddalonym o 12 km od Charleroi. To miejsce jest mniej znane niż opisane przez mnie Villers-la-Ville czy Orval, ale godne uwzględnienia w wycieczkowych planach. A więc w drogę!
Początki opactwa Aulne
Jak podaje legenda, opactwo Aulne zostało założone w VII w. przez św. Landelina. Ale pierwsze zapiski potwierdzające istnienie tego cysterskiego klasztoru pojawiły się w 1147 r. Wtedy to książę biskup Liége zatwierdził dokument zezwalający na budowę klasztoru. Nie obyło się jednak bez protestów mieszkańców, którzy pod groźbą ekskomuniki zostali zmuszeni do sprzedaży swoich ziem. Zakonnicy wybrali to miejsce, ponieważ było pełne zasobów naturalnych. Równiny Aulne wraz z pobliską rzeką Sambre zapewniały żyzne tereny, a pobliskie lasy – potrzebne materiały budowlane.
Klasztory cysterskie – tak jak Aulne – były otoczone wysokimi murami i obejmowały duży obszar ziemi, przez co stawały się samowystarczalnymi majątkami. Dla ludzi z zewnątrz były niedostępne.
Klasztorne życie
Opactwa zakładane na ogół wśród pól, obejmowały kościół, klasztor, izby chorych, refektarz wraz z kuchnią, dormitorium, spichlerze, stajnie i inne zabudowania gospodarskie. Zakonnicy utrzymywali się z uprawy ziemi, hodowali ryb i bydła, a także pracy na gospodarstwie, w skład którego wchodziły również browar, młyn i ogrody.
Mnisi z Aulne udoskonalili system nawadniania terenów już na pocz. XIII w. Na obszarze ich opactwa znajdowało się kilka wiatraków, które nie tylko zapewniały niezbędną energię, ale służyły również do mielenia zboża na chleb i jęczmienia na piwo, które produkowano w pobliskim browarze. W kompleksie klasztornym znajdowały się również piekarnia, rzeźnia, garbarnia i tartak.
Jednym z najważniejszych budynków był kapitularz, w którym zakonnicy spotykali się każdego dnia, aby podejmować decyzje dotyczące zarządzania opactwem. Bardzo istotną funkcję pełnił również kościół, który był miejscem wspólnego czytania Pisma Św., miejscem medytacji i pochówku mnichów. Na terenie opactwa Aulne było również kilka refektarzy (sal jadalnych). Wynikało to z oficjalnego zezwolenia wydanego w 1485 r. pozwalającego braciom zakonnym jeść mięso trzy razy w tygodniu. W związku z tym były refektarze przeznaczone na dni powszechne, kiedy jedzono chude mięso, kolejne – na dni powszechne, gdy serwowano tłuste mięso i w końcu refektarze pełniące funkcję sal dyskusyjnych, w których jedzenie było zabronione.
Mnisi mieli ściśle ustalony rytm dnia, z porami przeznaczonymi na modlitwę, pracę i naukę. Bracia zakonni – oprócz modlitw odprawianych co trzy godzin – prowadzili szpitale i szkoły oraz wiele godzin spędzali na przepisywaniu ksiąg. Biblioteka Aulne była prawdziwą skarbnicą wiedzy – liczyła ok. 44 tys. książek i 5 tys. manuskryptów.
XVIII w. – czas glorii Aulne i upadku
XVIII w. to czasy glorii i chwały opactwa, które zostało w znacznej mierze przebudowane w nowym, klasycystycznym stylu. Głównym celem było wywołanie zachwytu u odwiedzających to miejsce, zarówno duchownych, jak i wysoko postawionych świeckich. Dlatego wybudowano nową bramę wejściową otwierającą się wprost na okazały dziedziniec otoczony pięknymi budynkami. Z reprezentacyjnych schodów w kształcie podkowy, rozpościerał się widok na piękne przyklasztorne ogrody.
Te wspaniałe dla opactwa czasy zakończyły się w 1794 r. wraz z nadejściem rewolucji francuskiej. Oburzeni biedą i nędzą chłopi oraz mieszczanie francuscy stanowiący 96 % społeczeństwa wzięli prawy w swoje ręce. Ich złość przerodziła się w niszczenie zabytków sakralnych, dóbr należących do arystokracji, ścięcie króla i powołanie republiki. W ciągu zaledwie kilku dni splądrowano opactwo, zniszczono je i podpalono. Mnisi ratowali się ucieczką do pobliskiego miasteczka Thuin. I aż serce się ściska, że z dymem puszczono również wspaniałą bibliotekę, choć z drugiej strony można zrozumieć punkt widzenia rewolucjonistów: nie mieli żadnych praw, płacili wysokie podatki na rzecz króla, kościoła i szlachty, więc ich rozgoryczenie sięgnęło zenitu.
Dalsze losy opactwa Aulne
W XIX w., po śmierci ostatniego mnicha, opactwo zamieniono w hospicjum. Niestety, wkrótce potem zaczęto rozbierać zniszczone budynki, a uzyskany w ten sposób materiał budowlany sprzedawano w handlu detalicznym. Na szczęście pozostałości kompleksu zakonnego zostały sklasyfikowane jako główne dziedzictwo Walonii dostępne dla zwiedzających od kwietnia do września.
Wycieczkę do opactwa Aulne polecam tym, którzy nie lubią tłumów. Tutaj w spokoju można pospacerować, a następnie nacieszyć podniebienie lokalnymi specjałami w jednej z kilku restauracji mieszczących się kilka kroków od opactwa. Co więcej, na szukających rozrywki czeka mini-golf. A ci, którzy poczują jeszcze pewien niedosyt wrażeń, mogą udać się do centrum Thuin słynącego z tzw. wiszących ogrodów.
Nie mogą się one wprawdzie równać z babilońskimi ogrodami królowej Semiramidy, ale przy okazji warto je zobaczyć.
***
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Ci, którzy choć raz byli w belgijskich Ardenach i ulegli ich urokowi, z pewnością powinni wybrać się do Rochefort. To belgijskie miasteczko leżące w prowincji Namur nad rzeką Lomme ma swój niepowtarzalny urok, więc uwielbiający podróże – i te bliskie, i dalekie – powinni dodać ten kierunek do swych wycieczkowych planów.
5 powodów, dla których warto odwiedzić Rochefort:
1. Ruiny średniowiecznego zamku książęcego i zamek z początku XX w.
Zachowane po dziś dzień ruiny zamku powstały w XI w. Wtedy to książę Gozélon de Montaigu kazał wznieść donżon (wieżę łączącą funkcje mieszkalne i obronne) na wapiennej skale. Miejsce zwane wówczas Rocha fortis z czasem stało się znane jako Rochefort. Po ruinach zamku oprowadza przewodniczka w stroju czarownicy, opowiadając o zamierzchłej przeszłości związanej z tym miejscem, którego posiadaczami były m.in. rody Walcourt, Stolberg i Loewenstein. Z jej opowieści dowiadujemy się, że w XVI w. zburzono istniejące mury obronne i dobudowano taras z wąskimi oknami armatnimi. Ale prawdziwy rozkwit przypadł na początek XVII w. To wtedy właściciele (Jean-Théodore de Loewenstein i jego żona Josine de La Marck) stworzyli okazały dwór tętniący życiem. Na terenie posiadłości odbywały się liczne uczty z udziałem trubadurów, żonglerzy, iluzjonistów i połykaczy ognia. Gościom czas umilały również pokazy lotów sokołów, parady koni i udział w polowaniach. I właśnie z tym okresem związana jest legenda: w czasie jednej z uczt w tajemniczych okolicznościach zginęło siódme dziecko Jeana-Théodore i Josine. Błagając Boga o odzyskanie niemowlęcia, Josine obiecała wzniesienie kaplicy dziękczynnej. Synek został szczęśliwie odnaleziony, a właściciele wybudowali obiecaną kaplicę Notre – Dame de Lorette, którą można zwiedzać po dziś dzień w pobliskim lesie.
Na początku XVIII w. zamek przebudowano w typową rezydencję mieszkalną, która nie przetrwała jednak wichrów historii. Rewolucja francuska zmiotła zamek z powierzchni, a to co pozostało, sprzedano w większości mieszkańcom Rochefort jako materiał budowlany.
W 1906 r. obok średniowiecznych ruin rodzina Cousin wzniosła neogotycki zamek. Ten obiekt nie jest dostępny dla zwiedzających, gdyż uczyniono z niego ośrodek wypoczynkowy dla rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi, które mogą tu odpocząć przez krótki czas bez nadzoru lekarza.
2. Jaskinia de Lorette
Jaskinia Lorette-Rochefort została oficjalnie odkryta w 1865 r. przez Alphonse’a Collignona i otwarta dla zwiedzających już pięć lat później. Swoją sławę zawdzięcza niezwykłej rzeźbie terenu: jest bardzo pionowa w odróżnieniu od innych belgijskich jaskiń i prowadzi na głębokość 65 m. W czasie godzinnej wycieczki z przewodnikiem można zobaczyć sześć grot, w tym najsłynniejszą zwaną „Szabat Czarownic”. Odważni powinni jednak pamiętać, aby się właściwie ubrać, ponieważ wewnątrz panuje temperatura 10°. Jaskinia wyrzeźbiona przez rzekę Lomme znajduje się obok kaplicy Notre – Dame De Lorette.
3. Pociąg turystyczny
Rochefort otwiera swoje podwoje dla turystów. Z myślą o nich zorganizowano ponad godzinną wycieczkę pociągiem turystycznym po okolicy, aby zaprezentować wszystkie najważniejsze i najpiękniejsze miejsca. W czasie przejażdżki można zobaczyć ratusz miejski, kościół de Notre-Dame de la Visitation, kamienny most na rzece Lomme, park des Roches z basenem na świeżym powietrzu, ruiny średniowiecznego zamku i jego XX-wieczną siostrę, jaskinię de Lorette oraz park archeologiczny Malagne. Przysłowiową wisienką na torcie jest punkt widokowy „Rond du Roi”, skąd rozpościera się piękny widok na okolicę.
Wycieczka po górzystym terenie pełnym ścieżek spacerowych i rowerowych pozwala zorientować się w bogatej ofercie regionu i wybrać najbardziej odpowiadające atrakcje.
4. Park archeologiczny Rochefort – Malagne
Ok. 1890 r. między Rochefort i Jemelle archeolodzy odkopali galijsko-rzymską posiadłość wiejską składającą się z budynku głównego i czterech dodatkowych. Sto lat później podjęto kolejne wykopaliska, w wyniku których odkryto dobudówki, piec szklarski, paleniska kuźni i sprecyzowano funkcję poszczególnych zabudowań. Ta willa położona na terenie parku o powierzchni 14 hektarów stanowi naturalne dziedzictwo i pozwala na podróż w czasie. Na podstawie przeprowadzonych badań wykopaliskowych i zachowanych tekstów autorów łacińskich zaprojektowano tu ogród warzywny w stylu galijsko-rzymskim. Warzywa pogrupowano na podstawie spożywanych części takich jak korzenie, nasiona, liście i owoce. Naprzeciw warzywnika znajduje się mozaikowy ogród złożony z dwudziestu dwóch zagonów roślin użytkowych, używanych do celów browarniczych, leczniczych, winiarskich i zielarskich.
5. Lokalne specjały
Eksplorowanie nowych miejsc jest równoznaczne z poznawaniem kolejnych smaków. A jak Rochefort, to oczywiście i słynne piwo trapistów. W pobliskim klasztorze cystersów Notre-Dame de Saint-Remy (niestety, niedostępnym dla zwiedzających) produkowane jest słynne piwo Rochefort 6, Rochefort 8 oraz Rochefort 10. W tym samym miejscu powstają również słynne sery w wielu odmianach: Rochefort Noisettes, Tradition, aux Algues d’Ouessant, Mi-vieux, Basilic… Pieniądze uzyskane ze sprzedaży produktów trapistów wspierają nie tylko klasztor, ale i lokalne organizacje charytatywne.
A po piwie i serach nadchodzi czas na deser. W tym wypadku nie można odmówić sobie przyjemności posmakowania „Le sabayon à la Rochefort”. Ten słynny gęsty i puszysty deser na bazie ubitych żółtek z cukrem i z dodatkiem alkoholu został zmodyfikowany. Otóż słodkie wino lub likier zostało zastąpione piwem Rochefort oczywiście.
Podróże, które stały się istotną częścią życia wielu z nas, pozwalają odkryć również lokalne atrakcje. Tym, którzy odwiedzą Rochefort na dłużej niż jeden dzień, polecam także wizytę w oddalonym o 14 km zamku Lavaux-Sainte-Anne.
Ta pierwotnie średniowieczna stosunkowo niewielka posiadłość pięknie wtapia się w otaczającą przyrodę. Jej wnętrza nie mają jednak zbyt wielu eksponatów z minionych epok, a wystawa jest w większości poświęcona tradycji polowania.
Ci z kolei, którzy poczują jaskiniowy niedosyt, mogą wybrać się do słynnej groty De Han, która znajduje się zaledwie 8 km od Rochefort. Jedno jest pewne, w Rochefort każdy znajdzie coś dla siebie i o nudzie nie będzie mowy…
**
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Wydaje Wam się, że znacie Belgię jak własną kieszeń? Ale czy na pewno? Tak czy siak, dziś zapraszam Was na wycieczkę do miasteczka La Roche-en-Ardenne, którego nazwa znaczy tyle co „skała w Ardenach”. Ta czekająca na odkrycie atrakcja turystyczna leży w prowincji Luksemburg, której większość zajmuje górzysty teren Ardenów. Co więcej, eskapada w to miejsce śladem ducha starego zamczyska gwarantuje niezapomniane wrażenia i jak nic nasuwa skojarzenie z polskim filmem „Wakacje z duchami”.
Zamek feudalny La Roche-en-Ardenne
Przybywającym od razu rzuca się w oczy górujący nad miastem zamek z widokiem na dolinę i zakręt rzeki Ourthe. Ta średniowieczna budowla obronna została wzniesiona między IX- XIV w., choć jej początki są znacznie wcześniejsze.
Archeolodzy odkryli tu ślady celtyckiej osady obronnej, a zachowana dokumentacja potwierdza również istnienie w tym miejscu willi możnowładcy. Pierwszym właścicielem zamku, którego ruiny możemy zwiedzać po dziś dzień, był lord Adelard. Na przestrzeni epok zamek rozrastał się, aby chronić miasto i interesy jego mieszkańców, bowiem La Roche-en-Ardenne leżało na szlaku handlowym popularnym wśród sprzedawców angielskiej wełny podążających do Lombardii.
Aż do XVII w. dbano o charakter obronny zamku pierwotnie otoczonego fosą. Niestety, zmienne koleje losu spowodowały jego stopniowe popadanie w ruinę, które przypieczętował pożar na początku XVIII w., potem dewastacja przez okoliczną ludność i wreszcie bombardowanie w 1944 r. w czasie bitwy o Ardeny.
Na szczęście zamek znalazł się la liście dziedzictwa kulturowego Walonii i zadbano o jego renowację. Ta średniowieczna budowla powstała z grubych bloków lokalnego łupku została wzniesiona na trudno dostępnym wzgórzu.
Na zamek prowadziła brama, stanowiąca newralgiczny punkt wzmocniony dodatkowo fosą, mostem zwodzonym, wieżami i blankami strzelniczymi. Obronę zapewniała załoga, wśród której byli kusznicy, łucznicy oraz ludzie gotowi lać wrzący olej lub wodę wprost na głowy napastników, a także miotać kamieniami, o czym świadczy pokaźnych rozmiarów katapulta.
W kompleksie zamkowym znajdowała się również kaplica, więzienie i biuro podatkowe, bowiem wyznaczeni do tego przedstawiciele byli odpowiedzialni za pobieranie ceł od przepływających statków. Mieszkańców zamku można było zmusić do poddania się z powodu braku żywności i wody pitnej. Aby tego uniknąć, regularnie gromadzono zapasy żywności i wybudowano cysternę, która mogła pomieścić zapas 190 m3 wody.
Ci, którym uda wspiąć się na najwyżej położoną część zamku, mogą wyobrazić mieszkanie feudała i jego rodziny. I właśnie ze szczytu rozciąga się imponujący widok na dwa rozlegle dziedzińce: na pierwszym z nich, tuż za bramą wejściową, mogła skryć się w razie niebezpieczeństwa miejscowa ludność, podczas gdy drugi pełnił funkcję reprezentacyjną. Uważni obserwatorzy dostrzegą również średniowieczne dyby, w które zakuwano nieposłusznych. Z myślą o zwiedzających przygotowano drewniane stoły i ławy, na których w dogodnych warunkach można spożywać lokalne przysmaki sprzedawane w zamkowym barze.
Zamkowa legenda i duch Berthe
Stare zamczyska mają swój nieodparty urok, a przybywający zadają zazwyczaj od razu pytanie, czy na tym zamku straszy, czy są duchy. I ku ich wielkiej radości otrzymują odpowiedź twierdzącą. Legenda znana począwszy od X w. głosi, że pan La Roche miał córkę jedynaczkę, Berthe, która miała odziedziczyć cały jego majątek. Aby wyszukać najlepszego kandydata na męża, właściciel zamku zorganizował wielki turniej. Ręka bogatej dziedziczki miała należeć do rycerza, który w uczciwej walce zwycięży wszystkich rywali. Pierwszy zaprezentował się hrabia Waleran Montaigu, dotychczas niepokonany kolos dumny ze swojej siły. Nie był on jednak uczciwy, ponieważ był już zaręczony hrabiną Alix de Salm. Wkrótce potem pojawił się nowy kandydat – mały, niepozorny rycerz wyglądający prawie jak dziecko. Na jego widok hrabiego de Montaigu ogarnął śmiech.
Po chwili rozpoczęła się walka. Ku zdziwieniu wszystkich, mały rycerz zręcznie unikał ciosów hrabiego i w efekcie pokonał zbyt pewnego siebie rywala. Chwilę później szczęśliwy ojciec już prowadził swą córkę Berthe i zwycięskiego rycerza w stronę komnaty dla nowożeńców. Nazajutrz wczesnym rankiem, niecierpliwy pan La Roche czekał na dziedzińcu na córkę i zięcia, ale oni wciąż się nie pojawiali. W końcu zdecydował się pójść do komnaty ukochanej Berthe, jednak zastał puste wnętrze i otwarte okno.
Gdy się wychylił, na skale, na skraju rzeki Ourthe, zobaczył czarną i białą plamę. Tajemniczym rycerzem okazała się zdradzona hrabina Alix de Salm, która w przebraniu małego rycerza i po zawarciu paktu z diabłem zemściła się na hrabim Montaigu i pięknej Berthe de La Roche. Od tego czasu duch niewinnej Berthe krąży w nocy po zamku, a w letnie wieczory (11 lipca do 22 sierpnia) można go zobaczyć od strony miasta.
Zazwyczaj w pierwszy weekend sierpnia na zamku odbywa się festiwal nawiązujący do tradycji średniowiecza, w trakcie którego można oglądać zmagania rycerzy, pokazy lotów ptaków drapieżnych, występy połykaczy ognia oraz wytwory rzemieślnicze.
Inne atrakcje
Przyjeżdżając do La Roche-en-Ardenne warto zaparkować przy Av. De Villez, aby następnie przejść do parku de Rompré zadaszonym, drewniano-metalowym mostem (Passarelle sur L’Ourthe), który jak nic nasuwa skojarzenie z najsłynniejszym mostem w szwajcarskiej Lucernie. Nie jest wprawdzie tak długi, ale ma swój nieodparty urok, zapraszając niejako do odpoczynku na wzorowo zagospodarowanym terenie ozdobionym rzeźbami współczesnych artystów.
Ta zielona przestrzeń zawdzięcza swoje powstanie organizacji non-profit „La Roche en Art Denne” promującej sztukę. Co więcej, każda wystawiona rzeźba jest na sprzedaż, a koszty transportu i montażu są w całości finansowane przez wspomnianą organizację. Park jest nie tylko miejscem spacerów i wypoczynku, ale także centrum kulturalnym promującym współczesną sztukę.
Na jego terenie można również zobaczyć szkielet 2-metrowej łodzi zwanej w lokalnym dialekcie „bètchète” (czyli „mały szaszłyk”) upamiętniajacej popularny do czasów II wojny św. transport rzeczny, który z czasem stracił na znaczeniu na rzecz kolei.
Spacer przez park wzdłuż rzeki doprowadzi do kolejnego mostu zwanego Faubourg. Jego początki sięgają XVIII w., choć na przestrzeni wieków był kilkakrotnie modyfikowany, by w końcu uzyskać dzisiejszą łukową formę. Tuż po jego przekroczeniu wchodzi się na główną ulicę spacerową prowadzącą na zamek, do kościoła św. Mikołaja (patrona żeglarzy) i do Muzeum Walki o Ardeny.
Miasteczko zawdzięcza swój nieodparty urok nie tylko zamkowi, ale i burżuazyjnym willom położonym na wzgórzach, skąd roztacza się wspaniały widok. Piękno tutejszej natury przyciąga spragnionych wypoczynku i miłośników różnych sportów. Dla kochających rowery górskie przygotowano 120 km szlaków, z myślą o spacerowiczach opracowano liczne trasy krajobrazowe pozwalające odkryć malownicze miejsca z dala od tłumu turystów, a dla lubiących spływy kajakowe otwierają swoje podwoje liczne wypożyczalnie sprzętu.
Gdy do tego dodać całą gamę miejsc noclegowych, urokliwych barów, tawern i restauracji, nie pozostaje nic innego tylko zaplanować wyjazd pod hasłem „weekend lub wakacje z duchem”.
***
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Dziś w serii „Podróże po Belgii” zapraszam na wycieczkę do Leuven, stolicy prowincji Brabancja. To miasto leżące nad rzeką Dijle bezsprzecznie nasuwa skojarzenia z Krakowem, a to za sprawą najstarszego w Belgii uniwersytetu istniejącego od 1425 r. Dzisiejsi studenci, niczym krakowscy średniowieczni żacy, zdominowali miasto i nadali mu swoistą atmosferę.
W studenckim klimacie
Uczących się w Leuven dumą napawa fakt, że zgłębiają tajniki wiedzy na najstarszym prestiżowym uniwersytecie w krajach Beneluksu. A w poszerzaniu horyzontów pomagają im opasłe tomiska znajdujące się w uniwersyteckiej bibliotece, która przykuwa uwagę imponującymi rozmiarami oraz największymi na świecie carillonami zdobiącymi wieżę.
Ten XX-wieczny budynek, przebudowany po pożarze w 1940 r., można go podziwiać w całej okazałości, siedząc na tarasie jednej z kawiarenek placu Monseigneur Ladeuzeplein.
Atmosferę średniowiecznego miasta czuć też w Wielkim i Małym Beginażu. Co więcej, w posiadanie studentów i pracowników uniwersytetu oddano kilkadziesiąt XIII-wiecznych domów wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. W przeszłości mieszkały tu beginki, czyli kobiety poświęcające się życiu religijnemu, które w odróżnieniu od zakonnic, nie złożyły ślubów.
Musiały one dbać o własny dochód, dlatego uprawiały warzywa, hodowały zwierzęta, opiekowały się chorymi i wynajmowały domy, które nabywały niekiedy drogą darowizn. Współczesnym studentom mieszkanie tutaj pozwala się poczuć wyjątkowo.
A jak studia, to i studenckie życie. Ulubioną okolicą żaków jest Oude Markt (Stary Rynek) mieszczący się blisko ratusza. Jak ulał do tego miejsca pasują Mickiewiczowskie słowa: „Jedzą, piją, lulki palą/Tańce, hulanka, swawola”. Ten prostokątny plac pełen barów, kawiarni i restauracji, był od 1150 r. centrum targowym i po dziś dzień tętni życiem.
W każdy piątek lipca jest tu organizowana seria koncertów, a w pierwszą niedzielę sierpnia – Hapje-Tapje, czyli degustacja kulinarna pod gołym niebem, w czasie której piwo leje się strumieniami, a na smakoszy czeka 40 rodzajów tego belgijskiego specjału i różnorakie przekąski. Wielką atrakcję stanowi również organizowany tu wyścig barmański. Z kolei we wrześniu odbywa się tu uroczyste powitanie studentów i targi. Bystrzy obserwatorzy dostrzegą zapewne znajdujący się na placu posąg „De Kotmadam” upamiętniający niezwykle popularny belgijski serial komediowy.
Browar Stella Artois
Chlubą miasta jest także browar Stella Artois istniejący od 1366 r. Pierwotnie był on nazywany „Den Horen”, czyli róg, co wyjaśnia, dlaczego ten dęty instrument blaszany, po dziś dzień figuruje na etykiecie piwa. Współczesna nazwa piwa wzięła się od Sebastiana Artois, mistrza piwowarskiego, który w 1717 r. nazwał browar swoim nazwiskiem. Słynny lager jest warzony ze słodu jęczmiennego i serwowany w charakterystycznych pokalach.
Piwni smakosze powinni z pewnością zwiedzić ten obiekt mieszczący się przy Aarschotsesteenweg 20. W czasie dwugodzinnej wycieczki z przewodnikiem zainteresowani zapoznają się z historią produkcji złotego trunku, zwiedzają warzelnię i linię rozlewniczą, by w końcu rozkoszować się lagerem w barze na dachu browaru. Taka atrakcja wymaga jednak wcześniejszej rezerwacji. Piwo, które pokochali nie tylko studenci, jest tu tak popularne, że co roku pod koniec kwietnia odbywa się w Leuven międzynarodowy „Zythos Bier Festival” pozwalający zapoznać się z nowościami prawie 600 belgijskich browarów i firm piwowarskich.
Ratusz w Leuven
Ale Leuven jest również słynne za sprawą ratusza mieszczącego się przy Grote Markt 9. Ten oszałamiająco piękny, 3-piętrowy budynek pochodzi z XV w., a jego fasadę zdobi ponad 200 rzeźb ukazujących tych, którzy odegrali ważną rolę w historii miasta.
Są tam burmistrzowie, książęta Brabancji, postacie biblijne oraz święci. Misterne, wręcz koronkowe rzeźbienia, ostrołukowe okna, niewielkie nisze, smukłe wieże i liczne posągi spowodowały, że budowla zaliczana jest do najpiękniejszych gotyckich ratuszy na świecie. Dość spojrzeć na zamieszczone tu zdjęcia…
Warto również poświęcić czas na zobaczenie wnętrza ratusza. Na uwagę zasługują salony w stylu Ludwika XIV, Ludwika XV i Ludwika XVI oraz gotycka sala z obrazami XIX-wiecznego belgijskiego artysty, André Hennebicqa, a także portrety burmistrzów Leuven.
Kościół św. Piotra
Na przeciwko ratusza znajduje się gotycki kościół św. Piotra (Sint-Pieterskerk) z wnętrzem wykończonym białym piaskowcem, misternie zdobioną amboną i malowidłami z XVII i XVIII w. Co ciekawe, budowla jest zwieńczona 50-metrową, niedokończoną wieżą, która według pierwotnych planów miała mieć 169 m wysokości.
Ale wisienką na torcie jest Jaquemart na fasadzie kościoła. Jest to automat z zegarem, w którym mechaniczna lalka uderza młotkiem, wybijając godziny. Istnieją różne spekulacje, skąd wzięła się ta nazwa. Niektóre źródła podają, że od średniowiecznego zegarmistrza Jacqemarta, inne – że z połączenia słów Jacques i marteau (młot). Ale co by nie powiedzieć, Jaquemart z Leuven jest wart podziwu. A najlepiej to zrobić, siedząc w kafejce naprzeciwko kościoła i popijając lokalne piwo Stella Artois. Gdy nadchodzi pełna godzina, jeden z sześciu zachowanych w Belgii Jaquemart przystępuje do pracy…
Ojciec Damian i jego związki z Leuven
Z Leuven bezsprzecznie kojarzy się również ojciec Damian, czyli katolicki misjonarz. Zanim zdecydował się nieść pomoc chorym na trąd, wstąpił do Zgromadzenia Najświętszych Serc Jezusa i Maryi w Leuven, a następnie podjął studia na tutejszym uniwersytecie. W 1863 r. wyjechał na hawajską wyspę Molokaʻi, na której umieszczono chorych na trąd, nie zapewniając im żadnej opieki medycznej. Ojciec Damian zamieszkał z trędowatymi i zadbał o poprawę warunków ich życia: wybudował kościół, pomagał w budowie prostych domów, uprawie ziemi i założeniu szkoły.
Po 16 latach pobytu na wyspie misjonarz zmarł. Jego szczątki trafiły do Leuven w 1936 r. i zostały złożone w XVII-wiecznej kaplicy św. Antoniego.
Można w niej oglądać pamiątki po słynnym ojcu Damianie i bliżej zapoznać się ze szczegółami jego pracy na rzecz trędowatych.
Leuven od razu skojarzyło mi się z moim ukochanym Krakowem i przywołało falę wspomnień ze studenckiego życia w grodzie Kraka. Może dlatego właśnie poczułam taki szczególny sentyment do tego belgijskiego miasta, które nie przytłacza swą wielkością, a dzięki licznym studentom (ok. 56 tys. rocznie) stanowiącym połowę mieszkańców wciąż zostaje młode duchem…
- Leuven – centrum miasta; © www.polacyzagranica.eu
- Leuven – centrum miasta; © www.polacyzagranica.eu
- Leuven – centrum miasta; © www.polacyzagranica.eu
- Leuven – kościół św. Michała; © www.polacyzagranica.eu
- Leuven – kościół na terenie beginażu; © www.polacyzagranica.eu
- Beginaż w Leuven; © www.polacyzagranica.eu
- Beginaż w Leuven; © www.polacyzagranica.eu
- Leuven – kościół na terenie beginażu; © www.polacyzagranica.eu
- Beginaż w Leuven; © www.polacyzagranica.eu
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”. A jeśli nie masz jeszcze pomysłu na kolejną wyprawę, kliknij w moją mapę, wybierz interesujące Cię miejsce i bezpośrednio czytaj post. Do wyboru ponad 80 kierunków.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Le printemps arrive à grands pas, la nature prend vie et on rêve de plus en plus d’une escapade de quelques jours. Dans la série “Voyages en Belgique”, je recommande certainement d’aller se reposer dans la province belge du Luxembourg. Le château de Bouillon, l’abbaye d’Orval, le château de La Roche-en-Ardenne, le parc éducatif de l’Euro Space Center à Transinne, le parc animalier sauvage de Saint-Hubert et bien d’autres attractions encore attendent les visiteurs.
Et si vous arrivez dans cette belle province Ardennaise, vous pouvez passer la nuit (ou mieux, quelques nuits) dans un endroit agréable. L’hôtel trois étoiles L’Amandier à Libramont offre sans aucun doute une telle opportunité. Sa situation géographique offre un tremplin vers la nature chatoyante et les monuments historiques aux alentours.
Hôtel L’Amandier – le confort à un prix raisonnable
Les voyageurs qui recherchent le confort à un prix raisonnable opteront sans hésiter pour un séjour à l’hôtel L’Amandier. Cet hôtel familial geré par Nicolas et Fabienne Breithof, propose 35 chambres au confort moderne. Son emplacement idéal à proximité de l’autoroute E411, au cœur des Ardennes, vous permettra de s’y rendre facilement. Un parking gratuit et des bornes pour voitures électriques sont à la disposition de ses clients.
L’atmosphère chaleureuse se ressent dès le premier abord. Selon la saison, vous pourrez déguster gratuitement de la soupe chaude ou froide et du chocolat chaud. Un bar à cocktails juste à côté de la réception, vous permettra de vous détendre et y savourer un café ou une boisson savoureuse.
Chambres
L’hôtel L’Amandier propose des chambres avec lits jumeaux et lits doubles (king size). Dans de telles chambres plus grandes, d’un lit supplémentaire pour les enfants plus âgés et des lits de bébé sont disponibles sur réservation.
Elles disposent toutes de la télévision câblée, d’un réfrigérateur avec un minibar, d’un coffre-fort, de la climatisation et d’une machine à café.
Les chambres confortables sont décorées dans des tons clairs. Les salles de bains récemment rénovées dans un style moderne sont équipées de cabines de douche spacieuses, de toilettes, de lavabos et sèche-cheveux.
Restaurant de l’hôtel
Le grand restaurant offre une vue sur la forêt voisine. De plus, même en ces temps difficiles de pandémie, le petit-déjeuner est servi au restaurant sous forme de buffet suédois. Bien sûr, toutes les règles de sécurité y sont respectées, les invités doivent donc se déplacer dans une seule direction et des plats chauds sont servis directement sur les tables par un personnel extrêmement sympathique. Les végétaliens, végétariens et allergiques à la recherche de produits sans gluten seront également satisfaits et trouveront ce qui peut correspondre à leur goût.
Le restaurant est temporairement fermé le soir en raison de la situation épidémiologique, mais les clients peuvent réchauffer leurs repas dans un four à micro-ondes et utiliser à discrétion tout le matériel de cuisine. Il existe aussi une liste de restaurants à proximité pour ceux qui recherchent des spécialités variées. Dans ce cas, vous pouvez commander sans problème un plat à emporter ou une livraison à l’hôtel.
Agréments
L’hôtel de trois étages propose un espace de relaxation avec du matériel sportif, un sauna et un jacuzzi, des salles de conférence équipées professionnellement pour des formations d’entreprise et un jardin.
Afin de répondre aux attentes des clients qui souhaitent dès à présent savourer un dîner confortable, des tables-buffet sont préparées pour être emportées en chambre.
Attractions dans la région
L’hôtel L’Amandier est un point de départ idéal pour les attractions à proximité. Le musée Celtique de Libramont est situé à seulement 1 km. Les enfants et les adolescents seront sûrement ravis par une visite à l’Euro Space Center de Transinne, où ils peuvent s’imaginer être un.e astronaute et entreprendre un voyage virtuel dans l’espace grâce à des simulateurs. Les châteaux de La Roche-en-Ardenne et de Bouillon attendent ceux et celles qui apprécient l’histoire.
D’autres préférant connaître les secrets de la vie des moines et le goût de leurs bières et fromages traditionnels devraient visiter l’abbaye d’Orval. Mais les Ardennes sont aussi une oasis pour ceux et celles qui aiment les balades à pied et à vélo. À cette occasion, vous ne pourrez donc pas manquer le charmant village de Mirwart et la ville de Saint-Hubert.
Mon séjour à l’hôtel L’Amandier fut vraiment agréable. J’ai été séduite non seulement par le confort pour un prix attractif et par un personnel exceptionnellement à l’écoute qui parle le français, le néerlandais et l’anglais, mais aussi par l’emplacement de l’établissement qui m’a permis d’explorer les environs.
***
Avez-vous des questions ou des remarques? Laissez alors un commentaire sous le texte ou écrivez-moi en utilisant l’onglet “kontakt“. D’avance merci à vous.
Êtes-vous interessé.e par mes autres textes en français? Cliquez alors ICI.
Wiosna nadchodzi wielkimi krokami, przyroda budzi się do życia i aż chce się wyrwać na kilka dni z domu. Dziś w serii „Podróże po Belgii” polecam odpoczynek w belgijskiej prowincji Luksemburg, w której dla przybywających otwierają swe podwoje zamki Bouillon i La Roche-en-Ardenne, opactwo Orval, edukacyjny park kosmiczny Euro Space Center w Transinne, bazylika i park dzikich zwierząt w Saint-Hubert oraz wiele innych.
No a jak zwiedzanie, to i nocleg w miłym miejscu. Takim jest bez wątpienia 3-gwiadkowy hotel L’Amandier w Libramont, który – ze względu na swą lokalizację – stanowi niejako drzwi do pełnej imponującej przyrody i zabytków prowincji Luksemburg.
Hotel L’Amandier – komfort za rozsądną cenę
Hotel L’Amandier to idealny wybór dla osób, które szukają komfortu za rozsądną cenę. Ten 3-gwiazdkowy, kameralny obiekt, prowadzony przez Nicolasa i Fabienne Breithof, oferuje 35 nowocześnie wyposażonych pokojów. Jego dogodne położenie w pobliżu autostrady E411, w sercu Ardenów, pozwala bez trudu dostać się na miejsce. Dla Gości przygotowano bezpłatny parking oraz urządzenia do ładowania samochodów elektrycznych.
Serdeczną atmosferę czuć już od progu. Na przybywających czeka – w zależności od sezonu – gratisowa gorąca zupa, gorąca czekolada lub chłodnik. Tuż obok recepcji znajduje się salon koktajlowy, w którym można delektować się kawą, sączyć smakowitego drinka bądź uciąć sobie miłą pogawędkę.
Pokoje
Hotel L’Amandier oferuje pokoje z dwoma łóżkami pojedynczymi oraz z łóżkami typu king size. W tych większych pokojach istnieje również możliwość dostawki dla starszych dzieci i łóżeczek dla niemowląt.
Na Gości czeka telewizja kablowa, lodówka z minibarem, sejf, klimatyzacja, telefon oraz zestaw do parzenia kawy i herbaty.
Przytulne pokoje są urządzone w jasnych kolorach, zaś niedawno odnowione nowoczesne łazienki wyposażono w imponujących rozmiarów kabiny prysznicowe, WC, umywalki oraz suszarkę do włosów.
Restauracja hotelowa
Z okien dużej restauracji rozciąga się widok na pobliski las. Co więcej, nawet w obecnych trudnych czasach pandemii, śniadania serwowane są w restauracji w postaci bufetu szwedzkiego. Oczywiście, przestrzegane są wszelkie zasady bezpieczeństwa, dlatego Gości obowiązuje jeden kierunek ruchu, a ciepłe dania podawane są bezpośrednio do stolików przez nad wyraz sympatyczny personel. Weganie, wegetarianie i alergicy szukający produktów bezglutenowych również poczują się usatysfakcjonowani i znajdą to, co może zadowolić ich podniebienia.
W godzinach wieczornych restauracja jest czasowo nieczynna z powodu sytuacji epidemiologicznej, ale Goście mogą przygrzać swój posiłek w przygotowanej kuchence mikrofalowej i skorzystać z całego wyposażenia kuchennego. Na tych, którzy mają ochotę na bardziej wyrafinowane specjały, czeka specjalnie przygotowana lista pobliskich restauracji, w których można zamówić posiłek na wynos lub z dowozem na miejsce.
Udogodnienia
3-piętrowy hotel oddaje do dyspozycji Gości niewielką strefę relaksu z sauną i jacuzzi, bar, profesjonalnie wyposażone sale konferencyjne na szkolenia biznesowe oraz ogród.
Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom pragnących i w czasach pandemii zjeść wygodnie wieczorny posiłek, przygotowano stoliki do zabrania do pokoju.
Atrakcje w okolicy
Hotel L’Amandier stanowi świetną bazę wypadową do okolicznych atrakcji. Muzeum Celtów w Libramont znajduje się zaledwie 1 km dalej. Dzieci i młodzież z pewnością zachwyci wizyta w Euro Space Centre w Transinne, gdzie można poczuć się jak astronauta i dzięki symulatorom odbyć podróż kosmiczną. Dla lubiących zamierzchłą historię czekają zamki w La-Roche-en-Ardennes i w Bouillon.
Z kolei pragnący poznać tajniki życia mnichów i smak ich wyrobów powinni odwiedzić opactwo Orval. Ale Ardeny są też oazą dla lubiących spacery i przejażdżki rowerowe. Nie można więc ominąć uroczej wioski Mirwart i miasteczka Saint-Hubert.
Mój odpoczynek w przytulnym hotelu L’Amandier był naprawdę udany. Ujął mnie nie tylko komfort za rozsądną cenę i wyjątkowo sympatyczny personel mówiący po francusku, niderlandzku i angielsku, ale także położenie obiektu pozwalające na eksplorowanie okolic. I nie ma na co czekać, tylko brać życie pełnymi garściami, bo – jak mówiła Wisława Szymborska – „ nic dwa razy się nie zdarza i żaden dzień się nie powtórzy”.
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”, a jeśli wybierasz się do Belgii, mogą zainteresować Cię artykuły poświęcone Brukseli, Brugii, parkowi Pairi Daiza, Dinant, Villers-la-Ville, Hallerbos, Tongeren, Kortrijk, Mariemont, Aalst, Gaasbeek, Groot-Bijgarden czy zamkowi Freÿr.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
W dn. 4 marca 2021 w brukselskiej Espace Art Gallery przy rue de Laeken 83 odbył się wernisaż pod znamiennym tytułem „Kobiety w hołdzie Victorowi Barros”. Zorganizowanie tego wydarzenia artystycznego do ostatniej chwili stało pod znakiem zapytania ze względu na sytuację związaną z pandemią. Jednak dzięki samozaparciu właściciela galerii – Jerry Delfosse oraz organizatorki przedsięwzięcia – Łucji Wierzchuckiej udało się zrealizować wystawę, nad którą prace trwały kilka miesięcy. Idea zrodziła się z szacunku do osiągnięć artystycznych przedwcześnie zmarłego Victora Barrosa, prywatnie towarzysza życia Łucji Wierzchuckiej.
Victor Barros to urodzony w Ekwadorze artysta, który miał również silne związki z Polską. Po opuszczeniu rodzinnego kraju w latach 60-tych przemierzał świat wszerz i wzdłuż w poszukiwaniu inspiracji i przyjaźni. Zawiłe ścieżki życia zaprowadziły go m.in. do Madrytu, gdzie za sprawą otrzymanego stypendium studiował w Akademii San Fernando. Następnie, na wystawie swoich prac w Wenezueli, poznał ówczesnego polskiego Ambasadora, Ekscelencję Górskiego, od którego otrzymał stypendium do warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. W stolicy Polski Victor Barros mieszkał przez dwa lata, ucząc się wówczas grafiki u słynnego Prof. Wieczorka. Wreszcie ten malarz, grafik i rzeźbiarz osiedlił się w Brukseli, gdzie tworzył do końca swych dni bez ulegania chwilowym trendom w sztuce. Jego dzieła cechuje kolorowa paleta barw, kontrasty oraz łączenie różnych stylów i wpływów rodzimej kultury Ekwadoru z osiągnieciami europejskimi. Znawcy sztuki dostrzegają w jego płótnach również wpływy Marca Chagalla.
Na wystawie, oprócz prac Victora Barossa, można było oglądać stworzone przez kilka artystek dzieła reprezentujące rzeźbę, biżuterię oraz malarstwo. Hołd przez sztukę złożyły zmarłemu: Łucja Wierzchucka (rzeźby), Maria Janiga (monotypie), Anna Janiga (biżuteria artystyczna), Joanna Koston (malarstwo), Magdalena Pelcer (malarstwo), Hoang Thi Ngoc An (akwarele i rysunek tuszem) oraz Aleksandra Bujakiewicz (malarstwo). W tym samym czasie w galerii można było również oglądać twórczość Jacqueline Kirch i Dielle.
Wszystko to było możliwe dzięki uprzejmości właściciela Espace Art Gallery, Jerrego Delfosse, którego od dawien dawna pociągał świat sztuki i który ukończył wydział grafiki na Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Brukseli. Ten wielki fascynat sztuki od długiego czasu marzył o otwarciu własnej galerii. Swoje marzenie zrealizował w 2005 r., by wystawiać dzieła podziwianych artystów. Galeria rozrastała się na przestrzeni lat i w 2018 r. Jerry Delfosse przeniósł się do rozległej, dwupiętrowej pracowni z przeszklonym przejściem i świetlikiem, co pozwala w pełni wyeksponować niepowtarzalność każdej z wystawianych prac. Espace Art Gallery odzwierciedla eklektyczne upodobania właściciela, który wystawia tylko te prace, w które wierzy. W większości są to płótna abstrakcyjne, choć zdarza się też sztuka figuratywna, rzeźby oraz fotografie.
Wystawa jest otwarta dla publiczności w dn. 5 – 28 marca 2021 i mimo trwającej sytuacji epidemiologicznej, cieszy się dużą popularnością wśród ludzi spragnionych kontaktu ze sztuką, a życie w Belgii nie ogranicza się tylko do pracy zawodowej. Organizatorom gratulujemy udanego przedsięwzięcia i sprostania wszystkim wymogom sanitarnym, artystkom gratulujemy talentu, niezwykłych pomysłów i umiejętności przetworzenia idei zrodzonych w głowie w prawdziwe dzieła sztuki, a Jerremu Delfosse – gratulujemy stworzenia tej galerii sztuki, której prowadzenie jest nie lada wyzwaniem.
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury, a jeśli interesujesz się sztuką, mogą zainteresować Cię artykuły poświęcone Joannie Koston, Annie Janidze, Agnieszce Rożek czy Monice Del Rio.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Pośród bujnych lasów, tuż przy granicy z Francją, leży cysterskie opactwo Orval, którego początki sięgają XI w. I choć po dziś dzień to miejsce spokoju i medytacji zamieszkuje jedenastu braci zakonnych, znaczna część zabudowań jest otwarta dla zwiedzających. Turystów spragnionych kontaktu z unikalną architekturą w otoczeniu przyrody przyciągają również dwa sztandarowe towary produkowane w opactwie: piwo i ser.
Ora et labora, czyli ucz się i pracuj
Cystersi to zakon założony w 1098 r. i działający według reguły św. Benedykta, czyli przepisów określających normy życia mnichów. Proste wytyczne sprowadzają się do realizacji zasady „ora et labora”, czyli „ucz się i pracuj”. Św. Benedykt podkreślał znaczenie dobrej organizacji pracy i dlatego wprowadził ścisły podział dnia: osiem godzin przeznaczonych na pracę, kolejne godziny na modlitwę, medytację oraz czytanie Pisma Św., reszta zaś na odpoczynek. Zgodnie z zasadami, każdy zakonnik powinien żyć z pracy własnych rąk i przyczyniać się do dostatku. To zapewniło i zapewnia klasztorom samowystarczalność.
Zakony żyjące według reguły św. Benedykta mają strukturę hierarchiczną. Najważniejszą rolę pełnią: opat (przełożony zakonu) podejmujący kluczowe decyzje w oparciu o głos rady zgromadzenia, oraz szafarz odpowiadający za finanse zakonu.
Cystersi od wieków kładą nacisk na pracę i edukację, a przysłowiowy już trud benedyktyński oznaczający rzetelne wykonywanie obowiązków, przynosił i nadal przynosi efekty w postaci prężne działających gospodarstw produkujących piwo, sery i zioła. Produkcja oparta o nowoczesne technologie zapewnia cystersom z Orval dochód pozwalający m.in. na odrestaurowanie zabudowań klasztornych.
Legedarne początki Orval
Jak można przeczytać na jednej z interaktywnych tablic, klasztor zrodził się z gestu wdzięczności i jest bezpośrednio związany z XI-wieczną postacią historyczną, hrabiną Matyldą toskańską zwaną również Matyldą z Canossy. Wdowa, która akurat przebywała na tym terenie, przez nieuwagę upuściła swoją obrączkę, która wpadła do fontanny. Zasmucona tym faktem kobieta, zaczęła się żarliwie modlić do Boga. Po chwili ujrzała na powierzchni wody pstrąga trzymającego w pysku cenny pierścień. Wdowa krzyknęła z radości: „Naprawdę, to jest Val d’Or!” (dolina złota), co po przestawieniu kolejności wyrazów dało nazwę: Orval.
W podziękowaniu hrabina postanowiła założyć klasztor w tym miejscu. Do legendy odnosi się zarówno fontanna znajdująca się na terenie opactwa, jak i pstrąg zdobiący butelki z piwem oraz słynne pokale do degustacji tego trunku.
Historia opactwa Orval
Historię opactwa można podzielić na cztery okresy. Najstarszy, legendarny, jest związany z postacią Matyldy toskańskiej oraz pierwszymi mnichami, którzy przybyli do Orval w 1070 r., by osiedlić się na podarowanej im ziemi. Swój pobyt na tym terenie zakonnicy przypieczętowali budową kościoła i klasztoru, którego jednak nie udało im się ukończyć.
Drugi okres przypada na lata 1132 – 1759. To wtedy z Francji przybyło siedmiu braci zakonnych, którzy dokończyli wznoszenie klasztoru pod okiem pierwszego opata Konstantyna. Czasy średniowiecza były jednak naznaczone licznymi pożarami, które obracały w perzynę dobytek ludzi i ich dorobek kulturalny. Tak się stało w 1252 r., kiedy klasztor Orval został strawiony przez złowieszcze płomienie. Ale i kolejne stulecia nie były zbyt łaskawe dla tego rozległego opactwa, a to z powodu licznych wojen w XV i XVI w., które przyniosły powszechne spustoszenie.
W trzecim okresie (1759-1793) rozpoczęto budowę nowego klasztoru według projektu Laurenta-Benoit Dewez i tym sposobem Orval stał się największym opactwem w Europie. Neoklasycystyczny kościół pod wezwaniem św. Benedykta został ukończony w 1782 r. Niestety, zaledwie kilka lat później wybuchła wybuchła rewolucja francuska, która objęła swym zasięgiem również tereny Orval. Efektem była najpierw konfiskata obiektu, a następnie jego doszczętne spalenie. To spowodowało rozwiązanie tutejszej wspólnoty cystersów i pozostawienie opustoszałych ruin opactwa na prawie wiek.
Czwarty okres w historii opactwa (1926-1948) zaczął się od powrotu mnichów trapistów do Orval i budowy nowego opactwa inspirowanego stylami art deco i neoromańskim. Pod czujnym okiem architekta Henryego Vaes wybudowano również fabrykę serów w 1928 r. i trzy lata później – browar. Zyski ze sprzedaży produktów pokrywają koszty życia mnichów, a także są przeznaczane na cele charytatywne.
Teren opactwa jest główną atrakcją okolicy. Z myślą o zwiedzających przygotowano interaktywne wystawy przedstawiające historię Orval oraz sekrety wyrobu słynnego piwa. Zwiedzający mogą oglądać średniowieczne ruiny będące niemym świadkiem historii, mogą wejść do kościoła pełnego eksponatów, mogą podziwiać ziołowy ogród, a nawet spędzić w opactwie od dwóch do siedmiu dni, aby kontemplować i modlić się. Co ciekawe, tylko dla osób pragnących zaznać choć przez chwilę życia w zakonie udostępniono do zwiedzania budynki nowego klasztoru. No, a na koniec obowiązkowa wizyta w sklepie, bo przecież nie można wrócić do domu bez sztandarowych produktów, piwa i sera. A mającym wciąż ochotę poznać okolice, polecam również pobliskie miasteczko Bouillon ze słynnym zamkiem, o którym pisałam TUTAJ.
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”, a jeśli wybierasz się do Belgii, mogą zainteresować Cię artykuły poświęcone Brukseli, Brugii, parkowi Pairi Daiza, Dinant, Villers-la-Ville, Hallerbos, Tongeren, Kortrijk, Mariemont, Aalst, Gaasbeek, Groot-Bijgarden czy zamkowi Freÿr.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.
Od 10 lat mieszkam w Belgii i lubię odkrywać nie zawsze oczywiste zakątki tego małego kraju. A ponieważ w obecnej chwili o odległych podróżach można jedynie pomarzyć, pozostają nam te wirtualne lub niedalekie. Na szczęście i w niewielkiej Belgii jest sporo do zwiedzenia. Takim nieoczywistym i prawie nieznanym szerokiej publiczności miejscem jest zamek Reinhardstein, którego historia odkrycia brzmi jak z filmu.
Jak Feniks z popiołów
Był rok 1965. Brukselski nauczyciel historii, Jean Overloop, wielki miłośnik sztuki i archeologii, przebywał w belgijskich Ardenach, w okolicach wioski Ovifat oddalonej zaledwie o 6 km od słynnego rezerwatu przyrody Les Hautes Fagnes. W czasie spaceru Jean Overloop zupełnie przypadkowo natrafił na ruiny zamku Reinhardstein i była to miłość od pierwszego wejrzenia. Miejsce tak bardzo go zauroczyło, że zdecydował się je kupić i zainwestować dużą część swojego majątku w jego odbudowę.
Zresztą, miał doświadczenie w tej dziedzinie, gdyż dzięki swej niezwykłej osobowości już wcześniej uratował przed wyburzeniem kilka zabytkowych budynków w okolicach Brukseli.
Przed przystąpieniem do renowacji zrujnowanej budowli Jean Overloop wnikliwie przestudiował oryginalne plany zamku i zasięgnął opinii ekspertów. W 1969 r. prace ruszyły pełną parą i trwały z przerwami do 1985 r. Zdjęcia, które można oglądać w czasie zwiedzania, pokazują, jak ogromnym wyzwaniem była ta rekonstrukcja średniowiecznego dziedzictwa. Overloop próbował przywrócić jak najwięcej istotnych elementów historycznych, dlatego ściany odbudowano z piaskowca, a cały zamek pokryto dachem łupkowym.
Nowy właściciel mieszkał w zamku Reinhardstein do swojej śmierci w 1994 r. i został pochowany w podziemiach pod wieżą północną. Nieco później, żona i córka profesora Overloopa założyły stowarzyszenie non-profit, które obecnie zarządza zamkiem i odpowiada za jego utrzymanie.
Zamek Reinhardstein na przestrzeni epok
Zamek Reinhardstein, znany również pod nazwą Burg Metternich, został wybudowany w XIV w. na terenie ówczesnego Księstwa Limburg-Luksemburg, które stanowiło obszar znacznie większy niż dzisiejsza Belgia. Pierwszy właściciel – Renaud de Waimes – otrzymał specjalne pozwolenie od księcia Wacława Luksemburskiego na wzniesienie tej budowli w strategicznym miejscu. W pobliżu doliny Warche przebiegał bowiem ważny szlak handlowy. Nowo powstały zamek strzegący drogi, którą regularnie przemierzali kupcy i pielgrzymi, zapewniał jego właścicielom regularny dochód dzięki pobieranym opłatom handlowym. Reinhardstein, który początkowo posiadał tylko wieżę zamkową, powiększał się z czasem, a skaliste i niedostępne wzgórze stanowiło naturalną granicę i zapewniało doskonałą pozycję obronną. We wnętrzu zamku mieszkali również słudzy oraz rycerze chroniący rodzinę właściciela oraz pobliskie opactwo Stavelot-Malmedy.
Na przestrzeni wieków – poprzez spadki i małżeństwa – Reinhardstein przechodził kolejno w ręce rodzin Nesselrode, Nassau, Schwartzenberg i hrabiów Metternich. W 1812 r. Franz Karl von Metternich-Winnenburg sprzedał rodzinny majątek handlarzowi materiałami budowlanymi, który traktował tę średniowieczną budowlę – o zgrozo! – jako rodzaj kamieniołomu. W efekcie, ci, którzy potrzebowali budulca, mogli dokonywać rozbiórki zabytku za opłatą. Na szczęście, trzy lata później ten teren stał się własnością Prus, a lokalne władze nakazały natychmiast wstrzymać dewastację zabytku i podjęły próbę jego ochrony. Po zakończeniu I wojny św. zamek Reinhardstein znów znalazł się na terytorium Belgii.
Zwiedzanie zamku Reinhardstein
Zwiedzanie obiektu zawsze odbywa się z przewodnikami ubranymi w typowo średniowieczne szaty.
Swoista podróż w czasie zaczyna się od punktu widokowego na skale naprzeciw zamku. To stamtąd można podziwiać Reinhardstein w całej okazałości. Kolejnym etapem jest spacer po dziedzińcu oferującym widok na ogród i wieżę strażniczą.
Reinhardstein jest po dziś dzień zamieszkany, ale wciąż dostępny dla turystów, którzy zwiedzając kolejne pomieszczenia, mogą wyobrazić sobie XIV-wieczne życie. Stosunkowo niewielkich rozmiarów kompleks obejmuje Salę Rycerską, Salę Wartowniczą, salon, bibliotekę, kaplicę oraz wieżę strażniczą tzw. Salamandrową. Poszczególne pomieszczenia zdobią meble z różnych epok, gobeliny, zbroje, broń, obrazy i rzeźby. Na uwagę zasługuje kolekcja zbroi i kolczug. Gwoli ciekawości, każda zbroja ważyła minimum 14 kg, toteż rycerze nieustannie ćwiczyli swoje umiejętności i uczestniczyli w turniejach, aby utrzymać swoją sprawność.
Aktywny wypoczynek w okolicy
Zamek Reinhardstein leży w pięknej okolicy. W dolinie Warche wytyczono wiele oznakowanych szlaków turystycznych. Ci, którzy chcą podziwiać tę średniowieczną budowlę z różnych punktów, powinni wybrać 7-kilometrową trasę spacerową wokół zamku. Warto także uwzględnić w swoich planach wodospad Reinhardstein o imponującej wysokości 60 m oraz jezioro Robertville stanowiące atrakcję dla miłośników sportów wodnych. Można na nim uprawiać żeglarstwo, windsurfing, a także popływać na kajakach i rowerach wodnych. Zainteresowani mogą również podziwiać widok z potężnej zapory wodnej.
A tym, którzy mają więcej czasu, polecam jeszcze wycieczkę do pobliskiego miasteczka uzdrowiskowego Spa, w którym na przybywających czekają m.in. słynne termy, o czym więcej pisałam TUTAJ.
Rheinhardstein, najwyżej położony zamek w Belgii, gwarantuje swoistą podróż w czasie, nie tylko do epoki średniowiecza, ale i do czasów dzieciństwa, kiedy niejeden przecież raz bawiliśmy się w rycerzy i księżniczki, kiedy budowaliśmy z klocków wieże strażnicze i mury obronne, kiedy w wyobraźni słyszeliśmy stukot końskich kopyt na brukowanym dziedzińcu… A więc ci, którzy choć przez chwilę, chcieliby się tak właśnie poczuć, powinni rozważyć nocne zwiedzanie zamku z pochodniami organizowane w każdy czwartek lipca i sierpnia oraz udział w turnieju łuczniczym. Wcześniejsze zapisy są obowiązkowe. A więc miłej zabawy i niezapomnianych wrażeń!
Dziękuję za przeczytanie tego tekstu i zapraszam do lektury innych w kategorii „turystyka”, a jeśli wybierasz się do Belgii, mogą zainteresować Cię artykuły poświęcone Brukseli, Brugii, parkowi Pairi Daiza, Dinant, Buillon, Villers-la-Ville, Hallerbos, Tongeren, Kortrijk, Mariemont, Aalst, Gaasbeek, Groot-Bijgarden czy zamkowi Freÿr.
Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz pod tekstem lub napisz do mnie, korzystając z zakładki „kontakt”.











































































































































































































![rsz_victor_barros_cavallo[6355] rsz_victor_barros_cavallo[6355]](https://polacyzagranica.eu/wp-content/uploads/2021/03/rsz_victor_barros_cavallo6355.jpg)

![rsz_20210304_192016[6322] rsz_20210304_192016[6322]](https://polacyzagranica.eu/wp-content/uploads/2021/03/rsz_20210304_1920166322.jpg)
![rsz_20210304_184125[6315] rsz_20210304_184125[6315]](https://polacyzagranica.eu/wp-content/uploads/2021/03/rsz_20210304_1841256315.jpg)
![20210304_182002[6318] 20210304_182002[6318]](https://polacyzagranica.eu/wp-content/uploads/2021/03/20210304_1820026318-scaled.jpg)


![rsz_magdalena_pelcer_1[6379] rsz_magdalena_pelcer_1[6379]](https://polacyzagranica.eu/wp-content/uploads/2021/03/rsz_magdalena_pelcer_16379.jpg)
![rsz_maria_janiga_2[6385] rsz_maria_janiga_2[6385]](https://polacyzagranica.eu/wp-content/uploads/2021/03/rsz_maria_janiga_26385.jpg)


![rsz_20210304_191931[6324] rsz_20210304_191931[6324]](https://polacyzagranica.eu/wp-content/uploads/2021/03/rsz_20210304_1919316324.jpg)
































